Przybylski szansonista

Co jest pod werniksem?
Wprawdzie swój nowy muzodram Marcin Przybylski nazywa „Verniksem”, a nie „Werniksem”, ale o werniks przecież chodzi, wszystko jedno jak pisany.

Tytułowy utwór spektaklu (pióra Przybylskiego, do muzyki Andrzeja Perkmana), oddaje bez wątpienia intencje aktora:
„Zdejmę obraz,/ fotografię,/ obiektywnie/ rzucę okiem/ w zakamarów kwaśną toń”.
A więc odsłania swoje intencje: zajrzeć w głąb i zatrzymać w czasie, namalować nie przypudrowany obraz miasta, w którym nie sposób żyć, ale bez którego nie sposób żyć, jak śpiewa w piosence Nahornego i Młynarskiego („Żyć gdzie indziej nie mogę”). Wszak to nie tylko „Vernix”, ale i „muzodram warszawski”, grany z towarzyszeniem zespołu 5PO, w którym autor (wykonawca i scenarzysta w jednej osobie) próbuje, zgodnie z deklaracją „stworzyć swój własny wewnętrzny teatr” i wyrazić „ducha miasta”. I tak rusza w miasto.
Przy czym jest to nie tylko wędrówka po peryferiach i rozmaitych miejscach nieoswojonych, to także wędrówka w czasie – stąd też rozpoczyna się od międzywojnia, od szansonisty śpiewającego i tańczącego w słodkim stylu Freda Astaire’a „Hallo, tempo” Petersburskiego i Własta.
Przybylski wielokrotnie zmienia konwencje, prostymi środkami modyfikuje wygląd, z wyfraczonego fordansera przeistacza się w zblazowanego dandysa, a potem outsidera pokpiwającego z otoczenia. Te rozmaite i hojne maźnięcia pędzlem, muzycznie także zróżnicowane i pełne energii, dają wrażenie ruchu, dynamiki z jednej strony, ale oferują też z drugiej strony dobre chwile do lirycznego wspomnienia i namysłu. swingujące, jazzowe opracowania, odgłosy miasta, zaskakujące aranżacje znanych piosenek (jak na przykład „Przystanek koło Zoo” Młynarskiego) i nowe utwory leżą dobrze pod tym werniksem, który zatrzymuje barwny, pociągający, choć czasem dramatyczny i bolesny obraz ukochanego miasta.
Aktor sprawdza się warsztatowo, nie tylko wokalnie i tanecznie, ale także dykcyjnie, np. w popisowym wykonaniu piosenki „Hallo, tempo”, powtarzając kolejne refreny w coraz większym przyspieszeniu. Jego muzodram to połączenie dobrego gustu, niezbędnego w takich spektaklu osobistego uroku i dyscypliny – żeby śpiewać tak od niechcenia, trzeba ćwiczeń bez wytchnienia. Po „Bellatrix” artysta zrobił kolejny ważny krok na drodze ku swojemu stylowi i rozpoznawalności. Jest bardzo blisko wielkiego sukcesu. A ten muzodram koniecznie trzeba obejrzeć. Tylko gdzie?
Tomasz Miłkowski
Przybylski & 5PO, „Vernix. Muzodram warszawski”, produkcja 5PO, Studio Teatralne Koło, współpraca artystyczna Igor Gorzkowski, premiera 13 maja w Teatrze Małym

Recenzja publikowana uprzednio w "Przeglądzie"{

Dodaj komentarz