Moje spotkania

Inaugurujemy nową rubrykę "YORICKA" – Moje spotkania, w której znani artyści powracają myślą do swoich mistrzów. Ich wspomnienia zapisuje Justyna Hofman-Wiśniewska. Jako pierwsza w naszej rubryce JOANNA ŻÓŁKOWSKA.

Wspomina JOANNA ŻÓŁKOWSKA

 

JACEK WOSZCZEROWICZ

           

            Na początku mojego spotkania z teatrem była moja nauczycielka języka polskiego, p. Irena Gawriołek. To, że wpadłam w jej ręce to był dar od Boga. Robiła przedstawienia poetyckie związane z danym autorem, czy tematem. Zaczęłam występować w tych szkolnych przedstawieniach. Dzięki niej dowiedziałam się, że chcę robić to, co robię.

Byłam w klasie maturalnej, gdy p. Gawriołek zaprosiła na spotkanie z młodzieżą wybitnego wówczas aktora, Jacka Woszczerowicza. Umówiła mnie z nim na coś w rodzaju przesłuchania. Nie stałam przed nim na kolanach – nawet nie wiem dlaczego, bo to była wtedy legenda teatru…

Kazał mi powiedzieć coś, co umiem. Mówiłam „Żonę Wacia” Gałczyńskiego. Potem dał mi kilka szybkich zadań:  wchodzi pani do domu i jest pani pijana,  teraz bardzo się pani chce śmiać itp. To działo się w internacie, w pokoju, w którym Woszczerowicz spał. Po każdej scence wychodziłam za drzwi i wchodziłam do pokoju jako inna osoba. Woszczerowicz siedział na łóżku… Coś fenomenalnego. Jak ja bym chciała to teraz zobaczyć!   

Powiedział wtedy, że powinnam zdawać do szkoły teatralnej. Co za satysfakcja! Akceptacja jest niebywale ważna. W tym zawodzie tylko z wiarą w siebie coś można zrobić. Całe życie człowiek się tu wystawia na ocenę innych i jeżeli ma się akceptację to daje to ogromna siłę.

Gdy już Woszczerowicz powiedział, że mogę zdawać do szkoły teatralnej, nie mogłam z podniecenia spać przez całą noc. Zawsze świetnie spałam, więc była to jedna z niewielu nieprzespanych nocy. Nie mogłam uwierzyć, że to szczęście mnie spotkało i to, co ja tak lubię może się spełnić.

 

JERZY ADAMSKI, ZYGMUNT HÜBNER

 

W szkole teatralnej arcyważnym było dla mnie spotkanie z prof. Jerzym Adamskim. Wykładał historię dramatu i teatru. Nikt nigdy dotąd tak mi nie opowiadał o literaturze! Był pierwszą osobą, która mi uświadomiła problem życia rzeczywistego człowieka i życia w fikcji. Wszyscy się poruszamy w jakimś obszarze fikcji, ale aktor, pisarz szczególnie.

Od bardzo dawna żyję więc w dwóch światach: w świecie rzeczywistym i w świecie fikcyjnym. Często na ten temat rozmyślam: do jakiego stopnia jestem w rzeczywistości, do jakiego w fikcji? Gdzie jestem ja autentyczna? Albo raczej, ile mnie autentycznej jest w świecie nierzeczywistym? Jak się z tym wszystkim układam? Profesor Adamski po raz pierwszy zwrócił moją uwagę na to, że jest dramat czy tragedia pt.„Hamlet” i jest tam Hamlet. Postać, która nie jest określona raz na zawsze. Czy  Ofelia…Postać literacka w teatrze jest taka, jak ja ją wymyślę.  To było dla mnie odkryciem. Wtedy zrozumiałam, że m.in. po to jest teatr, po to ja jestem na scenie. W teatrze więc muszę stworzyć jakąś rzeczywistość na tyle wiarygodną i interesującą, by inni chcieli ja oglądać.

Drugim niezwykle ważnym w moim życiu zawodowym człowiekiem był Zygmunt Hübner. Gdy studiowałam był chyba dziekanem w warszawskiej szkole teatralnej.  Widywałam go na szkolnych korytarzach i robił na mnie wrażenie osoby dosyć chłodnej, zamkniętej. Widziałam jego dyplom, tzn. zadanie dyplomowe studentów pod jego kierunkiem. To był „Ulisses” Jamesa Joyce`a. Wtedy to był szał. Nie łączyło mi się zupełnie to przedstawienie z nim. Zdumiewałam się, że taka osoba kostyczna, zimna, zamknięta nagle zajmuje się takim rozwichrzonym światem. To są takie zagadki. Gdzieś jest w nas ta druga osoba, która ujawnia się w bezpiecznym świecie fikcji.

Potem grałam w Teatrze Starym w Krakowie. Wróciłam do Warszawy, gdy dowiedziałam się, że pod kierownictwem Zygmunta Hübnera tworzy się Teatr Powszechny. Hübner zawsze powtarzał, że ważne jest towarzystwo, w którym się przebywa. Chciałam się w tym towarzystwie znaleźć. Udało mi się.

Byłam wtedy w nim najmłodszą aktorką. Nagle okazało się, że Konrad Swinarski robi w Starym w Krakowie „Hamleta” i chciałby, żebym zagrała Ofelię. Poprosiłam dyrektora Hübnera o spotkanie i powiedziałam, że niestety nie mogę być u niego w teatrze, że bardzo przepraszam, ale dostałam taką propozycję, z której nie mogę zrezygnować, więc muszę zostać w Krakowie. I wtedy Hübner powiedział, że w żadnym wypadku się na to nie zgadza! Byłam zdruzgotana. Ze zwieszoną głową wyszłam z jego gabinetu, wróciłam do domu. Nie zagrałam Ofelii.

Potem się dowiedziałam, że Hübner nie był w żaden sposób jakoś mną zachwycony jako aktorką. Widział mnie w szkole… I dopiero, gdy się ze mną spotkał na tej rozmowie, to – jak powiedział – nagle spojrzałem na nią innymi oczami. Nagle się mną zachwycił? Po prostu mi się naprawdę przyjrzał i dostrzegł we mnie coś, co go przekonało, że warto mnie w swoim teatrze zatrzymać. No, proszę. Zobaczył we mnie coś, gdy zobaczył moje rzeczywiste, nie fikcyjne, zachowanie i coś go w nim zaciekawiło. Może wydawało mu się nieprawdopodobne, żeby taka młoda aktorka powiedziała mu, że ma w tej chwili ważniejszą rzecz do zrobienia niż bycie w jego teatrze?

 

Hübner dyrektorem był idealnym. Miał klasę. Dzisiaj już takich ludzi się prawie nie spotyka.

Był stan wojenny. Przyszliśmy do teatru na spotkanie, bo nie można było grać i pytaliśmy, co dalej? Hübner wtedy powiedział: moje granice kompromisu są od dawna ściśle ustalone. Cóż były dwa wyjścia: przejść do opozycji albo tak, jak on, ustąpić, ale do pewnego momentu, bo potem jest to już niestosowne. Też wyznawałam taką zasadę: chcę pracować, ale nie chcę być świnią. Chcę pracować, ale zachowując twarz. Hubner był bezpartyjny, robił teatr odważny, miał kłopoty z cenzurą, ale były granice, których nigdy nie przekroczył – wtedy odmawiał. Tego się od niego nauczyłam.

Albo to jego słynne powiedzenie, że w teatrze bardzo ważne jest towarzystwo i życie bufetowe. W tamtych czasach ono kwitło. W bufecie się plotkowało, toczyło zajadłe spory i dyskusje, właściwie i życie teatralne i prywatne krążyło po bufecie. W naszym Teatrze Powszechnym, ku zaskoczeniu innych, ciągle trwa to życie bufetowe w dawnym stylu. W wielu teatrach w ogóle już nie ma bufetu, ludzie się spotykają, charakteryzują, grają i wychodzą. U nas jeszcze ciągle bufet jest bardzo ważnym elementem naszego życia. W tym miejscu czuje obecność artystów, którzy tu byli. Nasz poprzedni dyrektor artystyczny, a obecnie naczelny, przyszedł pewnego dnia do bufetu i powiedział, że jest już podpisana umowa z nowym dyrektorem artystycznym. No to ty musisz się teraz zając przede wszystkim remontem bufetu! Ta boazeria, bufet, siedzenia, ławki – ohyda! Nadgryziona mocno zębem czasu w dodatku – powiedzieliśmy zgodnym chórkiem. I nagle w tym ferworze gadania, jak i co zmienić pojawiła się refleksja: no, dobrze. Ale jak to wszystko zmienimy, to nie będzie to już ten bufet… Natychmiast zaczęliśmy się zastanawiać, jak to ugryźć i stwierdziliśmy, że niech zostanie, jak jest. Wymalować, zmienić obicia – to wszystko. Do jakiego stopnia ingerować w tego ducha lat? Może nie najświeższego, ale obecnego? To jest ta atmosfera. Nie możemy niczego wyrzucić, bo to jakbyśmy wyrzucili siebie. Moja córka, Paulina Holtz,  spędziła w tym teatrze dzieciństwo. I chce w nim być teraz. To nie jest dla niej jakaś starota.

 

Notowała: Justyna Hofman – Wiśniewska

Dodaj komentarz