Lupa w Dramatycznym

Cisza na szczytach…

Na koniec spektaklu Wydawca (Piotr Skiba), biorąc głębszy oddech, powiada: „No, to mamy arcydzieło”. Zgromadzeni na scenie aktorzy zastygają w wystudiowanych pozach i… czekają na oklaski. Długo czekać nie muszą. Publiczność reaguje zgodnie z oczekiwaniami.

Może nie mamy arcydzieła, ale na pewno mamy ważne przedstawienie, które – a to u Lupy rzadkość – dotyka bolesnych miejsc w świadomości zbiorowej. Wprawdzie na pierwszym planie Bernhard, a za nim Lupa, snuje nieśpieszną opowieść o domniemanym literackim geniuszu, który okazuje się intelektualnym impotentem, ale na drugim planie portretuje jego wyznawców. Niepiękne to grono: żona pełniąca obowiązki kustosza, oprowadzającego po świecie martwej wyobraźni pisarza, stojąca na straży jego rozdętej wielkości (wyśmienita Maja Komorowska); młoda doktoranta o ptasim móżdżku, zadająca artyście stereotypowe pytania (Agnieszka Śnieżyńska), bezkrytyczny wydawca, który z pisarza żyje (Piotr Skiba), bez mała zakochany w sławie dziennikarz poczytnej gazety (Andrzej Szeremeta) i cisi potakiewicze, listonosz (Marcin Tyrol) i gosposia (Maria Klejdysz). Wszyscy oni z nabożnością wsłuchują się w banały uroczyście celebrowane przez Moritza Meistra (Władysław Kowalski), od czasu do czasu przetykane wypowiedziami żywcem wyjętymi z ideologii nazistów (zwłaszcza chętnie rozwijana teza o Żydach, winnych swej zagładzie). Bo geniusz mądrością nie grzeszy. Grzeszy pychą.
Prawie nic się nie dzieje. Rozmowy toczą się wokół ukończonej właśnie przez Meistra tetralogii o niejakim Stiglitzu (porte parole autora), co chwila potykamy się o cytaty z dzieła, które ma pozostać wiekopomne. Ale pod spodem tej opowieści rozgrywa się dramat pisarza jednak świadomego swej bezsiły, znerwicowanego, w rozpaczy, który granym olimpijskim spokojem próbuje pokryć poczucie klęski – wewnętrznej pustki.
Opowiada o tym Lupa z poczuciem humoru, nie stroniąc od sytuacji i zachowań nieodparcie śmiesznych, ale jednak podszytych tragizmem. To także opowieść o artyście, który wpada w pułapkę wielkości (stąd duża sekwencja poświęcona głupim, a jakże, krytykom), o fałszywych autorytetach, zbiorowych wmówieniach i „obrastaniu sadłem”, które zawsze dla artysty jest groźnym ostrzeżeniem. Precyzyjna robota aktorska, powolny rytm i przymieszka metafory, która dodaje Lupa projekcjami wideo, wyraźnie nawiązując do rozmaitych dzieł sztuki i, oczywiście, alpejskiego pejzażu. Na szczytach panuje cisza. Ale ta cisza dzwoni.
Tomasz Miłkowski

Thomas Bernhard, „Na szczytach panuje cisza”, tłum. Jacek Buras,  adaptacja, reżyseria i scenografia Krystian Lupa, Teatr Dramatyczny m.st. Warszawy, premiera 23 września 2006

Dodaj komentarz