Radość szmirusa

Rozmowa z Wiktorem Zborowskim

Powiedział Pan kiedyś, że nie będzie wielkim aktorem, bo brakuje Panu furii, pasji i pazerności…

To prawda – nigdy nie poświęcałem i nie poświęciłbym wszystkiego dla aktorstwa. Sztuka, teatr to bardzo wymagająca i pazerna pani. A dla mnie najważniejsze jest życie jako takie. Jak bardzo życie prawdziwe idzie równoległym torem do życia teatralnego dostrzegłem, gdy przestałem być aktorem etatowym. Wtedy zauważyłem nagle, ile rzeczy się działo wokół, gdy przez 23 lata właściwie nie znikałem z otworów scenicznych.

I z okienka telewizyjnego…

Jedno pociąga za sobą drugie. Tak czy tak na nic nie ma się czasu. Gdy są propozycje, to się je bierze i dzień jest wypełniony po brzegi: próba w teatrze, telewizja, spektakl i w takim kieracie mija dzień za dniem. A życie innym nurtem toczy się obok. I człowiek widzi, jak wiele go ominęło. Nie staram się tego nadrobić, ale teraz żyję trochę spokojniejszym rytmem.

To chyba nie do końca jest prawda! Jest Pan w filmie, w teatrze, w kabarecie, na estradzie, w dubbingu, serialu…

Aż tyle tego aktorstwa? Myślałem kiedyś, że w tym wszystkim nie znajdę czasu na ukochanego golfa. Golf jest grą czasochłonną, wymagającą treningu, potem parogodzinnych wypraw na pole golfowe. Gdy wsiąkłem w golfa na dobre, to jakoś ten czas się znalazł. Przestałem robić rzeczy mniej ważne. Robię tylko to, co jest ważne dla mojej rodziny i mojego zawodu.  Przedtem robiłem mnóstwo rzeczy nieistotnych, nie dających żadnej satysfakcji., Było trochę czasu, to można było coś robić. I tak się człowiek z tym bujał i bujał…

W sprawach artystycznych najważniejszy jest teatr czy nie ma Pan żadnej hierarchii?

To zależy od tego, co się robi i z kim. Jeżeli jest fascynująca propozycja w teatrze, to trzeba w to wejść. Każde artystyczne wyzwanie niesie ze sobą pewne ryzyko włożenia strasznej pracy, z której nic nie wyniknie albo wyniknie spektakularna klęska. Najbardziej bolesne jest to w teatrze, ponieważ na przygotowanie spektaklu trzeba niekiedy poświęcić kilka miesięcy, zrezygnować z wielu innych rzeczy, np. intratnych finansowo, więc dopłacać do tego, co się robi. No, ale chcę to zrobić, więc robię. A potem bywa, że bolesna niespodzianka, bo nikogo to nic nie obchodzi.

Teatr dzisiaj nie daje też tej szybkiej popularności, jaką dawał np. swego czasu Teatr Telewizji…

Dzisiaj tę popularność dają seriale. Szkoda, że dają ją także, czy nawet w głównej mierze, rozmaitym amatorom. Teatr Telewizji amatorów nie tolerował.

Często bardziej popularni są amatorzy niż aktorzy…

Niestety, taki jest trend, chociaż nie uważam, że to jest pozytywne zjawisko.
To doprowadza do paradoksalnej sytuacji, że wielu aktorów jest bezrobotnych i że aktor zawodowy musi grać gorzej, żeby nie wyskakiwać ponad amatorów.

Naszym serialom ma Pan wiele „grzechów” do zarzucenia. Jakich?

Poziom naszych seriali jest, powiedziałbym, dość rzewny. Nie jestem pewien, czy za granicą ktoś chce taki serial kupić. Kiedyś, leżąc po operacji, oglądałem dużo seriali w telewizji. Chciałem sprawdzić, na czym polega fenom popularności na świecie seriali kolumbijskich, brazylijskich, argentyńskich. I stwierdziłem, że treść jak treść, ale jest to zawodowo bardzo dobrze zrobione. Dobrze grane – grają zawodowi aktorzy. Piękne wnętrza, piękne stroje, piękne kobiety, wspaniałe plenery i emocje. Mocne emocje. Jest nienawiść, jest gniew, jest miłość, jest płacz – to wszystko w sposób wciągający odbiorcę w ten świat może zagrać tylko aktor.

Ogląda się te seriale po to, by coś niecodziennego przeżyć, a nie podglądać przez dziurkę do klucza banalne życie sąsiadów?

Oczywiście. Miałem teraz okazję zagrać gościnnie w następnej serii odcinków „Rancho”. To bardzo dowcipnie napisany serial! Bardzo dobrze grany, świetnie reżyserowany, zagrałem tam biskupa. Była to jedna z nielicznych produkcji, które się w życiu aktora zdarzają: żałowałem, że już się skończyło. Świetny scenariusz, świetny reżyser – Wojtek Adamczyk, znakomicie grany.

Co Pana najbardziej bawi w pracy nad rolą?

Nic. To jest ogromny wysiłek intelektualny i emocjonalny, aby tego człowieka, którego mam odtworzyć przepuścić przez siebie. Nie jestem aktorem, który udaje kogoś, zmienia się nie do poznania, ulega jakimś transformacjom. Ja jestem ja i moja postać to musi być taki człowiek jak ja w takiej sytuacji. To zawsze próba odnalezienia siebie w tej zastanej sytuacji, jaką nakreślił autor. Tę sytuację muszę sobie wyobrazić – jak bym reagował, jak bym się zachował w takich okolicznościach… Zawsze jest w tym cała masa wątpliwości. Jeżeli jest sensowny reżyser to jest w stanie z tych rozterek wyprowadzić aktora na prostą. Bardzo uważnie słucham reżysera, scenografa, muzyka, choreografa. I innych aktorów, bo przecież nie jestem solistą w operze. Reżyser ma koncepcję całości i ja ze swoim widzeniem swojej roli, odczuwaniem jej, poszukiwaniem wewnątrz siebie klucza do niej muszę się w tę koncepcję wkomponować.

Od 10 lat nie jest Pan na etacie. Takie funkcjonowanie jest trudniejsze?

Z etatu zrezygnowałem sam. Jestem zawziętym przeciwnikiem panującego od wielu lat trendu w polskim teatrze etatowego aktora! Jak już dopadną jakiegoś artystę – dyrektor i reżyser – to z prób w próby go wsadzają, obsadzają aż w końcu go zajeżdżają. On nie ma czasu złapać oddechu i w pewnym momencie zaczyna się po prostu powielać, sunąć jedną koleiną.

To niebezpieczeństwo jest zawsze, zwłaszcza, gdy się powiodło. Często artystę uwodzi chęć powtórzenia tego, co się udało…

To także, ale zwykle taka sytuacja trwa bardzo krótko. Gorsze jest to, że aktor często nie potrafi odmówić powtarzania sprawdzonych „chwytów”. Patrząc na scenę z widowni widzę, kto z kolegów jest zajechany i już mu się nie chce, a kto jeszcze chce, jest chłonny i twórczy.

Pana niełatwo zajechać, bo jest Pan aktorem bardzo wielostronnym…

Też byłem zajechany. Przez 23 lata nie schodziłem ze sceny. Oczywiście, że pracując w różnych formach – film, telewizja, estrada ma się pewną odskocznię. W telewizji i filmie zagra się raz i koniec. W teatrze jest ten sam spektakl co wieczór. Trudno mi zrozumieć, jak to wytrzymywałem mentalnie i fizycznie. Grałem wtorek, środa, czwartek Papkina w „Zemście”, a w piątek, sobotę i niedzielę śpiewałem w „Człowieku z la Mancy”… I tak przez dwa tygodnie. Jak ja to wytrzymywałem? Granie tak wyczerpujących fizycznie i psychicznie postaci, jaką jest Papkin i Don Kichot i Cervantes jako jedna postać w „Człowieku z La Manczy” to dzisiaj wydaje mi się niemożliwe! No, byłem młodszy. Potem człowiek nie ma już takiej pary, żeby tak ciężko tyrać.

Dubbing jest tą oazą spokoju?

W pewnym sensie. To kawałek innej działalności – należy głos tak podłożyć aktorowi, żeby mu nie zepsuć roli. W kreskówce postać tak zrobić, żeby było to zgodne z duchem filmu.

Dzisiaj coraz częściej aktorzy mówią o tym, że aktorstwo to tylko zawód, jak każdy inny. Pan by się z tym zgodził?

Nigdy nie byłem lekarzem ani architektem, ani prawnikiem. Ale nie wyobrażam sobie, żeby dobry lekarz, dobry architekt, dobry prawnik nie miał chociażby odrobiny pasji. Nie może się ona przejawiać we wszystkich dziedzinach tego zawodu, ale przychodzi taki moment, że jest coś do zrobienia i wtedy jest ta erupcja szczęścia, że coś takiego się robi. Mam to w swoim zawodzie – inaczej bym go nie wykonywał.

W jakich rolach przeżył Pan coś takiego?
 
Bezwzględnie w Papkinie, w „Człowieku z La Manczy”, w „Piotrusiu Panie”, w „Się kochamy” – to były momenty, gdy uwielbiałem przychodzić do teatru, przebierać się, wchodzić na scenę i grać. To było szczęście pracy nad rolą i szczęście grania. To były przedstawienia, których nie miałem dość nawet po 30 spektaklach. Nie było żadnej rutyny, cały czas była – jak ja to nazywam – radość szmirusa. Wchodzę na scenę i przepełnia mnie szczęście. Teraz bardzo lubię grać Don Basilia w „Cyruliku sewilskim”… Urocze przedstawienie. Nie ma nic bardziej smutnego, jak ogrom włożonej pracy, pełna świadomość solidnie wykonanej pracy i granie do pustych krzeseł. To tragedia.

Największa Pana wpadka aktorska?

Miałem takie dwie role, które czasem śnią mi się jak upiory. Kiedyś, dawno temu, Tadeusz Łomnicki, świetny reżyser, uroczy człowiek, wygrzebał gdzieś dramat Witkacego. Nazwał to „Dramat nierozpoznany”, sztukę wyreżyserował Tomasz Minc. Ja tam grałem postać ni to boga, ni to „kogoś”. To było przerażające od początku do końca! Nie rozumiałem w ogóle o co w tym spektaklu chodzi. Na premierze bredziłem, zmyślałem jakieś teksty… Graliśmy w Teatrze Małym, więc publiczność z trzech stron. Nie było ucieczki.
Drugie przeżycie było podobne, ale spuszczę na to zasłonę miłosierdzia. Chodziłem, grałem jakiegoś popa, trzy sceny z Guciem Holoubkiem, ja nie wiedziałem o co chodzi, te sceny były do siebie podobne, ciągle mi się myliły… Gucio, jak już nie wiedział, co robić, to przyklękał przede mną, chował głowę w moją sutannę i zaśmiewał się do łez. A ja coś bredziłem. Koszmar.
W ogóle jestem zdania, gdy autor uznał, że coś, co napisał jest marne, to nie należy tego wystawiać ani odgrzebywać. To jest ciekawostka dla znawców literatury i nic poza tym.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Justyna Hofman – Wiśniewska

 

Dodaj komentarz