Przegrupowanie, czyli sezon (2005/6) w Warszawie

Stało się. Dziś już nie wiadomo, gdzie przebiega linia demarkacyjna między tzw. teatrem panującym a teatrem niezależnym, które spektakle trzeba zaliczać do głównego nurtu, a które do off-u. To pewien dyskomfort dla zwolenników jednoznacznych podziałów, którzy radzi byliby czytelnemu określeniu linii frontu – dla nich walka z rzeczywistym czy choćby urojonym wrogiem stanowi o sensie życia.

A tymczasem tak się porobiło, że linie podziału niejasne, wróg niepewny, a przyjaciel nie dość wypróbowany… Oczywiście trudno pomylić Komunę Otwock z Teatrem Syrena czy też Pieśń Kozła z Ateneum, ale znacznie więcej dowodów na przenikanie między tymi na pozór odrębnymi światami niż ich zamknięcie na obce wpływy. Nie ma w tym nic niepokojącego. Przeciwnie. To krzepiące, że aktorzy o ustalonej pozycji zawodowej lgną do udziału w ryzykownych przedsięwzięciach, że są otwarci na poszukiwania. Miniony sezon przyniósł liczne tego dowody, co więcej uwieńczone sukcesem artystycznym, m.in. wielkie kreacje Mariusza Benoit w „Peer Gyncie” w Montowni, Mariana Kociniaka w „Bombie” w M-25 czy Małgorzaty Rożniatowskiej w Teatrze Wytwórnia. To budujące, że w Teatrze Narodowym jest miejsce na eksperyment. To zdumiewające, że teatry prywatne biorą się za misję, poniekąd zastępując nieruchawe sceny, utrzymywane z publicznych środków o więdnącym teatrze telewizji nie wspominając.

Nowy zaciąg: Polonia, odmieniona Montownia, M-25

To był sezon zmian na mapie teatralnej. Zapoczątkowany w latach poprzednich run na powoływanie nowych scen o rozmaitym statusie organizacyjnym (fundacje, stowarzyszenia, sceny prywatne, impresariaty, agencje produkcyjne) zbliża się do apogeum. Nie oznacza to wcale, że osiągnięty został jakiś stan docelowy. Trzeba przywyknąć, że mapa teatralna będzie się zmieniać, że nowe sceny będą powstawać i upadać. A to oznacza, że powstał już polski rynek teatralny, na którym pojawili się rozmaici gracze. Najpierw zauważmy znaczące ubytki. Zamarła działalność dobrze zapowiadającej się sceny Teatru Nowego Praga w Fabryce Trzciny – wprawdzie jedna premiera zasługuje na życzliwą pamięć, „Miastomania” Marii Peszek, ale premiera niewiele miała wspólnego z Nowym. Znikł z powierzchni ziemi ambitnie sterowany Teatr K-2 (bez siedziby, po wygnaniu z Wrocławia), jeden z najstarszych teatrów prywatnych: Robert Moskwa najwyraźniej miał dość nieustannej walki o egzystencję. Zaspawana została Galeria LeMadame pod pretekstem niewypłacalności – jak do tej pory burmistrz Śródmieścia może poszczycić się zamknięciem jednego z najciekawszych klubów warszawskim, w którym kwitło życie kulturalne.
Życie nie znosi jednak próżni. Najgłośniejszy spektakl LeMadame, czyli „Miss HIVMacieja Kowalewskiego, przytuliła Krystyna Janda w swoim teatrze Polonia. Otwarcie, a właściwie półotwarcie, bo remont w Polonii trwa w najlepsze, stało się jednym z najważniejszych wydarzeń sezonu i to zarówno z uwagi na niebanalny program sceny, jak i niezłomność ducha Jandy, której udaje się z sukcesem pokonywać opór materii. Polonia przebojem zagościła jako temat codziennych konwersacji, a co ważniejsze niemal wszystkie premiery u Jandy cieszyły się zasłużonym wzięciem. Prawdziwym sukcesem artystki stało się skupienie wokół Polonii młodej widowni. Z wielkim aplauzem (oprócz monodramów samej Jandy) spotkał się „Darkroom”, przezabawna komedia społeczno-obyczajowa z Radiem Maryją i ojcem dyrektorem w tle, mądry spektakl o potrzebie tolerancji i życzliwości.
Po dziesięciu latach „bezdomnych” osiadł we własnej siedzibie Teatr Montownia, słynący temperamentem artystów i ich otwarciem na rozmaite eksperymenty – do tej pory poszukiwali znaków tożsamości w tradycji, teraz obok tradycji atakują współczesność. Ponieważ za siedzibę obrali były basen przy Konopnickiej śmiechom i żartom nie było końca: „życzliwi” liczyli, że Montownia utonie, zwłaszcza po ambitnym otwarciu znakomitym „Peer Gyntem”. Ale nie utonęła, mimo chłodnego przyjęcia przez znudzonych recenzentów publiczność dostrzegła w przedstawieniu wielką energię, a w kreacji Mariusza Benoit niepospolitą siłę. Wkrótce też Montownia dowiodła, że stała scena jest jej naprawdę potrzebna, wyrastając na oryginalny ośrodek sztuki. Montowniacy potrafili stworzyć wokół swego teatru ruch, obrastają licznymi występami gościnnymi: grała tu m.in. grupa Arteria, dając „Sallingera”, tu swoją warszawską premierę miała „Historia przypadkuRedbada Klynstry (współprodukcja Montowni), tu odbył się pokaz warsztatów muzycznych studentów warszawskiej Akademii Teatralnej („MP-3” pod opieką Mariusza Benoit). Tu wreszcie Montownia przygotowała premierę „Lovv”, sztukę szwedzkiego autora, przeznaczoną dla gimnazjalistów. W Polsce nikt o młodym widzu-gimnazjaliście nie myśli, chwała więc Montowni, że wchodzi na ten nie zaorany ugór. „Lovv” to, oczywiście sztuka o trudnym okresie dojrzewania, o odkrywaniu erotyki, o wierze, miłości i przyjaźni. Przy czym wolna od taniej moralizny i przemądrzałej głupoty. Aktorzy grający młodszych od siebie bohaterów nie popadają w infantylizm, ale potrafią odnaleźć w nich skomplikowane, niebanalne wnętrze – taką poruszającą kreację stworzył Michał Żurawski jako Håkan Håkanson. Montownia nie poprzestaje na pokazywaniu spektaklu, ale także organizuje dyskusje, warsztaty. Tylko pozazdrościć impetu i wyobraźni.
Z impetem rozpoczął działalność teatr w praskim klubie M-25, który zapełnia puste miejsce po LeMadame. Wydarzeniem i zaskoczeniem stała się „Bomba”, współczesna, drapieżna sztuka Macieja Kowalewskiego i w jego reżyserii, wyprodukowana przez prywatnego producenta. Sam fakt tak przygotowanej produkcji nie byłby niczym osobliwym, gdyby nie skala. W przedstawieniu bierze udział 23 aktorów, przy większość o ustalonej pozycji zawodowej, którzy w tej off-owej produkcji dają z siebie wszystko: dawno nie widziałem tak skupionego na zadaniu aktorskim Mariana Kociniaka czy Włodzimierza Pressa. Kowalewskiemu udało się skupić aktorów z rozmaitych obozów i okazało się, że doskonale na scenie się rozumieją. Przy tym jest to w pełni profesjonalna produkcja, także pod względem organizacyjnym. Odpowiedzialność za spektakl ponosi producent: jeśli nie sprzeda 200 biletów – dopłaca z własnej kieszeni.

Nowe i stare impresariaty

Wieloosobowym spektaklem zaskoczyli publiczność aktorzy skupieni wokół stołecznego ZASP – pod kierunkiem Jana Kulczyńskiego przygotowali premierę szekspirowskiego „Henryka IV” (w roli Falstaffa sugestywny, wiarygodny Tom asz Grochoczyński) w wersji teatru ubogiego, wędrownego. Aktorom nie udało się uzyskać stałego adresu dla ich produkcji, ale od czasu do czasu można ich zobaczyć to tu, to tam.
Teatrem impresaryjnym jest od lat Teatr na Woli. W ostatnim sezonie i Bogdan Augustyniak, który przyzwyczaił nas do nietypowych inicjatyw znowu zaskoczył. Po pierwsze, to właśnie w tym teatrze odbyła najbardziej widowiskowa premiera sezonu, „Król Lear” z udziałem rzadko widywanego na scenie Daniela Olbrychskiego. Po drugie, Ąugustyniak otworzył w Teatrze na Woli scenę prezentacji dokonań często (a niesłusznie) traktowanych jako marginalne – „A to Polska właśnie”. Zaprezentował w tym cyklu m.in. nowy spektakl Leszka MądzikaMatka odchodzi” i „Cholonka” teatru Korez z Katowic wg Janoscha w reż. Mirosława Neinerta i Roberta Talarczyka, mądrą opowieść o skomplikowanych śląskich losach i korzeniach. Augustyniak wraz ze swoją ekipą stworzył w Teatrze na Woli żywy ośrodek, w którym aż huczy od pomysłów adresowanych do szerokiej publiczności. W minionym sezonie po raz 5. odbywał się przegląd lekkiego repertuaru (Komedie lata), także po raz 5. międzynarodowy festiwal sztuki mimu, święto nadsceny muzycznej (Biała Lokomotywa też ma 5 lat!), jubileusz Stanisławy Celińskiej, wreszcie doroczny przegląd "Małe sztuki z wielkimi aktorami".
Swoją wierną publiczność ma Komedia, dosłownie oblegana przez widzów spragnionych śmiechu jak kania dżdżu. Na koniec swej dyrekcji Zenon Dądajewski, który odchodzi od nowego sezonu po 20 latach, sprawił miłośnikom farsy smakowity upominek – "Jeszcze jeden do puli" w reżyserii Jerzego Bończaka to przykład solidnej i zazwyczaj niedocenianej roboty.
Oczywiście nie od farsy zależy przyszłość teatru, ale to farsom i komediom teatr zawdzięcza frekwencję. Niestety, permanentnie brak dobrego polskiego materiału, stąd niepodzielne panowanie sztuk z importu. Dobrze to rozumie Marek Rębacz, niegdysiejszy twórca Teatru Niepoprawnego, który założył właśnie Polską Scenę Komediową i w nadziei, że powstaną nowe (dobre) polskie komedie rozpisał konkurs. Zobaczymy, co z tego wyniknie.
Obraz teatru impresaryjnego byłby niepełny bez licznych inicjatyw prywatnych, spektakli jednoosobowych, wśród których zdarzają się prawdziwe perły, jak wyborny „Yorick” w wykonaniu Wiesława Komasy, premierowany w Kazimierzu Wielkim, czy pełen energii muzodram Marcina PrzybylskiegoVernix”.

Teatr repertuarowy łapie oddech

Ten sezon miał dowieść, jak zmurszały i niereformowalny jest tzw. stary teatr. Pod hasłem wykurzenia starego kontestowali studenci  Akademii Teatralnej skupieni w grupie Trans-fuzja. Akcja była dęta, a na jej zapleczu znalazł się warszawski przegląd-festiwal twórczości Jana Klaty, który okazał się klapą – przynajmniej w tym sensie, że nie potwierdził "wielkości" odkrywczych poczynań młodego reżysera. Owszem, ożywił dyskusję, ale dowiódł, że przed utalentowanym reżyserem jeszcze wiele pracy nad sobą.
Tymczasem stary teatr okazał się jary, a w szczególności Teatr Narodowy kierowany pewną ręką Jana Englerta. To był bardzo dobry sezon Narodowego, tempo pracy narzucone przez Englerta wcale nie osłabło – dość spojrzeć na dołączone "tuziny osiągnięć" sezonu, aby zauważyć prymat największego polskiego teatru. I tak być powinno. Na początek i koniec sezonu Narodowy dał wybitne przedstawienia Jerzego Jarockiego ("Kosmos") i Antoniego Libery ("Czekając na Becketta"), a po drodze też nie brakowało prawdziwych wydarzeń na wszystkich czterech scenach. Nawet, kiedy przedstawienie pNozostawiało niedosyt, to szacunek budziło otwarcie Narodowego na eksperyment (np. w kontrowersyjnej „NorzeIbsena w reż. Agnieszki Olsten), co bywało powodem zarzutów pod adresem dyrekcji (że niby Narodowemu nie wypada).
Ożywcze dla "starego" teatru stały się gościnne reżyserie artystów zagranicznych (o Konczałowskim już napomknąłem), zwłaszcza Jacquesa Lasalle’a, który koncertowo poprowadził "Tartuffe’a" w Narodowym. Sukcesem zaowocowała także współpraca aktorów z Rimasem Tuminasem, który przygotował w Teatrze Studio brawurowego "Sługę dwóch panów". Wszystko to były spektakle wyraziste, grane we wzorcowym  tempie, oryginalne w interpretacji, choć w zasadzie "klasyczne", a nawet akademickie (Lasalle!). Klasyczną opowieść realistyczną w duchu tradycji Stanisławskiego pokazała we Współczesnym Izabella Cywińska ("Wasza Ekselencja"), dowodząc, jak ważny w teatrze pozostaje solidny warsztat. Warsztatową zabawą zabłysnęli aktorzy Ateneum, przygotowując pod kierunkiem mistrza Gustawa Holoubka "Cyrulika sewilskiego", a w Teatrze Polskim w swojej ostatniej, pełnej subtelnej emocji roli Krzysztof Kołbasiuk u boku Grażyny Barszczewskiej w sztuce Yashminy Rezy "Przypadkowy człowiek".

Teraz Polska

Z Polską na ustach wszedł w nowy sezon najmodniejszy na świecie polski teatr, Teatr Rozmaitości. Jarzyna unikał do tej pory nowej polskiej dramaturgii – tym razem otworzył szeroko podwoje na sztuki rodzime. TR podszedł do zadania poważnie, organizując warsztaty, zamawiając teksty, wydając antologię nowej dramaturgii, dając próby czytane i 4 premiery. Udała się właściwie jedna – "Weź, przestań" Jana Klaty w reżyserii autora, poruszające zderzenie świata yuppie’s i bezdomnych rozbitków z warszawskiego Dworca Centralnego. "Helena S." Powalisz w reż. Aleksandry Koniecznej to przedstawienie nazbyt ekscentryczne podobnie jak "Strefa działań wojennych" Michała Bajera, które wyglądały na ćwiczenia z tekstami postdramatycznymi. Zwłaszcza tekst Bajera, okraszony nadmiarem działań scenicznych, utracił wątły sens opowieści o klaustrofobicznej klatce egzystencji, tonąc w morzu gagów i dziwności. Najbardziej obiecująca była próba czytana sztuki Magdy Masłowskiej "Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku", ale jak sprawdzi się na scenie, przekonamy się w następnym sezonie.
O ile TR to właściwie zapowiedzi, o tyle wspomniana "Bomba" Kowalewskiego trafia w środek tarczy. Autor bezlitośnie obnaża polski prowincjonalizm, zagubienie i wyczekiwanie na nadprzyrodzone rozwikłanie węzła gordyjskiego doby żarłocznego kapitalizmu. A że tragikomedia Kowalewskiego dobrze odczytuje stan polskiego ducha świadczy nie tylko jej powodzenie, ale również prawie 70 tysięcy odwiedzin na stronie internetowej spektaklu w ciągu paru miesięcy.
Kowalewski celuje w mity i wmówienia zbiorowe, Michał Walczak zaś bierze na warsztat mikrokosmos społeczny, dziewczynę i chłopca przed ich "Pierwszym razem". To najlepsza polska komedia ostatnich lat znakomicie zagrana przez Kamilę Baar i Wojciecha Solarza.
Swój sezon miał też Marek Modzelewski – rozpoczął "Dotykiem" w Garażu Poffszechnego, a zamknął "Imieninami" w Studiu Dramatu Narodowego, oba przedstawienia dowiodły wrażliwości autora na swój czas – Modzelewski jest czułym obserwatorem obyczajów, trafnie rozpoznaje objawy i stawia ostre diagnozy.
***
Trudno się było nudzić w minionym sezonie. Teatr najwyraźniej odzyskuje wigor, tak jak zawsze, kiedy w tkance społecznej pojawiają się pęknięcia. Stąd wyraźnie podwyższona fala nowej dramaturgii, stąd odrodzenie teatru politycznego i teatru społecznej interwencji. To prawdziwe przegrupowanie sił i środków.
Tomasz Miłkowski

__________
Tekst publikownay w "Przeglądzie"

Dodaj komentarz