Dostaję skrzydeł przed publicznością

Rozmowa z Pauliną Holz. Czym dla Pani jest aktorstwo? Młodzi ludzie z bardzo różnych powodów wybierają dzisiaj studia w szkole teatralnej…

Akademia Teatralna jest na tyle ciężką uczelnią, że jeżeli się aktorstwa nie kocha i nie chce się temu zawodowi poświęcić życia, to w moim pojęciu studiowanie tam nie ma sensu. Ja chciałam zrezygnować po pol roku! Uważałam, że to jest coś, czego ja nie mam ochoty znosić. To często pasmo upokorzeń wynikających z ujawniania swoich słabości – trzeba się nauczyć z nimi żyć, nauczyć, jak je wykorzystywać w zawodzie. Jest się przy tym nieustannie narażonym na krytykę i rywalizację. W momencie, gdy aktorstwo nie jest celem naszego życia, to naprawdę nie jest warte ceny, jaką trzeba zapłacić na samym wstępie. Bardzo często się zdarza, że przychodzą tu młodzi, zdolni ludzie i nagle psychicznie nie dają sobie rady. To jest tak silne grzebanie w psychice, że słabości psychiczne, które w codziennym życiu nie przeszkadzają, tam się na pewno ujawnią. Jeżeli więc ktoś nie chce poświęcić temu zawodowi choćby dużej części swojej duszy i swojego ciała, to nie warto przez to przechodzić.

Jednak pani się nie poddała?

Los mi sprzyjał. Po pół roku studiowania stwierdziłam, że to nie ma sensu, że nie daję rady, że to nie dla mnie. Zanim zaczęłam studiować w Akademii Teatralnej grałam już od roku w „Klanie”. Wtedy ten serial cieszył się ogromna popularnością. Byłam więc już osobą znaną z twarzy, imienia i nazwiska. Uważałam, że wobec tego powinnam schować się gdzieś w dalszych rzędach szeregu adeptów aktorstwa. To było niemądre, ale wtedy tak czułam. Nie rozwijałam się, stałam w miejscu. I cały czas żyłam w stresie. Podjęłam więc decyzję, że tylko zdam egzaminy i podchodzę.

Chciała Pani mieć poczucie spełnionego obowiązku?

Tak, przede wszystkim wobec partnerów, z którymi przygotowywaliśmy egzaminacyjne etiudy. Byłam im potrzebna. Odejście ze studiów wydawało mi się decyzją słuszną, bo ja nie byłam zachwycona szkoła ani szkoła mną. Kilka dni przed egzaminem jakiś dobry duch – dzisiaj wiem, że to był dobry duch – wypchnął mnie z autobusu tak nieszczęśliwie, że skrecilam nogę. W kostce. Gips, kule, a tu ten nieszczęsny egzamin. Mogłam w tej sytuacji zrezygnować, ale… Nagle zaczęło mi się cos nowego w tej mojej głowie układać, jakby wszystko wskoczyło na swoje miejsce, a coś, co sobie już wymyśliłam nabrało cudzysłowu i w jakimś sensie mnie ośmieszyło.

No i wzięła Pani diabła za rogi?

W etiudzie była taka scena, w której wrzucają mnie do celi więziennej. Tam nagle wpada motyl… A ja z ciężką gipsową nogą! Potem, gdy zdawałam egzamin z piosenki też było zabawnie, bo byłam Matką Boską Kulejącą, z gipsem. I wtedy nabrałam dystansu. Myślałam sobie tak: i tak już do tej szkoły nie wrócę. Jest mi wszystko jedno. I nagle zapomniałam o stresie, który mnie nieustannie pętał  i  zrobiłam to, co do mnie należało. Zdałam na w miarę dobre oceny i stwierdziłam, że przecież szkoda to wszystko zostawić! Zaczęło mi się podobać. Potem zagrałam w spektaklu „Romeo i Julia” z zawodowym aktorem. Zobaczyłam, jaką przyjemnością jest praca z zawodowcem. Nie lubiłam tych etiud, tego uczenia się, tego przepychania się przez siebie. Nie sprawiało mi to przyjemności, ale zrozumiałam, że muszę przez to przebrnąć, i to jak najlepiej, żeby potem móc grać w zawodowym teatrze.

Próby nie są dla Pani najbardziej frapującym zajęciem w pracy teatralnej?

Niezbyt lubię okres prób. Owszem, przez jakiś czas jest to przyjemne, ale potem… Pani Anna Seniuk, która miała z nami w Akademii zajęcia przez pół roku powiedziała do mnie na drugim roku: ty to jesteś! Na próbach ci się nie chce grać, a gdy publiczność przyjdzie, to skrzydeł dostajesz. I tak jest do dzisiaj. Na próbach to gram tak na ¾ gwizdka. Dopiero przed publicznością czuję luz, pozbywam się wstydu. Gram. Egzamin, „Romeo i Julia” i noga w gipsie to były trzy przełomowe momenty. Od tamtej pory jestem pewna, że dokonałam właściwego wyboru. Aktorstwo sprawia mi ogromną przyjemność.

Poszła Pani zaraz po studiach do teatru…

To było bardzo ważne. Gdybym grała tylko w serialach, to chyba już jakiś czas temu strzeliłabym sobie w głowę. Teatr i inne formy – tak. Tak naprawdę teatr jest treścią tego zawodu. Nie telewizja, nawet nie film. Teatr daje wszystko: przyjemność, kontakt z ludźmi, satysfakcję, radość.

Jaki wpływ na Pani decyzję o zostaniu aktorką miała mama?

Od urodzenia byłam w tym środowisku. To tylko na tym polegało. Tak, jak często dzieci lekarzy są lekarzami. Ten zawód nie był dla mnie żadną magią, zawodem wyśnionym. Nie. To była codzienność. Ale tak naprawdę moja decyzja pójścia na studia aktorskie dojrzała po roku pracy w „Klanie”. Dzięki namowie mamy poszłam na casting do „Klanu”. I dostałam rolę Agnieszki. Byłam dwa lata po maturze i robiłam kompletnie inne rzeczy! Nie odważyłabym się nigdy na ten zawód bez „Klanu”. Namawiano mnie, bym nie szła na studia aktorskie, bo i tak mogę grać. Mama przekonała mnie jednak, że szkoła to mój kuferek z narzędziami. W serialu, owszem, mogę grać, ale bez szkoły nie będę profesjonalna aktorką.

Pracuje Pani w dość wyjątkowym teatrze, bo w Teatrze Powszechnym. Teatrze, który kultywuje tradycje, niemal cały czas oddycha tym, co było i wchodząc w nowoczesność, współczesność czyni to nieco odmiennie…

Ta tradycja tutaj żyje – to prawda. Ale nie jest czymś, co w jakikolwiek sposób by nas pętało, czy krępowało. To twórczy duch teatr. Tu jest fantastyczny, zzyty zespół – to bardzo wiele znaczy. Jesteśmy autentycznym zespołem, nie tylko aktorami, którzy razem grają w danym przedstawieniu. Jakiego rodzaju teatr Panią nęci? Nie będzie Pani chyba do końca życia w Teatrze Powszechnym?Chciałabym! Dla mnie to jest właśnie ten teatr. Spotykam się tu z różnymi reżyserami, z różnymi stylami, różnymi wizjami teatru. Teatr nie stoi w miejscu, żyje, jak każda artystyczna forma, rozwija się. Nie, nie czuje w sobie żadnej chęci ani potrzeby  przeniesienia się do innego teatru. Tu czuję się bezpiecznie jako aktorka i jako człowiek. A gdy się czuję bezpiecznie, to się rozwijam. Moja mama też od 30 lat jest aktorką Teatru Powszechnego, zaledwie kilka lat była w innym teatrze.

A teatry offowe?

Chętnie je oglądam. Jestem ich ciekawa, ale żadna z rzeczy, które widziałam nie wywołała we mnie myśli, że tak, wyłącznie w takim teatrze chciałabym być. To nie do końca jest mój teatr. Mówię, oczywiście, bardzo ogólnie, bo widziałam spektakle piękne, bardzo interesujące, ale nie widziałam w tym siebie. Wchodzenie w nowe przestrzenie teatralne? To np. przeżyłam, gdy graliśmy w Malarni Teatru Powszechnego…Uważam, że na każde nowe doświadczenie przychodzi właściwy czas. Ja na razie jestem na etapie uczenia się, a żeby improwizować, to trzeba mieć bardzo dobrze opanowane nuty i umieć grać na danym instrumencie. Chciałabym najpierw mieć silną bazę, wiedzieć, gdzie są moje granice. Nie odczuwam więc na razie żadnej potrzeby, żeby szukać jakichś nowych form i doznań. To, co mam na tym etapie daje mi pełną satysfakcję. Może po latach będę żałowała, że nie spróbowałam tego czy tamtego, ale… Nie należę do osób, które mają tendencje do żałowania czegoś i oglądania się wstecz. Nie bardzo też się zastanawiam nad sprawami, na które nie mam wpływu. Nie zajmuj się tym, na co nie masz wpływu. Zajmij się tym, na co masz wpływ i z czym możesz cos zrobić – powtarza mi stale mama. To cenna życiowo i zawodowo rada. Trzymam się tego i dobrze na tym wychodzę.

Plotki, złośliwości itp. Pani nie absorbują?

Zupełnie. Mam swoje życie, swoje sprawy. Trzeba być w porządku wobec siebie – to najważniejsze. Nie należę też do osób, z którymi wchodzi się w otwartą walkę, bo potrafię ugryźć mocno i boleśnie. Mówię, co myślę, nie pozwalam sobie na niewyjaśnione sytuacje, które mogą być dla mnie nieprzyjemne, czy stanowić jakiekolwiek zagrożenie. Nie jestem partnerką do plotek ani do intryg. Nie jestem też osobą konfliktową, zwłaszcza w pracy. Konflikt niczego nie buduje. Na szczęście nie spotkałam się jeszcze z reżyserem, który uważa, że im bardziej mnie rozzlości, to tym lepiej będę grała swoją rolę. Słyszałam o takich. Uważam, że to jest zawód, w którym potrzebuje się poczucia bezpieczeństwa i ciepła, jakiegoś komfortu psychicznego. Nie wierzę w to, że jak się kogoś zgnoi, a on się potem podniesie, to będzie boski! Nie jest to w zgodzie z moim charakterem ani pojmowaniem tego zawodu. Z takim reżyserem nie potrafiłabym pracować, bo ja bym się nie podniosła na tyle, żeby być boską. A może, gdybym uwierzyła w twórczą wizję, że to ma naprawdę sens…? Nie wiem, nie byłam w takiej sytuacji. To jest też kwestia szacunku. Wszystko można znieść, gdy jest szacunek. Nie ma powodu, aby w twórczej pracy nawzajem się urażać. Staram się rozmawiać z ludźmi tak, jakbym chciała, żeby oni ze mną rozmawiali. Rozmawiać o sprawach merytorycznych, nie emocjonalnych. Teatr to są emocje. Moje emocje, Pauliny Holtz. Możemy się porozumieć, co do jakichś spraw, które kierują daną postacią w sztuce, ale nikt nie może mi narzucić swojej wrażliwości, to znaczy powiedzieć: słuchaj, moim zdaniem ta osoba reaguje tak, gdy jest to zupełnie sprzeczne z moim widzeniem tej postaci i tym, jak ja potrafię, mogę ją zagrać. To jest coś organicznego. Ja mam swój zakres i czuję, że pewnych rzeczy nie zrobię. Nie można nagle wrzucać mi czegoś z innego woreczka i mówić: słuchaj to jest twoje, na pewno to zrobisz. Ja dobrze wiem, co czuję, dobrze wiem, jakie mam emocje i nikt nie może mi imputować swoich zachowań. Przez lata pracy w serialu nauczyłam się, że podstawą jest dobrze opanowany tekst i organiczność działań. Ktoś mówi: chcę, żebyś stanęła tu, potem przeszła tam. A ja wewnętrznie czuję, że nie ma dla mnie takiej możliwości. Jest to moja emocjonalna nieprawda. Ale ja bym tak zrobił – słyszę na to. No to proszę, zrób. Ja tego nie zrobię. Trzeba robić to, co się ma w środku. Inaczej ten zawód traci sens.

Nie zagra Pani każdej roli, jaka Pani zaproponują?

Nie. Jest wiele ról, których nie czuję i których nie potrafiłabym zagrać prawdziwie, dobrze. Pamiętam, że największym moim upokorzeniem w Akademii był egzamin z wiersza u p. prof. Budzisz – Krzyżanowskiej, bodajże na trzecim roku. Wymyśliła, że zagram Martę, nianię, w „Romeo i Julii”. Nie znalazłyśmy na to takiego sposobu, który umożliwiłby mi dobre zagranie tej roli. Pani Profesor powiedziała: Wyobraź sobie, że ważysz 20 kilogramów więcej. Dla mnie to była żadna uwaga. Nie potrafiłam sobie tego wyobrazić.  Był to mój najgorszy egzamin. Dwie godziny chodziłam potem po Starym Mieście i beczałam. To, co tam wykonałam było dla mnie upokarzające. A nie było mnie stać na więcej. Nie zagram starej, grubej, rubasznej baby. Nie było na to szans. Na zagranie niani Julii musiałabym znaleźć zupełnie inny sposób. Wtedy go nie znalazłam. Dziś wiem, że ten egzamin, to upokorzenie, ta bezsilność i przykrość wiele mnie nauczyły. Korzystam z tego doświadczenia. Mama miała podobną przygodę. Została obsadzona w roli typowej baby – swatki w „Ożenku”. Nie czuła tego. Ale… Znalazła w jakimś momencie sposób na tę postać, ale sposób pod siebie. I była świetna. Pod tym wszystkim była ona, a nie Gogolowa Marta. Szkoła nauczyła mnie tego, czego robić nie powinnam, co jest przeciw moim warunkom. To bardzo cenne. To daje mi komfort, że czuję się bezpiecznie sama ze sobą. Szkoła nauczyła mnie wierzyć sobie, nie pozwalać nikomu, żeby mnie urabiał. Aby być pewnym tego, co robisz musisz czuć pewny grunt pod nogami. Po tym gruncie to już można tańczyć, śpiewać, recytować..

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Justyna Hofman – Wiśniewska

Dodaj komentarz