Szklany teatr 2006, czyli w stronę krytyki

Tegoroczny, szósty już festiwal Dwa Teatry – Sopot 2006, był inny niż dotychczasowe. Pewnie dlatego, że i sam Teatr TV bardzo się zmienił.


Odchodzi powoli od modnych jeszcze do niedawna wulgaryzmów. Nie ciska mięsem w kogo popadnie, nie epatuje grozą, chamstwem ani seksem, jeśli nie jest to uzasadnione. Tendencja jest wyraźna – szklany teatr zmierza w stronę krytyki rzeczywistości, którą najwyraźniej ogarnął obłęd. Głownie tej politycznej. Równie wyraźny azymut twórcy spektakli tego sezonu, będących owocem starań nieżyjącego już Pawła Konica, nastawili na memento mori, czyli refleksję nad przemijaniem. Próbą mierzenia się z obrazem życia w coraz bardziej niedorzecznej Polsce są laureat Grand-Prix „Juliusz Cezar" Szekspira w reż. Jana Englerta, „Król Edyp" Sofoklesa w reż. Gustawa Holoubka, „Małe piwo" Alistera Beatona w reż. Waldemara Krzystka, „Tajny agent" Josepha Conrada w reż. Krzysztofa Zaleskiego i „Padnij" Pawła Demirskiego oraz Andrzeja Mańkowskiego w reż. Macieja Pieprzycy, a także przygotowany z okazji pięćsetlecia urodzin Mikołaja Reja „Żywot Józefa" w reż. Piotra Tomaszuka.
W "Juliuszu Cezarze" już sam wystrój wnętrz, dekoracje, nie pozostawiają cienia wątpliwości. Choć tragedia powstała ponad 500 lat temu, a dzieje się 2000 lat temu, widać wyraźnie, że chodzi tu o naszą, dzisiejszą Polskę. Szklane ściany gmachu Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego, wieżowiec Telewizji Polskiej, Pałac Kultury i Nauki, galerie handlowe i centra biznesu, a wszystko to polane złudnym lukrem niespełnionych obietnic, stały się plenerem, w którym rozgrywa się ponadczasowy spektakl władzy. To tu maszerują bohaterowie – Rzymianie-Polacy, tu spiskują i ostrzą sztylet, tu wreszcie, w centrum współczesności, rozgrywa się scena morderstwa, by zaraz potem rozbrzmiewać mogła mowa pogrzebowa Marka Antoniusza nad grobem Cezara, którą śledzą złaknione sensacji oczy tysięcy telewidzów. Czy i u nas nie jest podobnie? Ile to par oczu wlepionych w ekrany syci się kolejnym skandalem na najwyższym szczeblu? Sam Szekspir pisał przecież: „W ilu to jeszcze teatrach, w ilu nieznanych językach, nieznanych kostiumach, zostanie odegrana ta scena"? W reżyserii Jana Englerta, który grał już Marka Antoniusza, a teraz przywdział kostium Cezara, spektakl brawurowo zdał egzamin z ponadczasowości. Mało jest takich tesktów.
Może jeszcze tylko "Król Edyp" Sofoklesa, przygotowany przez Gustawa Holoubka na 75 rocznicę Teatru Ateneum, a potem przeniesiony na deski Teatru TV? Nie ma tu, inaczej niż w "Juliuszu Cezarze", dekoracji; aktorzy, w tym świetny jako Edyp Piotr Fronczewski, dysponują tylko słowem, gestem, emocją. Dzięki słowu rodzi się, rozwija i umiera tragedia Losu. Wygląda na to, że aktualność tekstu o bezsilności człowieka wobec przeznaczenia wzrosła. Na pierwszych stronach gazet królują afery lustracyjne, wszechobecna potrzeba rozliczania wszystkich ze wszystkiego – pal sześć, czy winni był świadom swej przewiny, czy też w zbrodnię wciągnęła go „siła wyższa". Edypa dzieje są bardzo podobne, można wręcz powiedzieć, wzorcowe, choć rozegrały się tysiąclecia temu. To ślepy Los kazał mu wyciągnąć nie tę kartę, co trzeba i teraz ten sam Los go z tego „wyboru" sumiennie rozliczy. Archetyp zbrodni i kary ma się świetnie, zwłaszcza dzisiaj.
Jeszcze inaczej patrzy na absurd polityki Waldemar Krzystek w „Małym piwie". Choć farsa jest angielska, popadający raz po raz w emfazę, niezbyt rozgarnięty premier (Jan Peszek) do złudzenia przypomina niektóre figury z obecnego obecnego i poprzednich rządów. Jak kraj może wyjść na prostą, jeśli jego głowa  zmienia zdanie w zależności od kierunku wiatru, jest labilna, słaba, uwikłana i zastraszona? Na konferencji partyjnej przed wyborami parlamentarnymi dochodzi do scen dantejskich. Numer jeden owej partii, genialnie zagrany przez Jana Frycza Eddie (ciekawe, że trochę jak Edek z „Tanga"), ucieka się do forteli z piekła rodem, byle tylko przeforsować swoje. Bo, jak głosi słynny cytat z „Dnia Swira", "moja jest tylko racja, i to święta racja. Bo nawet jak jest twoja, to moja jest mojsza niż twojsza. Że właśnie moja racja jest racja najmojsza!". Nasz miły Eddie na każdego coś ma: ten jest pedałem, ów ma kochanki, jeszcze inny chciałby zapomnieć o epizodzie z przeszłości. Malkontentów wystarczy postraszyć ich małymi grzeszkami, już siedzą cicho. Absurd sięga zenitu, gdy na jaw wychodzą machloje uroczego moczymordy, niejakiego Georgio (Krzysztof Globisz), który, łaknąc zysku, wyhodował piwo powodujące zmianę płci spożywających je mężczyzn. Kraj jest tu trochę jak biust owych nieszczęśników – stoi nad przepaścią, pogrążony w silnej depresji. Co z tego jednak, skoro wspomniana już głowa jest w stanie nawet pierś zatuszować, byle wyjść na swoje? I robi to, a jakże, dopuszczając się mordu w imię „racji najmojszej"!
O śmierci i marności wszystkiego, czego dotknie człowiek, opowiada otwierająca festiwal, znakomita "Duszyczka". Ostatni, zrealizowany dla Teatru TV spektakl Jerzego Grzegorzewskiego, przeniesiono na ekran z podziemi łączących Teatr Narodowy ze Sceną na Wierzbowej. I choć trudno w to uwierzyć, czuć było w Sopocie przez chwilę  duszną atmosferę widowiska, w którym gra idzie o najwyższą stawkę – nadanie znaczenia życiu chylącego się ku końcowi. Grzegorzewski, przygotowując się do realizacji, podejrzewał, że może to być jedno z jego ostatnich dzieł. Każda taka inscenizacja nadwerężała siły. Wybierając się na spotkanie z duszyczką, nieszczęsną, zagłuszaną przez popędy wyższą instancją, spróbował po raz kolejny zmierzyć się ze stosunkiem korpusu do animy i poezji do twardej materii życia. Wnioski? Ciało przeszkadza, wydaje się zgoła niepotrzebne, za bardzo absorbuje, zbyt wiele talentów pochłania, ciśnie i uwiera. Poezja, uwięziona na postronku ciała, nie wyzwoli się z jego okowów, dopóki ono trwa. Czyżby więc śmierć przywdziewała tu maskę wybawicielki? Genialny w roli R był Jan Englert – zdecydowanie najjaśniejsza postać festiwalu. „Duszyczka", w której przed oczami umierającego poety przesuwa się korowód kobiecych zjaw (pewnie wszystkie, materialne miłości bohatera), to nie jedyny wgląd w życie pozagrobowe.
Marek Piwowski, sięgając po znakomitą minipowieść Erica-Emmanuela Schmitta "Oskar i pani Róża", wkroczył w najtrudniejszy obszar – umieranie dziecka.  10-letni chłopczyk (przekonujący Maciej Matulak) wydaje się mądrzejszy od niejednej, dojrzałej, czekającej na swój naturalny koniec duszyczki. Oszukują go wszyscy: lekarze, którym nie powiodła się kolejna, mająca na celu uratowanie nieletniego życia, operacja, i rodzice, uciekający przed chorym chłopcem jak przed Innym, Obcym, bezczelnie zakłócającym zwyczajny bieg zdarzeń. Chciałoby się wykrzyczeć: Odejdź już, nie przeszkadzaj! I choć nikt nic nie mówi, chłopak rozumie, że dalej… Nie będzie już nic. Rodzice, którzy nie pokazali mu ani Boga, ani nawet Świętego Mikołaja, bezradnie skuleni w kącie własnych lęków, ustępują pola byłej zapaśniczce, Pani Róży (Agnieszka Mandat). To ona namawia malucha do pisania listów do Boga. Ona proponuje mu niezwyklą zabawę z wyobraźnią: skoro lekarze dają ci czas tylko do końca roku, a zbliża się już Gwiazdka, spróbuj traktować każdy mijający dzień jak dziesięć lat. Tak oto Oskar umiera, dożywszy setki. Że dzieje się to w imaginacji? Cóż z tego? Niejeden radujący się długowiecznością nie bedzie miał tak bogatego, intensywnego życia! Kontrastem dla potrafiącego cieszyć się bogactwem chwili chłopca są przyczajeni, niepełni, zdawać by się mogło, jednowymiarowi, rodzice.
O jednowymiarowości "straconej" egzystencji mowa także w "Najwięcej samobójstw zdarza się w niedzielę" Macieja Dejczera. Tu para żyjących niby to ze sobą, a jednak obok siebie, trzydziestolatków, codziennie od nowa realizuje złudny plan: musimy być operatywni, dyspozycyjni, kreatywni, asertywni i wydajni. Liczy się sukces.  Materia, której ciężar wskaże rosnąca suma na koncie i awans. Że takie życie jest niewymownie puste, przekonają się bohaterowie, gdy przyjdzie im spędzić ze sobą pierwszą od dawna wolną niedzielę. Pustota świata wypchniętego z torowiska, na którym trwa wyścig szczurów, okaże się zbyt bolesna, nie do wytrzymania. Nie znający siebie, nie wiedzący, czym jest człowieczeństwo i że może mieć smak, młodzi Klara (Monika Kwiatkowska) i Nikodem (Maciej Sthur) udadzą się na dobrowolne spotkanie ze śmiercią. O ile "duszyczkę", "animulę" R. w spektaklu Grzegorzewskiego dręczyła niemożność pełnego zrealizowania się w poezji, o tyle tutaj duszyczki to niemal niewidoczne skrawki czegoś, co zgoła nie wie, że istnieje. Nie ma zmagania się z popędami, z twórczą gorączką, z niewypowiedzianym. Jest biuro, sukces i śmierć, gdy tych zabraknie. Smutne? Ale może tak właśnie wyglądają  małe, odarte z substancji duchowej  światy wielu z nas? Również polityków, o których mowa w tylu spektaklach tego sezonu?
Śmierć na festiwalu miała jeszcze jeden wymiar: objawiła się w starym stylu, jako Duch. Zjawy są i w "Panu dwa drzewka" Piotra Mularuka, gdzie chłopiec nie może poradzić sobie z traumą po śmnierci babci, a wtedy ojciec opowiada mu o inwazji duchów na domostwo jego dzieciństwa, i w „Fotoplastikonie" Piotra Łazarkiewicza, gdzie umarły przychodzi we śnie do matki, i wreszcie w "Żywocie Józefa", gdzie przypowieść biblijną o cnotliwym Józefie Piotr Tomaszuk wzbogacił komentarzami diabłów i aniołów, a także wizytą samej, uzbrojonej w kosę, Miss Wykidajło (znowu świetny Jan Peszek). Także "Piaskownica" Michała Walczaka w realizacji Dariusza Gajewskiego to tete a tete z ulotnością i przemijaniem. Opowieść dotyczy wprawdzie Kobiety i Mężczyźni, którzy, im bardziej starają się być ze sobą, tym bardziej są OBOK siebie – a więc starej jak świat wojny pierwiastka żenskiego z męskim. Ostatni z trzech epizodów, w wykonaniu Haliny Łabonarskiej i Władyslawa Kowalskiego, to jednak wyrazista lekcja odchodzenia. On i Ona szukali siebie całe życie, znaleźli – po śmierci. Wędrują w stronę światła, trzymając się za ręce. Nareszcie? Kto wie, czy po Duszyczce nie jest to kolejna z pochwał śmierci jako wybawicielki, przynoszącej wyciszenie, kładącej kres wojnom, ambicjom, gierkom i szantażom, stanowiącym sól coraz bardziej pogmatwanego życia?
Maciej Misiorny

Dodaj komentarz