Śmierć elfa [opowiadanie]

Nie ustalono, czy elf ten żył wraz z Ziarnkiem Gorczycy i Strączkiem Fasoli, mającymi zaszczyt znać samego Williama Szekspira, czy też tylko tak sobie – bez powitań i pożegnań – elfował po świecie, dopóki nie popadł w tę złożoną i trudną sytuację, o której mówi moje opowiadanie.

Jeśli, jak twierdzi nauka, ciała mają antyciała, a tlenowce – antytlenowce, to wszyscy czytelnicy łatwo się zgodzą z tym, że elfy muszą mieć antyelfy. Niekiedy zwycięża elf, innym razem – antyelf, ale w danym przypadku elf, którego biografia, a mówiąc dokładnie – ostatni rozdział jego biografii, tworzy naszą opowieść, popadłszy w walce z antyelfami w ciężkie tarapaty, szukając schronienia przed wrogami, wyemigrował ze swojego królestwa przezroczystoskrzydłych istot.
Fryderyk Fluechten taszczył swoją muzykę pod lewym łokciem. Była zapakowana w skórzany pokrowiec i kiedy Fluechten wciskał się wraz z nią do nabitego ludźmi tramwaju, wydawała żałosny, czterostrunny dźwięk. Fluechten ćwiczył dużo i gorliwie. Wodził swoim smyczkiem jak szwaczka igłą, ale nie uszył sobie nawet drobnej namiastki wielkiej sławy i Frycek, jak nazywała go zmarła cztery lata wcześniej matka, dawno już pogodził się ze skromnym miejscem wiolonczelisty w jednej z szacownych kawiarń wielkiego miasta. Z rzadka pozwalano mu wykonać przed publicznością, uderzeniami łyżeczek lub widelców wzywającą kelnerów, jakieś niezrozumiałe dla nikogo wariacje na dawno zapomniany temat lub wszystko jedno czyje rondo capricioso…
Zdarzyło się tak, że tej nocy elf, o którym jest nasza opowieść, ratując się przed antyelfami, szukał bezpiecznej przystani. Było to pod wieczór. Pora roku – dokładnie nie pamiętam – ni to koniec czerwca, ni to początek lipca. Okno pokoju muzyka na piątym piętrze pozostało otwarte, gdy zamykał właśnie drzwi na klucz, żeby udać się na obiad w restauracji na przeciw jego domu.
Właśnie w tym momencie przestraszony elf wleciał do pustego pokoju muzyka. Miotał się od ściany do ściany w poszukiwaniu kryjówki. Rude gardło wiolonczeli było otwarte. Elf zanurkował do wnętrza, zahaczył prawym skrzydełkiem o czwartą, dopiero co wybrzmiałą strunę i skrył się w jednym z nacięć, w sennie ciepłej, milczącej ciemności.
Fluechten, spożywszy swój skromny obiad, powrócił do instrumentu, zapiął guziczki na jego długiej szyi i – jak zwykle – poszedł do swojej kawiarni, gdzie czekały na niego ciągle te same twarze gości i kelnerów oraz kompozytorzy, których utwory mechanicznie rysował swoim smyczkiem.
Dwa, trzy uściśnięcia ręki. Skinienie barwionej farbą żeńskiej główki przy czwartym stoliku na prawo od sceny. Dyrygujący prawy łokieć skrzypka, ostry dźwięk smyczka, którym zupełnie jak igłą pozbawioną nitki wymachiwał w górę i w dół. Początkowo wśród dźwięków jazzu, szczęku talerzy, szurania kroków wchodzących i wychodzących, nikt nie usłyszał owego nowego tembru, tego chóru przytonów, które – w sposób niepojęty dla wiolonczelisty – zrodziły się teraz pod jego smyczkiem tłukąc o struny. Fluechten je słyszał, ale bojąc się być słyszalny, ukrywał ten nowy, niepojęty dla niego dźwięk i dopiero po władczym machnięciu dyrygenckiego smyczka domagającego się forte, pozwolił, aby dźwięk stał się nieco głośniejszy. Dwie, trzy głowy przy stolikach obróciły się w stronę orkiestry. Jednak brzęk kieliszków, smutny szczęk talerzy, szurające kroki obsługi zagłuszyły dźwiękowy fenomen. Za kilka sekund numer muzyczny miał się skończyć.
Sam wykonawca jakoś smutno przyjął nowy przydźwięk, który umiejscowił się w strunach jego instrumentu. Był bardzo znużony: przed oczami latały mu czarne ogonki znaków nutowych, palce mechanicznie błądziły po gryfie, a on sam myślał o tym, że jutro mija ostatni termin zapłacenia za mieszkanie i że jeśli on…
Po północy, gdy światła w mieście gasły, muzyk, oszczędzając 20 fartnigów* na tramwaj, wracał piechotą nastawiając kołnierz palta, by kropelki drobnego, płaczliwego deszczu nie wpełzały mu na szyję.
Wiolonczela stanęła w swoim zwykłym miejscu, przy półce z nutami. Fluechten rozłożył pościel, przysiadł przy stole, gdzie czekał na niego pusty arkusz papieru nutowego, ziewnął, odsunął na bok ołówek, zdjął z nosa okrągłe okulary w czarnej oprawce, ziewnął, rozebrał się i zgasiwszy światło wyciągnął się pod kołdrą. Przez okno zaglądał – ze swego milionowego piętra – księżyc. Fluechten skrajem kołdry zasłonił głowę przed jego światłem i zasnął. Czas odwrócił się od niego plecami. Nagle coś szturchnęło go w serce i uniósł się na łokciu. Zegar za ścianą cicho, ale dobitnie, odmierzył pięć uderzeń. Księżyc uciekł za framugę okna: już tylko jego poblask pełzał po stole i leżącej na wierzchu kartce liniowanego papieru nutowego. Z rogu pokoju, gdzie na krótkiej, drewnianej nóżce stała wiolonczela, dał się słyszeć tajemniczy brzęk strun. Było to podobne do ostrożnego muśnięcia palcami, kiedy solista, posługuje się pauzą, podczas gdy wokół hałasuje strojąc instrumenty towarzysząca mu orkiestra. Ale była też różnica: niewidzialne palce nie podkręcały kołków, lecz wdrapywały się po chrupkiej drabince dźwięków – wyżej i wyżej – wydając dziwną, niezwykłą dla ludzkiego ucha, melodię.
Fluechten, nie wiedząc, czy to sen, czy jawa, podniósł się na łóżku i przysunął do siebie kartkę papieru nutowego. Ołówek pomknął po linijkach. Dźwięki z ciemnego kąta pokoju nagle się urwały. Jakby coś je przestraszyło. Muzyk poczuł, że zdrętwiały mu palce. Znów owinął się kołdrą, a z wierzchu okrył go czarny, pozbawiony widziadeł, sen.
Odgłosy porannych klaksonów, dzwonki i stukot kół obudziły wiolonczelistę. Wszystko po kolei: najpierw skarpetki na stopy; na skarpetki – żółte półbuty; na skórę półbutów – żółta pasta do obuwia. Fluechten podszedł do stołu chcąc zdjąć z niego pustą kartkę papieru nutowego, ale kartka – niespodziewanym sposobem – okazała się usiana szarymi, skaczącymi po linijkach, nutami. Fluechten przejrzał nuty i ze zdziwieniem uniósł głowę. Jednak to nie był sen. To znaczy…
Podszedł do wiolonczeli, pociągnął za płócienny kołnierz pokrowca otulającego jej długą szyję i – oswobodziwszy instrument z odzienia – przegrał na nim melodię, która, jak nieoczekiwany i nieproszony gość, nawiedziła go tej nocy. Początkowo zapis ołówkiem wydał się Fluechtenowi poplątany i niejasny, potem jego uwagę przyciągnęła jedna z kadencji; coś w niej zmusiło jego smyczek do silniejszego przylgnięcia do strun; muzyk przy tym zauważył, że strunom także utwór bardzo się podoba – choćby dlatego, że śpiewają jakimiś nowymi, czystymi jak dzwoneczki leśnych strumyków, tonami.
Tego dnia muzyk spóźnił się o kwadrans do swojego pulpitu w kawiarni. Właściciel lokalu, kryjąc oczy pod nastroszonymi brwiami, powitał go srogą wymówką. Fluechten, uśmiechając się z roztargnieniem, usiadł na swoim miejscu i chusteczką do nosa przetarł cztery struny wiolonczeli. Miała być wykonana popularna piosenka, w której tylko w dwóch miejscach wiolonczela wchodzi solo na długość czterech taktów, po czym inne instrumenty i uderzenia miedzianych talerzy doganiają ją i zagłuszają jej solo.
Zazwyczaj numer ten nie wzbudzał specjalnego zainteresowania. Ale teraz śpiew – wyprzedzającej cały zespół o dziesięć sekund – wiolonczeli nagle zaskoczył ludzi: zatrzymał krążących pomiędzy stolikami, kelnerzy z dymiącymi, celuloidowymi potrawami zastygli w miejscu, a kilka dziesiątków krzeseł, odwróconych od estrady plecami, ostrożnie zwróciło ku niej swoje przednie nogi. Zażądano powtórzenia utworu. Niektórzy, porzuciwszy swoje stoliki, podeszli do estrady. Pieśń odegrano po raz trzeci. Ktoś ze stałych bywalców spytał kierownika, jak nazywa się – ten tam, wiolonczelista.
Po dwóch dniach Fluechtenowi zaproponowano solowy występ. Zagrał utwór, który nie wiadomo, jakim cudem nawiedził go w księżycową noc. Od pierwszych taktów sala zamarła. Nawet zdeklarowani przeciwnicy muzyki, traktujący ją na równi z szumem wentylatora lub stukiem zmywanych naczyń, całymi wieczorami przeglądający stronice gazet, pogubili nagle wersy myląc Berlin z Londynem i Rzym z Atenami. Kelnerzy poruszali się na paluszkach przyciskając serwetki lewym łokciem do żeber przy sercu. W kryształach nie ubyło ani jednej kropelki alkoholu. Gdy artysta odjął smyczek od strun, wszystkie dłonie biły jedna o drugą. Wstawał, kłaniał się, przysiadał na skraju krzesełka, ale nowy huragan braw znów kazał mu wstawać.
Po zakończeniu występu właściciel restauracji wezwał Fluechtena do swego gabinetu. Weszli oboje, wiolonczelista i wiolonczela, do niedużego pokoju i zatrzymali się w progu, zaparłszy się trzema nogami w żółtą szczecinę leżącego przy drzwiach chodniczka. Uprzejmy gest szefa wskazał skórzany fotel. Muzyk poczuł, że sukces dzisiejszego wieczoru rośnie w dwójnasób. Pod wysoko uniesionymi brwiami, oczy, ogarnąwszy wyświechtaną marynarkę i przetarte, szare spodnie maestro, jak nazywał teraz właściciel wiolonczelistę swego restauracyjnego ansamblu, spłynęły na notatnik leżący obok czarnej słuchawki telefonu na dyrektorskim biurku i po minucie kartka z tego notesu, znalazłszy się w rękach Fluechtena, obiecywała mu skromny, ale przecież solidny, dodatek na ekwipunek tak niezbędny artyście występującemu przed publicznością, jeśli nawet nie elegancką, to w każdym razie, powiedzmy…
Gdy Fluechten wyszedł z restauracji, przyciskając do lewego biodra drewnianą satelitkę swego muzycznego żywota, ulice były już puste. Na mglistym niebie smutno rysował się sierp księżyca. Był w ostatniej kwadrze, ale sława Fluechtena, jak to wyraźnie odczuwał, starając się zagłuszyć w sobie głos niedowierzania, dopiero zaczynała swoje prawdziwe pięcie się w górę i w górę.
Muzyk nic nie rozumiał i gubił się w domysłach. Ale dla elfa wszystko było jasne. Otrzymawszy bezpieczeństwo i schronienie we wnętrzu pudła wiolonczeli nie chciał okazać się niewdzięcznym. Jak wszystkie prawdziwe elfy, powiem prościej – jak wszystkie porządne stworzenia, starał się skrupulatnie opłacać swój czynsz. Ale czym może płacić elf? Niczym poza bajkami, melodiami i snami. Więc elf robił, co mógł. Nocami, gdy muzyk spał, elf, rozpostarłszy swoje przezroczyste skrzydełka, wylatywał z instrumentu i opuściwszy się na małżowinę uszną śpiącego, suflerował mu sny. Muzyk słyszał lekkie, jak zapach traw i kwiatów, pieśni, jego oczy obudzone łzami otwierały się; nerwowo przysiadał przy stole i zapisywał dźwięki snu, po czym powracał na poduszkę.
 W tę noc, gdy Fluechten, poruszony swoim występem i owacjami, jakimi teraz niezmiennie darzyła go publiczność, nie mógł zasnąć, elf, nie opuszczając ciemnej kubatury instrumentu, przeskakiwał ze struny na strunę, z progu na próg, tworząc coraz to nowe melodie. Początkowo muzyk brał wszystkie te ledwo słyszalne dźwięki za słuchowe halucynacje. Od psychiatry, do którego się udał, dowiedział się, że występują również tak zwane pseudohalucynacje. Nieco później uznał, że jest to zjawisko słuchu wewnętrznego, ogromnej siły muzycznego myślenia, swoisty dar lub… Krytycy muzyczni nie omieszkali pomóc mu w rozwiązaniu tego problemu. Teraz nazwisko Fluechtena drukowano już nie pod restauracyjnym menu informującym, że wieczornemu serwowaniu dań i napitków towarzyszyć będzie knajpiany zespół muzyczny, składający się z pierwszorzędnych – jak i pierwszorzędna jest kuchnia – artystów. Nie, nazwisko Fluechtena – czerwonym i czarnym na białym – zatrzymywało kroki i oczy przechodniów na centralnych ulicach i placach miasta. Początkowo krytycy pisali: „Swoiste zjawisko, chociaż…”; potem – słowo „chociaż” zostało z recenzji wyrzucone, następnie pisano: „Wyjątkowe zjawisko”, po tygodniu: ”Talent”, a po jeszcze trzech dniach: „ Wielki talent, jakiego nie…”
Pierwszy koncert w wielkiej sali filharmonii zakończył się ogromnym triumfem. O nowo objawionych wirtuozach zwykło się mawiać, że – tego czy innego poranka – budzą się sławni. Uczciwość domaga się poprawki: Fluechten jako znakomitość zasnął, chociaż wystarczająco długo nie pozwalały mu tego uczynić dziesiątki telefonów gratulujących niezwykłego sukcesu. Wczesnym rankiem obudziła go intensywna woń kwiatów, którymi zastawiono jego skromny pokój hotelowy.
Następny cykl koncertów wiolonczelowych przebiegł z ustawicznie rosnącym sukcesem. Rzecz w tym, że elf bardzo lubił kwiaty przypominające mu o jego leśnym pochodzeniu, lubił także blask elektrycznych lampek sali koncertowej przypominających mu o istnieniu świetlików i gwiazd. Zazwyczaj podczas wykonania elf siadał na ostrym zakończeniu smyczka i podśpiewywał cichym, ledwie słyszalnym dla koncertującego, cienkim głosikiem melodię, podpowiadając rytm ruchem swoich przezroczystych skrzydełek.
Do końca zapowiedzianego programu pozostały dwie pozycje. Fluechten z sukcesem zagrał pierwszą część. W garderobie oczekiwały na niego uściski rąk, notesy krytyków muzycznych i dwa, czy trzy uduchowione liściki.
Drugą część wypełnić miała klasyczna sonata wiolonczelowa. Rozpoczynające ją allegro przeszło przy skupionej uwadze słuchaczy. Elf był tego dnia w specjalnym nastroju: skakał ze struny na strunę, przeskakiwał z progu na próg i zjeżdżając jak jeździec po natartym kalafonią włosiu smyczka, nadawał mu tę wibrację, którą znają tylko najwięksi wirtuozowie na świecie.
Przed andante cantabille towarzysząca Fluechtenowi orkiestra na chwilę umilkła, solista przetarł chusteczką do nosa struny swojego instrumentu i wsunąwszy do bocznej kieszeni białej kamizelki dwa palce prawej ręki wyjął tłumik. Mocując go przy dolnym zakończeniu strun usłyszał jakiś zgrzytliwy, podobny do pociągnięcia paznokciem po porcelanie, dźwięk.
Dyrygent uniósł pałeczkę.
Fluechten pewnie opuścił smyczek na struny, wziął pierwszy akord. I cóż to? Zamiast harmonijnego dźwięku dotarły do jego uszu jakieś skrzypiące, o drewnianym przydźwięku, strzępy akordu. Kontynuując grę na przestrzeni pierwszych taktów andante niedowierzał, potem do świadomości wykonawcy dotarły przerażenie i strach. Ręka mechanicznie wodziła po strunach. Na czole pojawiły się krople zimnego potu. W końcu dyrygent położył swoją pałeczkę na skraju pulpitu. Fluechten wstał na drżących kolanach, ale zatrzymał go huk oklasków. – Nie zauważyli – pomyślał odchodząc za kulisy. Gratulowano mu jak czterdzieści minut wcześniej, ściskano dłonie i tylko stary krytyk, z czołem cofniętym jakby do tyłu, stojąc na uboczu, coś tam pośpiesznie zapisywał w swoim notesie.
Fluechten wykręcił się od uczestniczenia w kolacji wydawanej przez jego wielbicieli w najlepszej restauracji w mieście. Wymówiwszy się złym samopoczuciem udał się do siebie, do apartamentu w eleganckim hotelu, gdzie obecnie mieszkał. Wyłączył telefon, zamknął drzwi i siedział długo, nie zdejmując palta, przy oknie, za którym mieniły się różnokolorowe światła nocnego miasta.
Minęły dwie godziny. Fluechten zrzucił palto i przeszedł do sypialni. Rozebrał się. Położył. Zgasił światło. Czuł, że nie uśnie. Zegar zabił jeden raz. Potem już trzy. Fluechten znów zapalił światło i wsunąwszy stopy w pantofle podszedł do instrumentu skromnie wtulonego w pokrowiec.
Najpierw Fluechten poruszył palcami struny poprzez materiał pokrowca. Odpowiedziały głucho, jakby we śnie. Potem szybko ściągnął pokrowiec i przebiegł placami po progach.
Nic nie rozumiał.
A przecież wszystko było jasne. Nakładając – podczas koncertu – drewniany tłumik niezdarnym ruchem, zadusił swojego gościa, boskiego elfa, który zamieszkał w jego wiolonczeli. Elf umarł. A z nim umarła muzyka. Pozostało drewno, pozostał rezonator, smyczek, pozostały struny i kołki, ale muzyka w nich żyjąca odeszła.
Przez dwa dni Fluechten nie wychodził ze swego apartamentu. Rankiem trzeciego dnia, w poprzek afiszy donoszących o jego koncercie, pojawiły się ukośne naklejki proponujące osobom, które kupiły bilety, zwrot pieniędzy.
A wieczorem maestro Fluechten zażądał rachunku i wezwał auto, żeby go zawiozło na Dworzec Północny.
Sprzątaczka, która przyszła posprzątać apartament, znalazła w jego rogu zapomnianą przez niedawnego gościa wiolonczelę. Jej pokrowiec był porządnie zapięty na obie klamerki. Natychmiast powiadomiono o tym kierownika piętra. Ten obojętnie wzruszył ramionami: mieszkaniec apartamentu nie zostawił adresu.
Miejsce pobytu oraz dalsze losy Fryderyka Fluechtena do dnia dzisiejszego pozostają nieznane.
1938

tłum. Walentyna Mikołajczyk – Trzcińska

Dodaj komentarz