Gra na zwłokę

"Gra na zwłokę” wg prozy Janusza Andermana w opracowaniu scenicznym Lecha Raczaka jest dowodem, że legenda dodana do legendy może okazać się wydmuszką.  Powieść Andermana przez 30 lat posiwiała, zresztą podobnych obrazów zmierzchającego realnego socjalizmu było w polskiej literaturze więcej i większość z nich okazuje się tzw. dziełem etapowym. Dziś, wyzbyta kontekstu, a zarazem wystawiona na scenie w poetyce postkontestacyjnej, nawiązującej do czasów potęgi Teatru Ósmego Dnia, którego Raczak był współtwórcą, w dwójnasób okazuje swoją przejściowość. Jako opowieść uniwersalna jest bowiem zbyt wątła, aby równać się z wielkimi pierwowzorami (jak np. „Ulisses” Joyce’a), jako świadectwo czasu zbyt krucha, aby złożyć się na obraz czasu przeszłego. Z jednej strony obarczona etapowością (np. scena nawiązująca do niegdysiejszej akcji „Sojusz świata pracy z kultura i sztuką”), z drugiej strony bezradna wobec dzisiejszej rzeczywistości, która w nie mniej dramatyczny sposób zachęca młodych bohaterów do gry na zwłokę, na przeczekanie lub do ucieczki z kraju. Raczak realizuje utwór metodą paciorków-epizodów, które jednak rozsypują się w amorficzny kształt, nie dając ani obrazu czasu przeszłego, ani dzisiejszego, tylko co najwyżej w paru wypadkach stwarzają aktorom okazję do zagrania etiud. Skorzystał z tego zwłaszcza niezawodny Stanisław Brudny, który w epizodzie o chłopskim mędrku-poprawiaczu Einsteina osiągnął szczyt charakterystyczności i krystalicznego komizmu. Reszta jest zmyśleniem, szamotaniną sceniczną, która ani widzom, ani aktorom nie wychodzi na dobre. Szkoda było tę powieść legendę tak rozebrać do naga i zobaczyć, że pod kostiumem niewiele zostaje.

Tomasz Miłkowski

Janusz Anderman, „Gra na zwłokę”, adaptacja i reżyseria Lech Raczak, scenografia Bohdan Cieślak, muzyka Lidia Zielińska, Teatr Studio w Warszawie, premiera 3 grudnia 2006

Tekst publikowany w "Przeglądzie"

Dodaj komentarz