Wesele na 120-lecie – rozmowa z Krzysztofem Babickim

Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie obchodzi 120. lecie swojego istnienia. Z okazji jubileuszu rozmawiamy z Krzysztofem Babickim, dyrektorem artystycznym Teatru.
Krzysztof Babicki
 W 2000 roku przyszedł Pan do Lublina. W jakiej kondycji artystycznej zastał Pan Teatr im. Juliusza Osterwy?

– Trudno i niezręcznie jest mi oceniać okres miniony. Natomiast, zmiany jakie od tamtego czasu zaszły w lubelskim teatrze najlepiej ocenili sami widzowie. Kiedy przyszedłem tutaj frekwencja wynosiła 50%, w tej chwili oscyluje między 80 a 90%. Wcześniej większość spektakli wystawiano przed południem, teraz głównie gramy spektakle po południu, ponieważ takie jest zapotrzebowanie publiczności. Ostatnio ogromnym powodzeniem cieszą się wystawiane przez nas „Wesele” i „Dożywocie”. Podobnie jest z „Żołnierzem Królowej Madagaskaru” oraz z „Miłością na Krymie”.  To bardzo cieszy.
Wracajac do początków mojej pracy. Od razu postanowiłem trochę odmłodzić zespół, dlatego też przez ten Teatr przewinęła się i przewija każdego roku duża, ilość młodych ludzi. Część z nich pozostaje w Teatrze, część jest przez sezon lub dwa. Podpisujemy z nimi różne umowy, a po trzech latach jak współpraca układa się dobrze część z tych młodych ludzi zawiera umowy na czas nieokreślony.

To znaczy, że świadomie odmłodził Pan ten zespół?

– Oczywiście że tak. To był warunek podstawowy. Nie mógłbym wystawić „Dziadów”, „Hamleta”, czy nawet „Wesela”, gdybym nie zatrudnił ludzi do trzydziestki. Szukanie składu zespołu to długi proces. Kontakt z absolwentami szkół teatralnych w całej Polsce. Staram się oglądać dyplomy. W tej chwili nawet sam współpracuję i przygotowuję dyplom z IV rokiem w Wyższej Szkole Teatralnej w Krakowie. Zawsze jest to najlepszy kontakt, który można potem wykorzystać. Ci młodzi ludzie kiedyś lubelski teatr omijali, w tej chwili mam listę osób oczekujących, które chcą się u nas angażować. To nie jest proste, bo ja ilość etatów mam stałą i nie zmienił się on od początku mojego tu przyjścia. Poszukiwanie nowych talentów wciąż trwa, jest to proces, który nigdy nie doczeka się stagnacji. Ludzie przychodzą i odchodzą. Rotacja jest ciągła z różnych względów, często też losowych.
Jednak, co uważam za nasz sukces, nigdy z tego powodu nie musieliśmy odwoływać przedstawień i zawsze znaleźliśmy godne zastępstwa.

Jakie nowości wprowadził Pan w pierwszym okresie swoich rządów tym Teatrze?

– Nowością jest to, że repertuar nie jest ogłaszany z miesiąca na miesiąc. W tej chwili wszyscy aktorzy na początku grudnia znają już repertuar na styczeń i luty. Oczywiści nie jest to jeszcze ideał, ponieważ na zachodzie teatry publikują repertuar z wyprzedzeniem rocznym, ale myślę, że w Polsce jest to mało realne. Nasi aktorzy tak na prawdę mają dużą trudność, żeby się utrzymać z teatru i robią wiele rzeczy dodatkowych – jeżdżą na castingi, nagrywają dla radia i telewizji. Trudno byłoby zrobiś taki plan pracy na dłuższy okres czasu.

Czy to, że udało się na deski Teatru w Lublinie przyciągnąć wielu młodych, atrakcyjnych aktorów, również ma wpływ na frekwencję?

– Nie zaprzeczam, że ludzie przychodzą popatrzeć na aktorów, ale także przyciąga ich repertuar. Jesteśmy jedynym w Lublinie teatrem repertuarowym. W mieście działa kilka bardzo dobrych scen alternatywnych, w związku z tym nadal próbuję znaleźć osobne miejsce dla naszego Teatru, który nie konkurowałby z teatrem Prowizorium czy, ze Sceną Plastyczną KUL. To nie miałoby sensu.
Stopniowo oczywiście wprowadzam repertuar współczesny, ale też powszechnie znany. Jak „Miłość na Krymie” czy „Opowieści o zwyczajnym szaleństwiePetera Zelenki. Bilety na te spektakle sprzedają się na pniu.
Przygotowywana obecnie sztuka „Opowieści Lasku Wiedeńskiego”, która nie jest sztuką napisaną w ostatnich latach, również uchodzi za współczesną. Ciekawy jestem, jak przyjmnie ją widownia . Czeka nas też premiera "Sonaty Belzebuba" Witkacego. Witkacy jest uważany za klasyka. Bardzo unikam takiego mechanicznego dzielenia repertuaru na współczesny i klasyczny. Często sztuka pisana dzisiaj, jest kiepską próbą objęcia współczesnego nam świata, ukazania mechanizmów jakie nim rządzą. Moim zdaniem często można tego samego dokonać znacznie lepiej i głębiej przy pomocy klasyki. Inscenizacja znanych sztuk jest niezwykle twórcza i stawia duże wyzwaine przed reżyserem. Reżyser współcześnie myślący potrafi, tekst pisany w innym stuleciu przybliżyć naszym realiom.

To Pan sprawił, że o lubelskim Teatrze zaczęto mówić dobrze w Polsce, co za tym idzie pojawili się tu znani reżyserzy…

– Teatr dobrze wypada w rankingach festiwalowych. Jesteśmy zapraszani na istotne festiwale w kraju. Na Festiwalu Klasyki Polskiej w Opolu, byliśmy rok temu. Na Festiwalu Dramaty Narodowe w Krakowie znaleźliśmy się wśród laureatów. W Lublinie pojawili się  reżyserzy o których głośno w kraju: Eugeniusz Korin, Anna Augustynowicz, Tadeusz Bradecki. Ostatnio Bogdan Ciosek, który był w zeszłym roku laureatem festiwalu Klasyka Polska w Krakowie.

Swój jubileusz Teatr Osterwy hucznie świętował. Co zdecydowało, że wybrał Pan właśnie „Wesele” Wyspiańskiego, jako sztandarowy spektakl otwierający urodczystości i nowy sezon teatralny?

– "Wesele" miało bardzo ważne miejsce w okresie międzywojennym dla tego Teatru. Kolejna premiera wystawiona była, kiedy jeszcze na części ziem polskich toczyła się wojna. Mniej więcej potem co dwadzieścia lat ta sztuka pojawiała się na afiszu. Pomyślałem, że dawno "Wesela" w Lublinie nie było. Jest to taki tekst, który można określić jako zwierciadło, w którym może się przejrzeć współczesność. Nie ma siły, żeby "Wesele", w jakimś sensie nie było pytaniem „Cóż tam panie w polityce?…” . Oczywiście jest to dla mnie przede wszystkim pytanie o wymiar człowieka w polityce i co z niego pozostaje w zderzeniu z nią. W tym sensie też taki był zamysł naszego inscenizacji i tak też część widowni ją przyjęła. Zdawałem sobie sprawę, że każdy z nas ma swoje "Wesele" w głowie. Każdy ma jakieś pojęcie złotego rogu, hohoła i zawsze jest to zderzenie się z wizją indywidualną widza. To "Wesele" wzbudziło żywe dyskusje, dotyczyło to zarówno premiery studenckiej i tego co dochodziło do nas po przedstawieniu. Dla jednych jest zbyt nowoczesne, pozbawione cepelii, dla innych zbyt klasyczne. Najcenniejszą opinię dla mnie wyraziła wnuczka Wyspiańskiego, która powiedziała „Boże wreszcie bez tych sukman i bez tej Cepelii. Wreszcie można tego tekstu słuchać, a nie podziwiać kolory kostiumów i poddawać się rytmowi wiersza”. Zależało mi na skupieniu uwagi widza przede wszystkim na sensie tej sztuki, na tekście.
Chciałem też skupić się na poszczególnych postaciach, które się na tym „Weselu” spotykają. Chciałem przez to opowiedzieć o nas samych dzisiaj. Co z nas pozostało po tych kilkunastu latach niepodległości. Jak patrzymy na kraj w, którym żyjemy, co zostało z tych wszystkich wartości etycznych.

Czy pokaże Pan „Wesele” poza Lublinem?

– Za wcześnie o tym mówić. Jesteśmy zaledwie kilka tygodni po premierze. Oczywiście później będę starał się pokazać tą sztukę na Festiwalu Klasyki Polskiej, bo przecież byliśmy tam ostatnio z „Sędziami”, gdzie otrzymaliśmy nagrodę za muzykę. Pokazaliśmy nasze „Dziady” za co otrzymaliśmy dwie nagrody aktorskie, podobała się tam również nasza „Polityka”.  

A co z repertuarem komediowym?

– Komedie mają w Polsce mniejsze szczęście do krytyki i do nagród. Co jest dla mnie bardzo dziwne. Przecież komedię bardzo trudno dobrze zagrać i wyreżyserować. Myślę, że takie komedie jak „Piękna Lucynda” Hemara czy „Polityka” cieszą się wśród publiczności powodzeniem. To są sztuki, które do tego teatru przyciągnęły ludzi, którzy wcześniej tu nie przychodzili. Teraz ci sami ludzie przychodzą nawet na „Wesele” czy „Miłość na Krymie”. I to jest moim zdaniem klucz do otwierania teatru przed ludźmi. Irytuje mnie takie wzruszanie ramion nad komedią. Z pełną świadomością poszukiwałem ostatnio tekstu komediowego i natrafiłem na sztukę napisaną ponad sto lat temu przez Bałuckiego „Niewolnice z Pipidówki”, sztuka nie była grana w Lublinie po wojnie. Autor w Polsce jest kompletnie zapomniany, a przecież napisał kawał dobrej literatury. Sztuka opowiada o machlojkach i nieuczciwych protekcjach w małym miasteczku. Czytając to dzieło nagle okazuje się, że ta rzeczywistość sprzed stu lat nie zmieniła się zupełnie, inne są tylko stroje i rekwizyty. Chcę przygotować „Niewolnice z Pipidówki” na Dzień Teatru.

Ten Teatr nie miał szczęścia do mecenasów. Mimo, że powstał z inicjatywy społecznej 120 lat temu. Tak na prawdę jednak nikt się nim specjalnie nie przejmował. Czy rzeczywiście ta rola mecenasa ma tak szalone znaczenie i czy coś się dzisiaj zmieniło?

– Mam szczęście, że dyrektorem naczelnym tego teatru jest obecnie Krzysztof Torończyk, wybitny fachowiec i ekonomista. Dzisiaj teatru nie może prowadzić, ktoś kto nie ma pojęcia o ekonomii. Trzeba pozyskiwać pieniądze i racjonalnie je wydawać. Właścicielem Teatru jest Urząd Marszałkowski i oczywiście, to że jesteśmy na Lubelszczyźnie też wiąże się z tym, że mamy skromną pulę na instytucje kulturalne. Wiadomo, że każda instytucja kulturalna chce tych pieniędzy więcej. Oczywiście mamy czasami pewne poczucie goryczy, że Teatr Muzyczny w Lublinie jest lepiej finansowany od nas, chociaż dajemy więcej premier i przedstawień w ciągu roku niż on. Jednak nie oglądamy się tylko na władze samorządowe. Nasz dyrektor naczelny szuka także środków zewnętrznych. Dzięki temu nasz budynek po remoncie wygląda już zupełnie inaczej niż jeszcze kilka lat temu. Znacznie przyjemniej pracuje się w odnowionej widowni teatralnej, w garderobach, które przestały być cuchnącymi ponurymi norami. Na widowni straszyły zdezelowane fotele. To udało się zlikwidować, co jest z resztą zasługą dyrektora Torończyka, który dosłownie przez kilka lat zdołał odmienić wizerunek Teatru. Oczywiście bardzo pomógł w tym Urząd Marszałkowski, ale i nasz strategiczny mecenas Kopalnia Bogdanka w Łęcznej. Nasi widzowie przychodzą do innego teatru niż pięć lat temu.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Joanna Biegalska

Dodaj komentarz