Traktat o prawdzie

Upadek kamiennego domu Romana Brandstaettera w reżyserii Kazimierza Brauna.

Kazimierz Braun
Nie stawianie pytań moralnie ważnych nie znaczy, że tych problemów nie ma. Teatr w ostatnim czasie rzadko z tego korzysta. Sprawy poważne nie są trendy ani cool. Kazimierz Braun też nie jest trendy, ani cool. Ale czy musi być? Poruszając się w  kręgu trendy, cool, kultowy, wypasiony, żeby pozostać wśród najpopularniejszych określeń tego, co jest na topie, gubimy gdzieś rzeczy ważne, pytania ważne, rzeczywistość i prawdę o świecie i o człowieku. Zapominamy, że jest gdzieś życie prawdziwe i świat prawdziwy, w którym nie wszystko jest takie cool, nie wszyscy mają ciała sprężyste i młode i popadają w zachwyt nad nicością ekskrementów różnych.
Braun zawsze miał taki specyficzny węch czasu. Nie zawsze to się podobało, nie zawsze to akceptowano. A właściwie, gdy akceptowano, to oznaczało, że się nieco już spóźnił, że trafił w ten czas właściwy, ale o kilka minut za późno, więc nie wzbudza to emocji. Zwykle rzucano się z pazurami, gdy potrącił struny właściwe i mówił wprost o rzeczach ważnych, nazywał je po imieniu. Nie zawsze, ale bywało, że to, co wzbudzało niechęć krytyki, okazywało się czymś wartościowym i ważnym. Z różnych względów, nie wyłącznie teatralnych.
    W tym roku Teatr im. L. Solskiego zaprosił Kazimierza Brauna, bo właśnie przypadła setna rocznica urodzin Romana Brandstaettera (1906-1987), tarnowianina, 70-lecie urodzin i 45-lecie pracy artystycznej Kazimierza Brauna. To właśnie w Tarnowie obchodzono uroczyście jubileusz Brauna, który, owszem, był z tym miastem związany rodzinnie, ale nic ponadto. Był natomiast przez kilka sezonów dyrektorem Teatru im. J. Osterwy w Lublinie i dyrektorem Teatru Współczesnego we Wrocławiu, o czym oba te teatry postarały się zapomnieć. Cóż, dobre obyczaje nader rzadko są naszą mocną stroną, czego dowody widzimy na każdym niemal kroku.

 Jubileuszowy wieczór.  „Upadek kamiennego domu”. Teresa Budzisz – Krzyżanowska w roli głównej. Ton nader wysoki. I znowu zżymającym się na ów poważny, „kamienny”  ton zadam pytanie: a dlaczego nie? Dlaczego niby wszystko ma być lekkie i powabne? Dlaczego ma być zapomniany i wyrzucony poza nawias dobry stary teatr? Z całą swoją tradycją, całym swoim sztafażem, środkami, warsztatem, stylistyką? Nie mam nic przeciwko nowemu, ale i stare niech ma swoje miejsce. Wszystko ma swoje korzenie i definitywne odcinanie się od nich tylko po to, by zaakcentować owo odcięcie jest puste, aczkolwiek bywa fajerwerkowe.
No więc w teatrze tarnowskim zaistniał stary dobry teatr. Roman Brandstaetter pisał o sobie: Urodziłem się na dwa lata przed śmiercią Wyspiańskiego// Jeszcze żyła Orzeszkowa// Jeszcze żył Prus// Jeszcze żył Sienkiewicz//Jeszcze pamiętam dokładnie// Jak przeprowadzałem na druga stronę ulicy// Ślepego Tetmajera… Czy ta pamięć jest nic niewarta? Nam obojętna? Brandstaetter urodził się w Tarnowie, jakiego już nie ma, jakiego nie znamy, chociaż stoją niektóre kamienice, budynki, zabytki. Wpisane w inny klimat, w inny świat. Leży na niewysokim pagórku u stóp Podkarpacia – opisywał swoje miasto. – Na szczycie wznosi się wspaniała gotycka katedra i renesansowy ratusz z piękną attyką i rzeźbami włoskiego mistrza Padovano.  Starówka ze swoimi podcieniami, z wąskimi uliczkami, zaułkami i Wielkimi Schodami, fragmenty baszty i murów przy ulicy Wałowej, szczątki renesansowej bożnicy – to wszystko jest bardzo włoskie. Herbem miasta jest półksiężyc z gwiazdą.
Panuje tutaj ciepły klimat. Do pełni włoskiego charakteru Tarnowa – bo mowa o tym mieście – brak tylko błękitnego morza, bijącego o podnóża Góry Św. Marcina, uwieńczonej ruinami zamku Tarnowskich. Ongi za dawnych czasów rosły tu nawet palmy, wprawdzie tylko w olbrzymich wazonach w hallu hotelu „Bristol”, ale mimo to były one ważnym akcentem w śródziemnomorskim wizerunku miasta. A niebo? Neapolitańskie! Może jest w tym określeniu nieco przesady, ale ponieważ jest to niebo mojego dzieciństwa, przesada jest nie tylko w pełni uzasadniona, ale posiada wszelkie cechy umiarkowanego prawdopodobieństwa.
I jeszcze jeden fragment pięknego opisu Brandstaettera. Może to i za dużo? Może nie mieści się w ramach recenzji z przedstawienia? Cóż, czytelnik zawsze może te fragmenty ominąć wzrokiem. Mnie opisy Brandstaettera, dobrego, starego pisarza, poety i dramaturga urzekają swym pięknem. I klimatem. I miłością do tego, co odeszło i odchodzi. A poza tym… Kto dzisiaj wystawia i czyta Brandstaettera? Choćby z tego względu, że jest to jedna z bardzo niewielu okazji do przypomnienia jego prozy uważam, że warto do tych tekstów sięgnąć. No i jubileusz jakby do tych przypomnień zobowiązuje.
O tarnowskim  teatrze więc po wielu, wielu latach Brandstaetter tak pisał: Nic się tutaj właściwie nie zmieniło, poza publicznością i krzesłami, równie niewygodnymi, jak tamte z początków XX wieku. Zachowała się nawet ta sama pluszowa kurtyna – czy to możliwe? co za materiał! – z wykrojoną w niej dziurką, przez którą w latach 1916-1919 patrzało na salę przed każdym przedstawieniem wytrawne i czujne oko dyrektora Dantego Baranowskiego. Oceniało ono błyskawicznie z nieomylną dokładnością ilość widzów i w zależności od wyników obserwacji albo z zadowoleniem mrugało, albo natychmiast gasło i zapadało w czeluść sceny.
Dziś owa dziurka była tylko łzawą i ckliwą pozostałością po minionej epoce, anachronicznym szczątkiem innych czasów, albowiem – jak stwierdziłem – nikt przez nią teraz nie zerkał na widownię. Ta pustka w dziurce była dowodem szczęśliwych przemian w życiu współczesnych naszych dyrektorów, którzy już nie drżą w trosce i niepokoju o stan swoich kas teatralnych, ani nie zamęczają swoich głów nad sposobem znalezienia pieniędzy potrzebnych jutro na wypłatę dla chronicznie głodnych i spragnionych aktorów. Nie będzie kompletu? Trudno. Hojna Rzeczpospolita zapłaci, aktor niezależnie od powodzenia czy klapy nie pójdzie z pustym żołądkiem do łóżka.
Sens dziurki umarł wraz ze starym ustrojem. A sama dziurka pozostała w kurtynie mojego rodzinnego teatru jak historyczna pamiątka po bezpowrotnie minionej przeszłości na wieczne ostrzeżenie dla tych malkontentów, którzy niekiedy zapominają o błogosławionym działaniu siedmiomilowego postępu.  Przyznam się, że z rzewnym sentymentem patrzałem na ten zapomniany relikt zamierzchłej epoki. Mam już taką naturę. Każda ostatniość wzbudza we mnie współczucie i smutek. Nawet dziura w kurtynie.
Związki Kazimierza Brauna z Tarnowem są zupełnie inne. W Tarnowie stoi do dzisiaj dom, w którym mieszkali jego dziadkowie. W tym domu mieszkali i wychowywali się moi stryjowie – pisze – Kazimierz, legionista i lotnik, który zginął  w 1920 roku, to po nim noszę imię i Jerzy – harcerz, poeta, filozof, mąż stanu; moja ciotka Jadwiga – aktorka, dyrektorka teatru II Korpusu gen. Andersa; mój ojciec Juliusz – harcerz, prawnik, działacz katolicki, potem ekolog. Wszyscy oni dzielni, ofiarni, mądrzy; bezwzględnie oddani narodowej sprawie, służbie Bogu i bliźniemu; prześladowani: Kazimierz – internowany przez Austriaków po odmowie złożenia przysięgi na wierność cesarzowi; Jadwiga – zesłana do sowieckiego łagru, Juliusz więzień i Niemców i rodzimych komunistów, Jerzy – niezłomnie trwający latami w więzieniach na Mokotowie, we Wronkach. Wspaniała rodzina. Pamięć o nich wszystkich jest w Tarnowie starannie przechowywana. Gimnazjum nr IV nosi imię Jerzego Brauna, jest tam także muzeum jemu poświęcone. Teatr tarnowski wystawił sztukę Jerzego Brauna pt. „Europa”, którą reżyserował Kazimierz Braun. Teraz Braun tu właśnie reżyserował sztukę Brandstaettera „Upadek kamiennego domu” i obchodził uroczyście swój podwójny jubileusz.
„Upadek kamiennego domu”… Upadek wartości trwałych jak kamień? Upadek symbolu? Czy też głównie upadek kamiennej fasady, za którą jest już tylko pustka? Za którą umarło życie? Za którą jest rozpacz i cierpienie Matki jako jedyna prawda?
Czytając tekst sztuki wprost można zadać pytanie kogóż dzisiaj obchodzą dylematy moralne tkwiące w odległej przeszłości II wojny? Nawet, jeżeli mają dzisiejsze reminiscencje? No, te dzisiejsze są też odległe, bo sztuka pisana w latach pięćdziesiątych była współczesnym bliska. Żyli ludzie, którzy byli i świadkami i uczestnikami tego rodzaju sytuacji jak u Brandstaettera. Marco (Krzysztof Radkowski), wybitny kompozytor i muzyk, mógł ocalić Polaka – konspiratora. Nie uczynił tego i Polak został przez Niemców rozstrzelany. Po wojnie nie jest w stanie otrząsnąć się z tego, co zrobił, a właściwie czego nie zrobił. Nie może grać, nie może komponować. Właściwie żyje wcale nie żyjąc. Matka stara się syna ocalić. W jej kamiennym rzymskim domu wynajmuje pokój Polak, architekt. Namawia, błaga go, by udał, że to on jest tym Polakiem z czasów wojny, że cudem ocalał, gdyż lepsze jest kłamstwo, które daje życie, niż prawda, która zabija. I tak wkraczamy w świat oczywistych prawd moralnych i ludzkich. Oczywistych, nie znaczy jednak, że pamiętanych. Nie zawsze, mimo że oczywiste, są one naszym życiowym kompasem. Świat wartości i prawd zamknięty w kamiennym domu jest ponadczasowy. Konkretna sytuacja teatralna to jedynie pretekst do powiedzenia w każdym czasie i miejscu, że jest coś takiego, jak sumienie, odpowiedzialność, wiara w człowieka, niedoskonała miłość. Ta sztuka właśnie o tym mówi. I mówi rozumnie, mądrze. Pięknym słowem.
Braun przesunął tu akcenty. Najważniejsza jest Matka. I mocno zaakcentowany dylemat: lepsze jest kłamstwo, które daje życie, niż prawda, która zabija. I bardzo ładnie, poetycko, choć może i nazbyt efekciarsko poprowadzone sceny zwidów, duchów Marco. Stoją tuż za jego plecami, przesuwają się przed oczami, opanowują myśl i całe życie. Chochoły z „Wesela”, Stare Wiarusy z „Warszawianki”. Te liczne, mocno osadzone w całości widzenia tej sztuki, tego teatru odwołania literackie są bardzo czytelne. Nie po raz pierwszy Braun zmagając się z materią sztuki ją teatralnie i literacko dopowiada, dookreśla osadzeniem w historii i tradycji. Te zwidy i duchy, te wspomnienia z dawno czytanej literatury, te treści, które w niej i były i są ważne to przecież – czy tego chcemy, czy nie – nasz świat. I nawet jeżeli kamienny dom zamienimy w gruzowisko, to z gruzów będzie się on nieustannie odradzał, powstawał. Nie wyrzucimy z naszej tradycji literackiej, ani symboliki literackiej, ani historii wreszcie postaci Kordiana, Wallenroda, Starego Wiarusa, nut i taktów „Warszawianki”, całego romantyzmu wreszcie, z którym toczymy nieustające spory. Nie pozbędziemy się tych duchów. Ani drapieżnej i bolesnej wielce prawdy chocholego tańca. Młyny historii mielą fakty, wydarzenia. Coś z ducha jednak zawsze pozostaje. Jak pozostaje poezja. I dramat. W wymiarze literackim, teatralnym, ludzkim. Mówienie o tych sprawach jest dzisiaj de mode. Nie tylko w teatrze. Ale skoro nawet się zżymając jednak tego słuchamy..?
Braun – reżyser lubuje się od jakiegoś czasu w wywoływaniu na scenie duchów przeszłości. Czyni to efektownie i głośno. Zawsze jest to jednak logicznie osadzone w strukturze przedstawienia i bardzo konsekwentnie wyprowadzane z tekstu sztuki. Materia literacka jest dla niego tworzywem podstawowym. Czytając wnikliwie słowa i zdania wykreowuje z nich swój teatr. W tym, co czyni z materią tekstu literackiego w swoim teatrze wierny jest słowu. I myśli. I przesłaniu. Nie jest mądrzejszy od autora. Pokazuje jedynie, jak różnie można te autorskie znaki odczytywać w teatrze, jak zmienia się ciężar wymowy dramatu, gdy się teatralnie przesunie akcenty. Braun autora szanuje. Szanuje jego słowo. I teatralnymi środkami wydobywa z głębi jego wielostronność i wieloznaczność. A z wzajemnych usytuowań słów i zdań ich wszelakiego rodzaju „dna”. Coraz bardziej, w stosunku do znanego nam Brauna z czasów polskich, przeakcentowuje znaczenie teatru. Wraca do źródeł? W dużej mierze tak. I wyraźnie podkreśla, że teatr to katharsis i służba. Że tylko w teatrze nawet wielkie słowa, patetyczne słowa mają szansę zabrzmieć prawdziwie. Zabrzmieć głęboko. Nieznośny w innych sytuacjach patos tu ratuje teatralna umowność. A opierając się na tak znamienitych aktorach, jak Teresa Budzisz – Krzyżanowska Braun ma gwarancję, że w teatrze rzeczy ważne zabrzmią bardzo prawdziwie. Nawet do bólu prawdziwie.
Matka Teresy Budzisz – Krzyżanowskiej to Westalka. Ale i Pani Rollison. I ta zwyczajna, powszednia matka spotykana na każdej ulicy. I Matka Boska? Trochę tak. Trwa na straży domu, harmonii i bezpieczeństwa rodziny. Matka Bolesna… Matka nie dopuszcza do świadomości, że świat „wyszedł z formy”, że rozpadły się wartości a upadek kamiennego domu jest nieuchronny. Budzisz – Krzyżanowska stworzyła postać pełną prawdy, co wcale nie znaczy, że sympatyczną. Wyposażyła tę swoją matkę w miłość, ale… Kocha syna bezwarunkowo, ale… Musi trwać, by syn miał dokąd wracać, ale… Każdy gest, ruch, słowo jest przez aktorkę wyposażone w to „ale” albo w znak zapytania. Matka jest apodyktyczna, egoistka, nie licząca się z innymi. Po cóż ma się z nimi liczyć, skoro jednymi pogardza, a drugich się boi? Syn ma tak ogromne wyrzuty sumienia, że nie pozwalają mu one ani spać, ani żyć. Jest samotny, zamknięty w swoim świecie poczucia winy, ale… No właśnie. Znowu to „ale”. Nie próbuje tej winy odkupić. Po prostu cierpi. Tylko cierpi i rozpamiętuje. Jest dość bezbarwny w tym swoim cierpieniu, bo może nawet prawdziwie cierpieć nie umie? Życie każdego może stać zadośćuczynieniem, odkupieniem „zła”, które uczynił. Ale Marco potrafi tylko uciec od matki, od domu, w którym niezmienne od pokoleń zasady nie pozwalają mu być sobą. Tylko… Czy on w ogóle wie, kim jest? Człowiek sprzeniewierzył się swojemu sercu// Kwiaty sprzeniewierzyły się wonią i barwą// Drzewa owocom// Zwierzęta instynktom// A poeta swojemu ostatniemu słowu (…)// Szukam// Traktatu o prawdzie – pisał w wierszu „Hamlet i Łabędź” Roman Brandstaetter. Marco poprzestał na sprzeniewierzeniu się i poczuciu winy. Aktor usiłuje nas przekonać, że Marco znalazł w sobie ów „Traktat o prawdzie” tyle, że nie bardzo wie, co z nim począć. Ludzie tak bardzo przyrośli do tego wszystkiego, co posiadają – mówi – począwszy od majątku a skończywszy na życiu, że bronią swoich przedmiotów posiadania nawet kosztem etyki i własnej godności. A przecież dziś, jutro, pojutrze ten świat zniknie z powierzchni życia i nic po nim nie pozostanie prócz bolesnego współczucia.
Teresa Budzisz – Krzyżanowska zbudowała, utkała swą postać ze słów. I przywołań, takich delikatnych, jak muśnięcie płatka śniegu na policzku. Jest w tej postaci jakieś odległe echo matki – ziemi, Matki Bolesnej. Nie ma patosu. Jest Prawda. Człowiecza Prawda. I teatralna Prawda. Ani przez chwilę aktorka nie usiłuje widzem manipulować, przeciągnąć go na swoją stronę przy pomocy różnorodnych sztuczek. W jej kreacji jest prawda. I każdy jakąś jej cząstkę z tego portretu wyrzeźbi dla siebie.
W zasadzie jest dość chłodna. Emocje dochodzą do głosu tylko, gdy chodzi o syna. Może to i „małpia miłość”, ale jednak miłość. I chęć ochrony za wszelką cenę. Jest przejmująca w swym błaganiu obcego przybysza, by skłamał, by powiedział, że to właśnie on, że ocalał. Waży słowa, wypowiada je z rozmysłem, naładowane rozpaczą i miłością, ciężkie od prawdy. Też tej nieuchronnej, z której sobie zdaje sprawę: to się nie uda. To jej syna nie ocali. Bo gdyby nawet tak było, gdyby ów Polak cudem jakimś przeżył, to to niczego nie zmieni. Przecież on zrobił to, co zrobił. W tym jednym momencie spotkania z Matką, wykrzyczenia jej, że ona niczego nie rozumie Marco jest do bólu prawdziwy. Aktor nie szarżuje, właściwie całą swą bezradność i rozpacz zamyka w jednym wykrzyczanym do Matki zdaniu i gwałtownym wyjściu z salonu. Statyczny salon, z klasycystycznym kominkiem, kolumnami. Mocny, trwały, kamienny, martwy. Emocje są tylko w aktorach. I w widzach. I grają tym ostrzej, im ta sceneria Tadeusza Smolickiego jest bardziej nieruchoma, zastygła w swej formie, która w jakimś momencie staje się złowieszczą. Niby nic się na zewnątrz nie zmienia, ale ten dom już drży w posadach, już zaczyna się walić.
Budzisz – Krzyżanowska przepięknie wypowiada każde słowo, każde zdanie. Można się bez opamiętania zasłuchać w jej wibrujący głos, rytm wypowiadanych fraz, punktowanie znaczeń. Dobra, stara szkoła, wspaniały warsztat. Słowo i gest posłuszne jej woli. Bardzo właściwie surowa w geście, wspaniale grająca czarną chustą jako wiele mówiącym, symbolicznym rekwizytem stworzyła Matkę żywą i prawdziwą. Prawda często posługuje się zmyśleniem dla własnego pogłębienia, a urojenia roszczą sobie prawo do prawdy – pisał Brandstaetter w „Kręgu Biblijnym”. Jak w teatrze, który w Tarnowie stworzył Kazimierz Braun, Teresa Budzisz – Krzyżanowska, Tadeusz Smolicki, Roman Zubek (dobrze wkomponowana muzyka w cały rytm spektaklu) i cały zespół.
    Nawet jeżeli „kamienny dom” prawd i wartości runie, to powstanie na nim nowy „dom kamienny” i wygrzebie z ruin te zapomniane siły. Z chaosu i zmyślenia, z teatru i urojenia, z poezji, ze słowa, z miłości.

Justyna Hofman – Wiśniewska

P.S. Wszystkie cytaty pochodzą ze świetnie zredagowanego programu teatralnego. Ten styl opracowywania programów teatralnych także już zanika. A szkoda.

Roman Brandstaetter „Upadek kamiennego domu”, insc. i reż: Kazimierz Braun, współpraca reż.: Wojciech Markiewicz, scen i kostiumy: Tadeusz Smolicki, muz: Roman Zubek, reż. świateł: Jerzy Boduch. Teatr im. L. Solskiego w Tarnowie. P: 17.06.2006

Dodaj komentarz