Mim przegracza granice

Refleksje Tomasza Miłkowskiego po Międzynarodowym Festiwalu Mimu w Warszawie (sierpień 2006).
Mim z teatru Licedei
To już nie te czasy, kiedy teatr pantomimy oddzielała wyraźna granica od teatru słowa czy baletu. To, co najbardziej pociągające, mieści się „pomiędzy”, toteż artyści teatru ciała (lub phisical theatre) coraz częściej sięgają po formy pośrednie, poszerzając swoje pole gry o słowo lub para-słowo, taniec, animacje. Tak jest od wielu lat i tendencja ta najwyraźniej się nasila. W hiszpańskim Reus w Katalonii, gdzie odbywa się co roku międzynarodowy festiwal teatru ciała, Cos Festival, widać to jak na dłoni. Uczniowie uczniów Henryka Tomaszewskiego (w Barcelonie powstał silny ośrodek kształcenia mimów, prowadzony pod różnymi nazwami przez uczniów Tomaszewskiego, m.in. prof. Andrzeja Leparskiego) sięgają po środki ekspresji formalnie przynależne do „konkurencyjnych” form teatru. I nikt się temu nie dziwi.
Podczas organizowanego od kilku lat (już po raz szósty) Międzynarodowego Festiwalu Sztuki Mimu przez warszawski Teatr na Woli także doszła do głosu ta tendencja, zwłaszcza od czasu, kiedy kierownictwo sprawuje młody, utalentowany artysta, Bartłomiej Ostapczuk. Kierujący selekcją w pierwszych latach Stefan Niedziałkowski był bardziej ortodoksyjny i raczej unikał demonstracyjnego przekraczania tradycyjnych granic mimu. Ostapczuk wprawdzie także kieruje się zasadą prymatu ekspresji ciała – jako kryterium gatunkowego, ale najwyraźniej dąży do uchwycenia współczesnych tendencji. Toteż obok uczniów Marcela Marceau pojawili się już rok temu na warszawskim festiwalu Rosjanie z ich szkołą klownady. Być może dlatego  goszczący już po raz trzeci w Warszawie amerykański wirtuoz pantomimy, Gregg Goldston, podczas ceremonii otwarcia powiedział (nie tylko z uprzejmości), że serce mimu bije w Warszawie.
Tegoroczny, szósty już przegląd zainaugurował jednak występ  francuskiej trupy La Compagnie de Mosieur et Madame O, dwuosobowy spektakl uczniów Marceau, Laurenta Clairneta i AnLo Piquet. Daremnie by jednak oczekiwać w spektaklu klasycznych postaci smutnego klowna, choć "Pierre et Jeanne" to historia nowego Pierrota i Colombiny. On i ona już nieco podstarzali, niezgrabni, w pokaźnych okularach, a więc i krótkowzroczni, gapowaci, a przy tym tęskniący za wielkim uczuciem. Mają się spotkać – bodaj na dworcu, ale odszukać się niełatwo, a kiedy to się udaje, jeszcze trudniej otworzyć się na siebie. Stąd poszukiwanie poza obrębem pantomimy (w końcu muszą paść słowa o miłości), stąd sceny z lalkami, które symbolizują ich rozpaczliwą tęsknotę, stąd na koniec triumfalny taniec miłości. Artyści demonstrują fenomenalną technikę – po kilkanaście razy pokazują w rozmaitych wariantach "mijankę", czyli klasyczną klownadę, kiedy dwoje bohaterów nie zauważa się nawzajem, mimo że dzieli ich jeden krok. Liryzm, komizm, animacja i dell’arte tworzą doskonałą mieszankę stylistyczną tego spektaklu pełnego energii i humoru.
Bez cienia przymrużenia oka realizują swoje projekty rosyjscy artyści z trupy Black Sky White – pokazane w Warszawie „Zabawki Bertranda” to widowisko oniryczne z sennego marzenia, a raczej koszmaru. Trudno tu mówić o jakimś zalążku fabuły – mamy do czynienia z sekwencją sugestywnych obrazów, symbolizujących walkę złych i dobrych mocy. Nastrój tych mrocznych wizja podkreśla skąpe światło i natrętna muzyka. Ponad wszystkim dominuje symbol kuli. Mimo nienagannej techniki (ekwilibrystyczna „żonglerka” rękami z wykorzystaniem efektu czarno-białego teatru) spektakl nuży przerostem monotonnej formy nad mglistą treścią. Rzecz dla amatorów „czystego mimu”, cokolwiek to znaczy.
Inaczej postępuje Tanya Khaborova, współzałożycielka słynnego Teatru Derevo. Jej metaforyczny mimodram „Reflection” to opowieść o narodzinach człowieka, jego związku z naturą i zagrożeniach cywilizacji. Na początek widowisko przypomina występ iluzjonistki-czarodziejki, która ubrana w biały kitel i spiczastą czapeczkę przyrządza na boku rozmaite mikstury. Dodając odpowiednie ingrediencje powołuje do istnienia cztery żywioły: ziemię, wodę, powietrze i ogień, ciałem uzmysławiając ich obecność. Umiejętność metamorfozy dochodzi w pełni do głosu, kiedy artystka odtwarza historię naturalną – scenę zaludniają rozmaite stwory – od pajęczycy po dzikie zwierzę rozszarpujące zdobycz, a potem, rozpoczyna się opowieść o przeistoczeniach człowieka, zrazu zainteresowanego światem, ale dzisiaj… no, właśnie, kiedy na scenę wkracza damulka w szpilkach ze słuchawkami ipoda, odizolowana od świata, widać, że świat natury odrzuca. Wielkie wrażenie czyni scena z baśniowymi zjawami, z których wyłania się Strzelec – pozostawiony na koniec gwiazdozbiór ułożony z lampek, jak na choince. Słychać kumkanie żab, może więc natura nie podda się? W dynamiczne obrazy powoływane do życia przez artystkę można zapewne wpisać wiele innych sensów, to już zależy od widza, któremu Khabarova podstawia swoje zaczarowane lustro.
Nie udała się ta sztuka Irinie Andreevej, reprezentującej praski Teatr Novogo Fronta spektaklem „Dybbuk”. Gdyby nie tytuł trudno byłoby się domyśleć, że to wariacje wokół przesławnego „Dybbuka” Anskiego – tym razem wielkie materii pomieszanie (od rysowania na pergaminie przez partie cyrkowe, pokaz zachowań trolli aż po ćwiczenia quasierotyczne na fotelu). Nie negując warsztatowych umiejętności aktorki, wartom pytać o wątpliwe sensy i pretensjonalne metafory, które chciała zawrzeć w swoim spektaklu. Największym jego grzechem był chłód ziejący od strony widowni.
Ani śladu tego chłodu nie można było znaleźć w ostatnim przedstawieniu przeglądu, „Pokatukha”, przesławnej petersburskiej trupy Licedei. Teatr istnieje od roku 1968, a jej trzon stanowią absolwenci studium z roku 1984, a więc artyści, którzy pierwszy raz odwiedzili Polskę w roku 1989 podczas akcji nazwanej „Mir Caravane” z udziałem wielu teatrów alternatywnych, wędrujących wówczas wspólnie przez Europę (stąd w nazwie akcji „karawan”). Licedei był gwiazdą tej wędrówki, dając w Warszawie dwa spektakle. Pierwszy odbył się 2 lipca 1989 na Placu Zamkowym, spowitym we mgle. Licedei pokazał "Katastrofę", rzecz o Czarnobylu, temat wtedy gorący. Przed tłumem widzów, zbitym wzdłuż rusztowań rozegrała się dramatyczna akcja: płonęły kadzie z paliwem, a wokół krążyli mężczyźni w kombinezonach i maskach. Unosił się swąd spalenizny. „Porządkowi” usiłowali załadować śmieci na uszkodzone wózki widłowe. Inni z noszami, z których ocalały tylko drążki, próbowali transportować rannych. Przez wrzaskliwą muzykę przedzierał się głos sprawozdawcy, który opisywał katastrofę i akcję ratunkową niczym sportowy komentator. Zachwalał triumf ludzkości. Tymczasem klowni-aniołowie śmierci rozwieszali białe, teraz okopcone transparenty. Na koniec piana gaśnicza z pompy strażackich dosłownie pokryła aktorów i część publiczności. Bohaterowie widowiska zastygali w bezruchu na krańcach areny. To było gorzkie widowisko, pozbawione charakterystycznego dla Licedei liryzmu, a więc odmienne od tego, co ten zespół robił wcześniej i później. Ich poprzedni spektakl Assenai był typową składanką złożoną z małych scenek, zawierających elementy klownady, mimu i wielu form teatru muzycznego. Do tej formy w kontaktach z Licedei przywykliśmy. Tak też było rok temu, kiedy Licedei pokazał w Teatrze na Woli spektakl „Semianiuki” o upiornej rodzince, zdolnej rozwalić cały świat przez nieuwagę. Tak było i w tym roku, spektaklu składankowych złożonym z „najlepszych” numerów teatru z wielu spektakli. Artyści Licedei po raz kolejny wywarli wielkie wrażenie na warszawskiej publiczności dzięki swej technicznej biegłości i niekonwencjonalnym pomysłom. Potrafią wywołać wyzwalający śmiech widzów, a zarazem pokazać odmienną, tragiczną stronę rzekomo zabawnej sytuacji. Niepohamowany pęd do zabawy spotyka się w ich spektaklach z liryzmem, gorzkawą refleksją i zarazem radością życia.
Na początek scena liryczna: trójka smutnych klownów śpiewa (zawodzi) włoską piosenkę, jak wyjęci w filmu Felliniego (choć jeden z nich przypomina gamoniowatego  Flapa). Popatrują na widzów zaskoczeni, poruszają niezgrabnie, niespiesznie robią swoją. Sale potem jest coraz żywiej. Oto operetkowa, opasła seks bomba uwodzi sprężystymi ruchami, krążąc po scenie jak walec z szybkością puszczonego w ruch baczka. Oto panowie z historyki o rosyjskiej ruletce zamiast samobójstwa zdrowo popijają. Oto zakochany motyl i łowczyni okazów wyznają sobie miłość. Scenka jak z „Rewizora”, tylko odwrócona – to kandydatki oczekują na tego jedynego, trzeba dobrać „chłopaków” z publiczności. Kosmonauta w zdobywa papierowy księżyc. Dwóch klownów licytuje się w „sztukach”, które zrobić potrafi każdy – ale nie oni… Zagubiona łabędzica z „Jeziora łabędziego” daremnie usiłuje wcielić w tragiczny pierwowzór. Grupa „sadystów” atakuje widzów wielkimi młotami (z gąbki) i syfonami z wodą. Scena w scenę salwy śmiechu, czasem łezka i zachwycająca precyzja wykonania. Publiczność coraz chętniej wkracza do gry. Na koniec piłki duże i jeszcze większe fruwają na widzami, a ci je rozbawieni odbijają jak dzieci. W tym teatrze, chociaż na chwilkę, odzyskujemy niewinność.
To były piękne dni. Pomysł Bogdana Augustyniaka sprzed kilku lat sprawdza się – ten festiwal ma nie tylko swoją publiczność, ale i styl. Tu się poddaje konfrontacji rozmaite szkoły i najbardziej zwariowane pomysły, dając widomy znak, że wiadomości o obumieraniu sztuki mimu były najwyraźniej przedwczesne.
Tomasz Miłkowski

Dodaj komentarz