Teatr pradawny – rozmowa z dr Jerzym Brzozowskim

Z fotela wirtualnego tym razem wita Państwa archeolog, dyrektor Muzeum Okręgowego w Suwałkach, dr Jerzy Brzozowski. Archeologia tylko pozornie jest od teatru odległa. Czymże, bowiem, innym niż najświetniejszym teatrem świata jest wskrzeszanie przeszłości na podstawie np. 2 centymetrowego kawałka „skorupy”?

Ziaren pszenicy sprzed tysięcy lat? Narzędzi rekonstruowanych z kawałka kamienia czy krzemienia na oko niczym nie różniącego się od tysięcy innych leżących w okolicy? Życia wreszcie w jego codziennych drobiazgach? Od talentu i wyobraźni archeologa zależy czy ten świat na chwilę ożyje naprawdę czy będzie tylko statecznym dokumentem z mroków dziejów. Od rzetelności archeologa zależy też trzymanie swej wyobraźni i fantazji w ryzach, bo może zwieść na bardzo atrakcyjne, co prawda, ale jednak manowce.
Jerzy Brzozowski

Z ZIEMI BAŁTÓW I JAĆWINGÓW

Rozmowa z Jerzym Brzozowskim, dyrektorem Muzeum Okręgowego w Suwałkach

Skończył Pan studia w Uniwersytecie Lubelskim i wywędrował aż do Suwałk?

To był zbieg okoliczności. Na studiach poznałem Jurka Siemaszkę, też studenta archeologii, polubiliśmy się, zaprzyjaźnili. Mieszkaliśmy przez 3 lata w jednym pokoju, obaj interesowaliśmy się epoką kamienia. Jurek był na roku wyżej, pochodził z Olecka. Wiedział już, że będzie pracował w muzeum w Suwałkach. A ja? No cóż, na zostanie w Lublinie nie miałem szans, chociaż to były czasy – skończyłem studia w 1985 roku – gdy praca „szukała” archeologów. Miałem ok. 10 propozycji pracy. Jurek wyjechał do Suwałk, dobiłem tam – jako asystent stażysta – i ja. Radość była krótka, bo zaraz upomniało się o mnie wojsko i miałem rok „wyjęty” z kariery zawodowej.  Zawsze jest coś za coś, więc przez ten rok nauczyłem się życia. Człowiek musiał się nauczyć walczyć o swoje. Wtedy, jeśli chodzi o badania archeologiczne nad epoką kamienia, Suwalszczyzna była  terenem niemal dziewiczym.

Epoka kamienia to…?

Najstarsza epoka w dziejach ludzkości, czyli kilka milionów lat wstecz. Kończy się na początku II tysiąclecia p.n.e. Potem jest epoka brązu.
Epoka kamienia to najdłuższa epoka w dziejach ludzkości. W wymiarze północno – wschodniej Polski najstarsze zarejestrowane ślady człowieka pochodzą z XI tysiąclecia p.n.e.

Tu żyli legendarni Jaćwigowie…

Tak. Pradzieje Suwalszczyzny i Mazur my, archeolodzy dzielimy na dwa duże okresy. Pierwszy to wspomniana epoka kamienia. Druga to epoka nie tyle Jaćwingów, co epoka bałtyjska, bo Jaćwingowie to jedno z plemion zachodnio – bałtyjskich. Wedle dzisiejszej wiedzy pierwsi Bałtowie na terenie Suwalszczyzny i Mazur pojawili się w połowie I tysiąclecia p.n.e., czyli 2500 lat temu. I od tej pory te ziemie zasiedlały kolejne plemiona bałtyjskie.
We wczesnym średniowieczu, od wieku VII do XIII żyli tu Jaćwingowie. W archeologii jest dość wąska specjalizacja, więc sam badań nad kulturami bałtyjskimi nie prowadziłem – jedynie uczestniczyłem w badaniach ratowniczych itp. Jako pracownicy Muzeum mamy na swoim koncie badania grodzisk bałtyjskich i cmentarzysk kurhanowych oraz osad. Badania nad Bałtami są niezwykle ciekawe – może i dlatego, że wbrew pozorom, kultury bałtyjskie są słabo rozpoznane. W okresie międzywojennym, kiedy obecne Mazury były Prusami Wschodnimi, przebadano tam ponad 300 cmentarzysk. Na Mazurach panował obrządek ciałopalny, popielnicowy, czyli zmarłych palono na stosie i szczątki wkładano do naczyń i do ziemi. Cmentarzyska dają największe możliwości poznawcze i archeolodzy pruscy nastawili się głównie na ich badanie, więc były to badania dość jednostronne. W okresie powojennym archeolodzy skupili się na rozpoznaniu grodzisk i osad – przebadano m.in. grodzisko Dąbrowskie pod Oleckiem. W tych badaniach brałem udział jako początkujący w zawodzie archeolog. Potem uczestniczyłem w badaniach kilku cmentarzysk kurhanowych z okresu między IV a VI` wiekiem n.e. Kurhany z grobowcami rodzinnymi, czyli pod nasypem kurhanu było kilkanaście, nawet powyżej 20, popielnic o bardzo ciekawych sekwencjach. Wyglądało to w ten sposób: kiedy umierał ktoś pierwszy z rodu, grzebano go w ziemi ustawiając kamienną skrzynię lub usypując niewielki nasyp. Przy kolejnych zmarłych dostawiano kolejne urny, potem sypano wielki kurhan do 10 metrów szerokości, ok. metra wysokości. Gry ta powierzchnia została zajęta, a umierał następny członek tego rodu to wybierano kilka kamieni z płaszcza tego kurhanu, wkładano urnę i zasypywano. Coś, co robi się i dzisiaj, tzn. idea jest bardzo podobna, forma organizacyjna, naturalnie, inna. Wraca zwyczaj ciałopalenia i coraz częściej zamiast grobów jest tabliczka wmurowana w ścianę wypełnioną urnami. Pierwszy raz na taką skalę zobaczyłem to w Paryżu na cmentarzu Per la Chaisse. Została tam pochowana wnuczka Alfreda Wierusza – Kowalskiego, w ostatnim okresie nasza darczyńczyni. Spodziewałem się klasycznego grobowca rodzinnego, a tu – tabliczka w ścianie i urna. Z punktu widzenia archeologa tendencja do kremacji obecnie panująca nie jest tą pożądaną. Groby szkieletowe są znacznie ciekawsze, zawierają więcej informacji.
Dział Archeologiczny Muzeum Okręgowego w Suwałkach prowadzi szeroką działalność naukowo-badawczą w Polsce północno-wschodniej. Specjalizuje się w dwóch zasadniczych dziedzinach: badaniu epoki kamienia w północno-wschodniej Europie oraz archeologii Bałtów Zachodnich.
Większość badań terenowych (powierzchniowych, planigraficznych i wykopaliskowych) dotyczy epoki kamienia. Do niedawna ten okres pradziejów na Suwalszczyźnie i Mazurach należał do najsłabiej zbadanych. Dzięki systematycznym pracom prowadzonym przez dział okazało się, że ten region należy do wyjątkowych, o ogromnej koncentracji stanowisk z tego okresu. Udało się też w znacznym stopniu usystematyzować klasyfikację chronologiczno-kulturową w północno-wschodniej Europie i zdobyć bezcenne informacje o osadnictwie paleolitycznym i mezolitycznym w tej strefie. Do największych osiągnięć badawczych można zaliczyć odkrycie obozowiska kultury kundajskiej z najwcześniejszej  fazy mezolitu, sprzed około 10,5 tysiąca lat w Miłukach, pow. Ełk, z zachowanymi materiałami organicznymi i pozostałościami szałasu oraz obozowiska kultury ahrensburskiej ze schyłku epoki lodowej w Szczebrze, pow. Augustów. Do czasu tych badań nie spodziewano się obecności obu tych kultur w tej części Polski. Oba stanowiska dostarczyły unikatowych eksponatów krzemiennych.
W sprzyjających warunkach naturalnych w Miłukach zachowały się ponadto bogate materiały organiczne (m.in. kości zwierzęce, szczątki roślinne), w tym interesujące narzędzia z kości i rogu. Innych cennych odkryć dokonano w Dręstwie, pow. Augustów. Znaleziono tam kilka obozowisk i osad z epoki kamienia, również z zachowanymi materiałami organicznymi, w tym dwa groby łowców, sprzed 6 i 4 tysięcy lat. Plonem badań terenowych Działu Archeologii Muzeum Okręgowego w Suwałkach jest jedna z najbogatszych kolekcji zabytków krzemiennych, obejmująca ponad 60 000 egzemplarzy.
Wyniki studiów naukowych prezentowane są w kraju i za granicą podczas licznych kongresów oraz publikowane w wielu artykułach, w językach polskim i angielskim.

Jest Pan archeologiem, ale muzeum, którego jest Pan dyrektorem od roku 1998, to muzeum okręgowe, w którym archeologia to tylko jeden z działów. Nie jest łatwe trzymanie własnych pasji, chęci i ambicji na uwięzi?

Staram się to wszystko wyważyć. Gdy byłem pracownikiem działu archeologii w tym muzeum, to faktycznie myślałem, że co tam ta reszta: najważniejsza jest archeologia. Tym bardziej, że archeologia była tu wtedy najdynamiczniejsza. Nawet śmialiśmy się, że połowę rocznych sprawozdań stanowią nasze, archeologiczne, działania. Prowadziliśmy wykopaliska, co dawało nam tę pierwszoplanową pozycję.
Zostałem dyrektorem tego muzeum i, oczywiście, podświadomie faworyzuję archeologów, ale nie jest to faworyzowanie na wyrost. Jest to nadal, choćby ze względu na wykopaliska, dział bardzo dynamiczny i aktywny. Pradzieje tych ziem są jednym z filarów muzeum. Tak się ta sytuacja wyklarowała, jakby samoistnie. Przy  wielości różnych poczynań, przy bogatych zbiorach polskich muzeów, dość trudno jest być oryginalnym w swojej działalności wystawienniczej itp. A trzeba  stale proponować coś nowego, coś, czego inni nie mają. Czego nie mają inni? Nie mają Jaćwingów. Ta jaćwieska, oryginalna przeszłość jest jednym z czterech filarów, na których wspiera się nasze muzeum.
Drugim filarem jest spuścizna po Alfredzie Wieruszu -Kowalskmi. Był suwalczaninem, jako jedyne muzeum w Polsce mamy stałą wystawę jego malarstwa. Trzecim filarem jest Maria Konopnicka, która tu się urodziła, tu ma „swoje” muzeum będące naszym oddziałem. Niezależnie od tego, jak oceniamy jej twórczość w polskiej literaturze Konopnicka ma swoje miejsce.
Czwartym filarem jest coś, co jest w pewnym stopniu oryginalne i modne, a dla nas ważne. To międzywojenna wojskowa przeszłość garnizonu suwalskiego. Trzeba pamiętać, że stacjonowały tu 3 pułki i kilka mniejszych pododdziałów, w tym 2 pułki kawalerii,  1 pułk piechoty, dywizjon artylerii konnej. Jeszcze za czasów carskich, na przełomie XIX i XX wieku, garnizon suwalski liczył ok. 10 000 żołnierzy. To obszar działania naszego działu historii.
Raz w roku organizujemy imprezę pn. „Piknik kawaleryjski”, mamy kilka dobrych wydawnictw monograficznych, w tej chwili Krzysztof  Skłodowski wspólnie z prof. Dobrońskim opracowuje monografię II pułku ułanów grochowskich, czyli jednego z pułków suwalskich.
Staram się, żeby wysiłek muzeum, także ten finansowy, rozkładał się mniej więcej równo. Z tym, że archeolodzy są w stanie zarobić pieniądze – prowadzimy obecnie badania na kilku dużych inwestycjach liniowych, komunikacyjnych, badania ratownicze. Na badaniach historycznych nie da się zarobić. Staram się, aby działalność muzeum była widoczna w różnych dziedzinach. Jesteśmy niewielkim muzeum, ale czasem nie jesteśmy w stanie nadążyć za zadaniami, które sami sobie wyznaczyliśmy. Równolegle np. realizujemy ok. 10 projektów z Ministerstwa Kultury, z Urzędu Marszałkowskiego, Fundacji Współpracy Polsko – Niemieckiej. Ze względu na szczupłość zespołu to zaczyna być kłopotliwe. Jednak za projektem idą pieniądze, więc trzeba tego pilnować.

Piknik Kawaleryjski urósł do rangi największej na wschód od Wisły imprezy kawaleryjskiej…

Dni Kawaleryjskie w Suwałkach jest cykliczną, otwartą dla publiczności imprezą plenerową, organizowaną od 2001 roku rokrocznie w połowie maja. Najważniejszym celem pikniku jest przypomnienie i podtrzymanie kawaleryjskich tradycji Suwałk – w okresie międzywojennym licznego garnizonu, w skład którego wchodziły m.in. oddziały kawalerii: 3. Pułk Szwoleżerów Mazowieckich im. płk. Jana Kozietulskiego, 2. Pułk Ułanów Grochowskich im. gen. Józefa Dwernickiego oraz 4. Dywizjon Artylerii Konnej.
Program pikniku obejmuje: przemarsz oddziałów kawalerii ulicami Suwałk, zawody kawaleryjskie i pokazy sprawności ułańskiej, na które składają się m.in. kros kawaleryjski, konkurs władania szablą i lancą, woltyżerka oraz inscenizacje i rekonstrukcje walk. Podczas imprezy rozgrywane są także zawody hippiczne w różnych kategoriach i stopniach trudności oraz otwarte zawody w powożeniu bryczką o nagrodę dyrektora muzeum. Corocznie w pikniku uczestniczy 4-5 tysięcy osób.
 
Piąty filar może stanowić Czesław Miłosz – w Suwałkach mieszkali jego rodzice, rodzina od pokoleń żyła na tych ziemiach…

Tak, ale Miłosz zmarł niedawno i muzeum nie zajmowało się specjalnie dokumentacją związaną z jego rodziną. Muzeum im. Marii Konopnickiej poza tym, że zajmuje się twórczością poetki, zajmuje się też dokumentowaniem twórczości literackiej na Suwalszczyźnie. W tej chwili powstaje duża wystawa poświęcona Miłoszowi i wydawnictwo, Właśnie ogłosiliśmy przetarg nieograniczony na druk albumu "Dla Miłosza. Suwałki – Krasnogruda". Jeszcze nie jest to filar, ale coś w tym kierunku zaczynamy robić.

Podkreśla Pan, że to niewielkie muzeum. Działa jednak niebywale dynamicznie i coraz wyraźniej zaczyna wypełniać nie tylko te powinności ku jakim jest przeznaczone, ale staje się wręcz ważnym ośrodkiem kulturalnym na Suwalszczyźnie. Tu powstaje specyficzne środowisko…

Na północ od Białegostoku i na wschód od Olsztyna jesteśmy jedynym profesjonalnym muzeum.  Oczywiście, funkcja takiego muzeum w takim miejscu jest zupełnie inna niż w dużym ośrodku. W Krakowie, gdzie muzeów jest mnóstwo każde ma wąski odcinek, który sobie zagospodarowuje i w którym się specjalizuje. I już. My musimy właściwie w jednym miejscu skupiać maksymalnie szeroką działalność badawczą, wystawienniczą, regionalną, gromadzić i opracowywać zbiory z przeróżnych dziedzin. Podstawą funkcjonowania muzeum są zbiory i ludzie. Zbiory mamy ciekawe: mamy bogatą kolekcję obrazów i pamiątek po Alfredzie Wieruszu – Kowalskim, polskiego malarstwa z przełomu XIX i XX wieku, zbiory historyczne, etnograficzne i oryginalne zbiory archeologiczne, jakich w Polsce nie ma nikt więcej, bo nikt – poza muzeum w Białymstoku, Olsztynie i Muzeum Archeologicznym w Warszawie, nie ma zbiorów związanych z kulturami bałtyjskimi. Oprócz tego organizujemy duże imprezy plenerowe: wspomniany Piknik Kawaleryjski, uroczyste urodziny Marii Konopnickiej, festyn archeologiczny, mamy „Zimowy Pałacyk św. Mikołaja, wernisaże wystaw – na niektórych bywa 200-300 osób, wydawnictwa. Na otwarciu wystawy „Łowiectwo – historia i współczesność” było 350 osób, „Malarze polscy w Monachium” – jedna z największych wystaw prezentujących malarstwo monachijskiej – cieszyła się ogromnym zainteresowaniem, potem pojechała w Polskę.

Muzeum prowadzi tez szeroko zakrojoną działalność oświatową, edukacyjną. Skupia młodzież…

W muzeum od lat funkcjonuje Klub Archeologiczny. Założyli go pracownicy Działu Archeologicznego Krystyna i Leszek Lenarczykowie w 1977 roku. W roku 1980 roku Lenarczykowie wyjechali z Suwałk i nastąpiła przerwa w działalności klubu. Reaktywował go w 1984 roku Jerzy Siemaszko, który nadal go prowadzi wspólnie ze mną. W roku 1998 dołączyły do nas Anetta Ejdulis i Renata Maskowicz. Klub skupia młodzież szkół średnich, ostatnio często uczestniczą w nim i gimnazjaliści. Spotkania odbywają się w czasie roku szkolnego, tradycyjnie w czwartki o godzinie 17.00.

Klub zrzesza sporą grupę młodzieży, niektórzy z nich idą potem na archeologię. Można więc młodych ludzi przyciągnąć, jeżeli się ją czymś zainteresuje. Czy biorą oni udział także w wykopaliskach?

Oczywiście. Uczestniczą w badaniach terenowych, przede wszystkim wykopaliskowych oraz powierzchniowych czy planigraficznych. Liczba stanowisk archeologicznych, w badaniach których uczestniczyli członkowie klubu przekroczyła już 50. Poza tym przychodzą na wykłady, wyjeżdżają do innych muzeów w kraju, biorą udział w objazdach
po stanowiskach archeologicznych w regionie, połączonych czasem z ich porządkowaniem. Członkowie klubu dokonali odkryć archeologicznych, zgłoszeń przypadkowych znalezisk zabytków archeologicznych do służb konserwatorskich i muzeów, a więc czynnie i skutecznie uczestniczą w ochronie zabytków archeologicznych na terenie kraju.

Jak układa się współpraca z Litwą? To przecież tak blisko…

Stosunki polsko – litewskie nigdy nie były stosunkami łatwymi i to przekładało się na współpracę. W czasach minionych była trochę wymuszana, funkcjonowało przymusowe partnerstwo miast: Mariampol i Olita były przypisane Suwałkom. W tej chwili ta współpraca jest swobodniejsza i jest to wybór. Często występujemy o pieniądze unijne i potrzebujemy partnerów. W ten sposób naturalnie i sympatycznie ułożyła się współpraca z muzeum w Olicie. Muzeum mniejszym od naszego. Dzięki temu w roku 2004 zrealizowaliśmy duży projekt pn. „Na lewym brzegu Niemna. Dziedzictwo miast i miasteczek byłej guberni suwalskiej utrwalonej na starej fotografii”. Gubernia Suwalska w tej chwili jest dokładnie przedzielona granicą w połowie, po polskiej stronie są 3 powiaty.

A współpraca archeologiczna?

Niewielka, może dlatego, że my zajmujemy się w sposób szeroki Bałtami.

Od jakiego momentu archeolog zaczyna łgać?

To zależy od archeologa. Ja należę do tych niekłamiących. Na początku lat 80., gdy byłem bardzo młodym archeologiem, popularyzacja archeologii była bardzo źle postrzegana w środowisku archeologicznym. Była praca naukowa, wykopy, kultury fazy i większość archeologów poruszała się w tym zamkniętym świecie. Na grupkę osób zajmujących się popularyzacją patrzono wzgardliwie i traktowano ich jak nie – archeologów. Teraz zmieniło się wszystko. Informowanie społeczeństwa, które przecież daje pieniądze na to, co my robimy, w sposób profesjonalny, ale jednocześnie zrozumiały dla ludzi stało się naszym obowiązkiem.
Ja bardzo lubię to, co Pani nazwała „łganiem”. To przekazywanie niearcheologom w sposób przystępny tego, co wiemy my, archeolodzy. Tak na dobrą sprawę nie wiemy niczego do końca, przeszłość stale przed badaczami stoi otworem. Nigdy nie mamy stuprocentowej pewności, że proces rekonstrukcji pewnej historii, miejsca czy faktu jest do końca prawdziwy. Historia Polski z czasów Mieszka I opiera się na kilku dokumentach. A historycy stworzyli z tego piękną historię, której nikt nie kwestionuje, ale każdy ją zna. Jeżeli się nie zgłębia tematu bardzo dokładnie, pozostajemy na etapie pewnych haseł. I te hasła są dla wszystkich zrozumiałe.
Wracając do pytania… Myślę, że profesjonalista i poważny archeolog nie kłamie nigdy, czyli nie zmienia faktów. To tak, jak naczynia, które wyklejamy. Są dwie szkoły rekonstrukcji naczyń. Jedna to ta, w której całe naczynie robimy tak, żeby nie było widać śladów rekonstrukcji. Druga – wszystkie elementy, których de facto nie ma są uzupełniane białym gipsem i wiadomo, że to jest ta część „wymyślona”. Uważam, że archeolog, który opowiada jakąś historię powinien ujawniać, że ten moment to on na podstawie swojej wiedzy i swoich badań sobie dopowiedział. I wtedy wszystko jest jasne.

Ale to, że mając w ręku kawalątek skorupy może stworzyć całą historię jest piękne!

I przemawia do wyobraźni. To piękno i oryginalność archeologii. Gdy jedzie się pociągiem i ktoś się przyzna, że jest archeologiem, to od razu wzbudza zaciekawienie wszystkich. Pierwsze skojarzenie archeologiczne w młodszym pokoleniu to jest Indiana Jones, w starszym Michałowski i piramidy i już jest jakaś nić porozumienia.
Powiem Pani, że nigdy w życiu nie żałowałem, że jestem archeologiem i wierzę głęboko, że nigdy nie będę żałował.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Justyna Hofman – Wiśniewska

Dodaj komentarz