Dotknąć rzeczywistości nie wprost

Dziś teatr się nie staje w ludziach, w nas samych – mówi Jerzy Schejbal.

Rozmowa z Jerzym Schejbalem, aktorem Teatru Polskiego we Wrocławiu

W czym zagrałby Pan w tej chwili najchętniej?

W dobrym teatrze. To nie musiałaby być duża rola. Ale u dobrego reżysera, u którego mógłbym powiedzieć tak: Jestem głupi, nic z tego nie rozumiem:, niech mi pan to wytłumaczy. Moje marzenie. Spełniał je w stu procentach Andriej Konczałowski. Nawet, jak wiedziałem o co mu chodzi, to udawałem, że jestem durny, bo uwielbiałem, jak on mi to tłumaczył. Pięknie po rosyjsku, czasami po angielsku. Gdyby mi się przydarzyła znowu okazja na wejście w dobrą obsadę, porządny teatr, to zrezygnowałbym ze wszystkiego. Może wrocławski Teatr Polski odzyska swoją świetność? Dopóki decydent, który płaci, nie zrozumie, po co jest teatr, to marne są na to widoki. Mecenas nie jest dziś mecenasem.

Dobry stary teatr. Jaki? Ten najbardziej de mode?

Ten, w którym jest jakaś treść, w którym o coś chodzi, w którym jest jakaś istotna myśl, są refleksje i emocje.
Dziś wiele teatrów szczyci się formą. Z reguły pustą. Moje ostatnie doświadczenie prawdziwie teatralne to był „Król Lear” w reżyserii Andrieja Konczałowskiego w Teatrze na Woli w Warszawie. Po nocach jechałem tam i z powrotem trasą Wrocław – Warszawa, umordowany, ale… szczęśliwy. Po wielu latach – a przecież coś zrobiłem w zawodzie, coś umiem – Konczałowski przypomniał mi tyle rzeczy elementarnych w aktorstwie… Wiedziałem o nich, ale zapomniałem. W pragmatyce dzisiejszego dnia teatralnego się ich nie używa. Fantastyczne doświadczenie! Można się zżymać na takiego typu teatr, można mówić, że to de mode, ale gdyby od czasu do czasu taki teatr zaistniał na scenie, to byłoby z korzyścią dla wszystkich. Różnorodność jest konieczna, nie wszystko musi być trendy, nie można się posługiwać wszędzie tym samym modelem teatru, bo to się degeneruje. Patrzyłem na młodych ludzi, którzy brali udział w tym przedstawieniu. Z jaką nabożną wręcz uwagą słuchali Konczałowskiego! Jest on wspaniałym gawędziarzem, światowcem, cudownym człowiekiem. Zetknięcie z takim człowiekiem jest teatrowi potrzebne. To powiew innego świata, innego ducha, pewnego rodzaju elegancji. Musi się od czasu do czasu oddychać innym powietrzem.
Dziś teatr się nie staje w ludziach, w nas samych. W tym przedstawieniu w nas stał się teatr.

Na tym przedstawieniu legł nie najszczęśliwszym cieniem stygmat serialu…

To było nieuczciwe zagranie. Jestem człowiekiem wykształconym po to, by uprawiać ten zawód. Jestem aktorem i podejmuję się wszystko, co robię w tym zawodzie, robić dobrze. Nie zawsze mi to może wyjść, ale ja się staram. A wytykanie palcem, że ktoś gra w serialu jako czymś podlejszym jest nie fair. Zwłaszcza, gdy alternatywa jest marna. W teatrach finansowa mizeria, filmów niewiele, w serialach stale te same twarze. Nieuczciwe jest mówić tym młodym ludziom, że są be, bo stracili dziewictwo w reklamie, serialu itd. Jak potem się na to spojrzy, to w reklamie dziewictwo tracili i najwięksi. Tak samo w serialu. Grają w nich i najwięksi. To jest zawód ludzi próżnych – potrzebujemy popularności. Ona jest wpisana w nasz zawód.

Teatr, o jakim Pan mówi z taką nostalgią odchodzi. Dlaczego? Czyżby dzisiaj ludzie pragnęli tylko łatwizny? Płytkości formy, nawet niekiedy pięknej, ale jak Pan powiedział, pustej?

Telewidzowie mają niewielki wybór. O tym, co mają czytać, co mają oglądać decydują decydenci. O programach telewizyjnych decyduje magiczna oglądalność. Nie uwierzę, że byt telewizji zależy w dużej mierze od tego, ile osób ogląda Teatr Telewizji! Gdyby utrzymano stały dzień i stałe godziny Teatru Telewizji, jak to było kiedyś, to oglądalność byłaby większa. Poza tym, jestem przekonany, że niekiedy warto utrzymać pewną formę nawet dla niszowej grupy widzów. Nie wszyscy są młodzi, piękni i bogaci w naszym kraju, nie wszyscy pragną jedynie rozrywki lekkiej, łatwej i przyjemnej.

A w teatrze?

Brakuje kreatorów, wizjonerów teatralnych, którzy nie tylko realizują swoją wizję, ale też w świadomy sposób używają aktora jako – w dobrym tego słowa znaczeniu – współtworzywa i współtwórcę. Na przykład Jerzy Grzegorzewski potrafił aktora intelektualnie mocno pobudzić. Sam kilkakrotnie rozbiłem się o rafę, bo już myślałem, że zrozumiałem mistrza i wyszedłem z propozycją. On tylko kulturalnie się uśmiechnął i powiedział: To o co innego chodzi. O Boże, jaki to był ból! Ja już byłem pewny, że na tej samej fali, że Ok., a tu głową w ścianę. Ale to było inspirujące. Zaczynałem się znowu zastanawiać, szukać tropu jego myśli. Za mało z nim pracowałem, żeby się w tym głębiej zanurzyć. Bardzo tego żałuję. Żałuję takiego teatru, jak teatr Helmuta Kajzara – potrafił stworzyć coś tak metafizycznego wokół tego, co proponował, że rzeczywiście człowiek odlatywał. I nie było w tym niczego egzaltowanego. To było fantastyczne. Żałuję, że przestał istnieć teatr Kazimierza Brauna. Mówię tylko o Wrocławiu. To był teatr inspirujący, kontrowersyjny, wzbudzający emocje, pobudzający intelekt. Nie pragnę, oczywiście, wskrzeszania tamtego teatru, ale chciałbym by ocalały pewne pryncypia, by teatr znowu był miejscem, kreacji i miejscem prawdy.

Dzisiejsza rzeczywistość nie sprzyja wykreowaniu „Kabaretu Starszych Panów” ani narodzinom drugiej Agnieszki Osieckiej?

Właśnie. Nawet, jeżeli takie zjawiska gdzieś drzemią, to nie mają szans na wydobycie się z tej magmy, która nas zalewa. Świat się zmienia, ale… Nie wszystko należy wyrzucać do lamusa.

Wielu twórców, w tym aktorów, czuje się w tym panującym obecnie galimatiasie zagubionych…

To prawda. Tylko próbuje się często coś robić od końca. Choćby aktorski warsztat. Zawsze przyjdzie moment, dla każdego aktora, że będzie musiał grając sięgnąć do arsenału środków elementarnych. I wtedy często widzi nagle pusty kuferek z narzędziami.

Środki aktorskie, także w teatrze, zaczynają ewaluować w kierunku grania… filmowego, co źle zabrzmi, bo może się kojarzyć z pewną niechlujnością i taką powszedniością – choćby w sposobie mówienia. Dzieje się tak przez sam fakt, że wielu aktorów przetarło się najpierw przez serial czy film. I gdy trzeba wrócić do teatru – powiedzmy – tradycyjnego zaczynają się schody. Dla wielu młodych aktorów wcale niełatwe do pokonania.

A nam, starszemu pokoleniu, dużą przyjemność sprawia wchodzenie z powrotem w pewną formę teatralną. Grając w „Learze” czy innych przedstawieniach, w których muszę się posługiwać pewnym skrótem środków, jest dynamika, inna ekspresja, bo logicznie wynikająca z charakteru postaci, jest powrót jakby do formy stricte teatralnej. Jak się w tym wszystkim nie pogubić? Jak grać, żeby zachować pewną iluzję niezbędną w teatrze, ów skrót, ekspresję słowa, a za chwileczkę przenieść się na plan filmowy, mówić w innym rytmie? Kiedyś aktorowi było trudno przenieść się z planu teatralnego na filmowy. Teraz zaczyna być odwrotnie. I to jest trudne. Bardzo mi się teraz chce teatru. Moja córka, Magdalena Schejbal, też łyknęła teatralnego bakcyla. Zaczyna się osadzać, zaczyna rozumieć, co to jest teatr, słowo w teatrze, ruch, gest.

Gdy porównuję nasz czas, koniec lat 70-tych, 80-tych, gdy częścią tego wszystkiego, co się tworzyło wokół nas był teatr studencki… Tamten teatr studencki niósł idee, był silny, buntowniczy, nie bawił się formą, bo forma była rzeczą wtórną. Ona wynikała z pewnej myśli, pewnej idei. Myśl jako tworzywo była najważniejsza. Z tego szedł Teatr Kalambur, STU, Ósmego dnia… Teraz w młodym teatrze dominuje forma, grzebanie się w bebechu i nie bardzo się rozumie, po co się to robi. Człowiek, świat nie jest postrzegany całościowo, lecz wycinkowo: tu most, tu rzeczka, tu ulica. Brakuje myśli, idei, sprzeciwu opartego o myśl. Teatr jest konformistyczny, „poprawny politycznie”, nikt na deskach scenicznych nie buntuje się przeciw temu, co się dzieje. Na całym świecie funkcjonuje teatr polityczny, u nas zniknął. A przecież…

Obejrzałem niedawno wspaniałe duńskie kino: „Jabłko Adama”. Genialny film! Gra pięć osób. Film jest wstrząsający, bo jest i śmieszny, i wzruszający, i tragiczny, i farsowy, momentami poetycki. Jest w nim wszystko. Człowiek wychodzi powalony. Dlaczego u nas taki film się nie pojawia? Zrobiony tak prostymi środkami… Moje córki oglądając dzisiaj dawne nasze filmy mówią: Jakie to było fajne kino! Jakie scenariusze, jak ładnie grali aktorzy. O coś chodziło, były pełne poezji, jakieś takie tajemnicze, dotykały rzeczywistości, ale nie wprost, nie mrugały za bardzo, nie były nachalne.

Teatr Telewizji. Powspominamy?

My mamy co wspominać! Młodzi aktorzy mogą tylko o tym poczytać, posłuchać. Bardzo szkoda, że Teatr Telewizji odchodzi w przeszłość, że jest go tak mało. Jako aktorowi bardzo mi go brakuje. Nie zastąpią go telenowele ani filmy. Nie zastąpi go też teatr dramatyczny, bo to są różne gatunki, posługujące się odmiennymi środkami technicznymi i odmiennymi środkami wyrazu, chociaż czerpią z siebie nawzajem.

Wrocław był silnym ośrodkiem telewizyjnym…

Był. I stracił tę siłę, jak wszystkie ośrodki pozawarszawskie. W Teatrze Telewizji zaczęły się w pewnym momencie takie przetasowywania… Aktorzy, którzy byli solą regionalnego Teatru Telewizji – pamiętam wspaniałe role moich starszych kolegów, którzy zdobywali nagrodę za nagrodą – zniknęli. Te ośrodki przeszły na formułę angażowania aktorów z zewnątrz. Tym samym straciliśmy autonomię zawodową. Wszystko zależy od Warszawy. Przestaliśmy być, my, aktorzy prowincjonalni, widziani i postrzegani w Polsce. I tego szkoda. Teatr Telewizji na tym zyskiwał – za każdym razem były nowe twarze na ekranie, nowy repertuar, reżyserzy. Była ogromna różnorodność. A w momencie, gdy Teatr Telewizji przeszedł na formułę techniki filmowej straciło się wyraźne rozgraniczenie, co jest teatrem telewizji, a co filmem. To bardzo go zubożyło.

Może ci, którzy dzisiaj robią Teatr Telewizji sami nie bardzo wiedzą, co to jest?

Chyba rzadko oglądają stare materiały Teatru Telewizji. Myślę, że jednak formuła Teatru Telewizji, która funkcjonowała w latach jego świetności, a więc 60. i 70. dwudziestego stulecia warta jest odkurzenia. Pewne wzorce z tamtego okresu przy zastosowaniu nowych technik warto by było reaktywować. Myślę, że Teatr Telewizji mógłby na tym zyskać.

I aktorzy, i widzowie, którzy mieliby jedyną okazję zobaczyć, co piszczy w polskiej trawie teatralnej…

Oczywiście. Byłaby możliwość wyrobienia sobie opinii na temat naszego teatru. W istocie Teatru Telewizji – technika właściwie filmowa, a granie teatralne – tkwiła pewna magia. Zupełnie specyficzna. Poza tym Teatr Telewizji był wspaniałą szansą dla młodych aktorów. Dzisiaj skazuje się ich na telenowele, sitcomy, reklamy. A czas ucieka. Nie jestem przeciwnikiem tych form, ale dla aktorów, twórców powinien funkcjonować bardzo szeroki wachlarz możliwości. Tak, by mieli szansę dokonywania wyborów, a nie byli skazani np. na telenowelę czy reklamę, bo nie mają innych propozycji. Człowiek powinien mieć wybór, aby się najlepiej rozwijać, a nie głównie walczyć o przetrwanie.

Oczywiście. Telewizja daje największą popularność, a więc i największą szansę na zaistnienie w zawodzie. Wachlarz możliwości jest szeroki, bo i telenowele, i film, i autorskie programy telewizyjne aktorów, ale zgubiono w tym teatr, który w końcu jest podstawą aktorstwa…

 

Magiczny wymóg oglądalności jest najważniejszy. Tylko, czy naprawdę ludzie nie zasiadali by co wieczór w konkretny dzień i o określonej godzinie przed telewizorami, gdyby mieli taką ofertę? Telewizja przecież jest powołana także do pełnienia pewnej misji. Takie medium, jak telewizja, która przyzwyczaja ludzi do stałych pór pewnych programów, gdy zaczyna tymi porami manipulować, musi zniszczyć oglądalność danego programu. Czy ta forma kiedyś powróci? Obawiam się, że nie, bo jest coraz więcej ludzi, którzy nigdy nie zetknęli się z Teatrem Telewizji. Warto tu podkreślić, że polski Teatr Telewizji był unikalnym zjawiskiem na skalę światową. Może choćby z tego względu szkoda, że odchodzi.

Ludzie stale pragną oglądać aktorów. To zupełnie co innego zobaczyć np. Annę Dymną w programie telewizyjnym, a w Teatrze Telewizji.

Teatr Telewizji to też forma dydaktyki dla młodzieży aktorskiej. Mogą podglądać warsztat, środki. Tego też szkoda. Szkoda wielu innych elementów, o których się zapomina. Ilu mamy reżyserów – pedagogów, którzy są w stanie pomóc młodym aktorom się rozwijać? Młodzi mają rozmach, wyobraźnię, ale często nie wiedzą, co to jest aktor, nie potrafią pracować z aktorem. Zwrócenie się aktora do reżysera ze słowami: Dobrze, ale może mi pan/i wytłumaczy, jak ja miałbym to zagrać od razu budzi niechęć, nawet agresję. To jest bolesne. Skrzypek nie będzie walił w instrument tylko będzie o niego dbał. Pianista nie będzie walił nogami w klawisze, tylko będzie je muskał palcami. To samo dzieje się a aktorem.

Dajcie dobrą sztukę, dobrego reżysera, a będziemy znowu wielcy?

Pokażemy swoje możliwości, a wielu młodych aktorów rozwinie skrzydła.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Justyna Hofman-Wiśniewska

Dodaj komentarz