Polska Scena Komediowa otwarta

Rozmowa z Markiem Rębaczem, inicjatorem Polskiej Sceny Komediowej.


Wywiad z Markiem Rębaczem
Polska Scena Komediowa
WWW.polska-scena-komediowa.pl <http://www.polska-scena-komediowa.pl/>
 
Panie Marku, co jest lepsze – tragedia czy komedia?
– Tragedia to jest, proszę pana, wtedy, kiedy nie ma komedii. I taka jest dzisiaj sytuacja na polskim rynku teatralnym. Proszę mnie jednak źle nie zrozumieć. Potrzebne jest oczywiście i jedno, i drugie, tyle że ostatnio tekstów komediowych przeznaczonych na scenę jakbyśmy zupełnie nie pisali. Zapomnieliśmy o czymś takim, jak zawód komediopisarza – dramaturga rzemieślniczo podchodzącego do swojej roboty, który ze wszystkiego potrafi wyczarować coś autentycznie zabawnego. Wystarczy zadać mu konkretny temat, a on siądzie i napisze.
Spróbuje Pan to zmienić?
– Taki mam plan. Zawód komediopisarza jest bezwzględnie potrzebny. Żyjemy coraz dostatniej, wygodniej, ale i coraz szybciej. Przez to, co naturalne, potrzebujemy coraz więcej relaksu. Można go szukać na deskach teatru, zwłaszcza że sale teatralne zapełniają się głównie dzięki lekkiemu repertuarowi. Naród chce się bawić, to oczywiste. Jest jednak pewien problem – wystawiamy niemal wyłącznie angielskie farsy.
A to źle?
– Komedia, gatunek moim zdaniem najłatwiej przyswajalny, powinna przestać być wyłącznie farsą – angielską farsą. Mogłaby zająć się czymś poważniejszym, przemycać mnóstwo istotnych treści. Taka jest zresztą jej funkcja: prześmiewać, kpić, ale i uczyć.
Jak uchwycić to, co śmieszne?
– Właściwie, gdy się nad tym dłużej zastanowić, wszystko jest śmieszne. Ze wszystkiego można się śmiać.
Nawet z kibiców beztrosko demolujących Stare Miasto?
– O tak! Wierzę, że i w tej grupie znalazłoby się parę jednostek, które spełniłyby się jako postaci komediowe. Stawiałbym głównie na osobników bezmyślnie podążających za stadem. Pozostaje oczywiście kwestia wewnętrznej dyscypliny, umiejętność powiedzenia sobie: z tego, owszem, wolno nam się śmiać. I z tego też. Ale z tego tutaj już mniej. My, Polacy, do tej pory mieliśmy świadomość, że z bardzo wielu rzeczy nie wypada nam się śmiać. Tak też na pewno być nie powinno.
Polak nie potrafi się śmiać z samego siebie. Tak każe nam wierzyć stereotyp…
– Jest wręcz odwrotnie – wychodzi nam to coraz lepiej. I bynajmniej nie jesteśmy zadufani w sobie, jak to nam zarzucają inni. Mam na myśli choćby moje własne teksty, które pokazują nas w przysłowiowym krzywym zwierciadle.
W ramach Polskiej Sceny Komediowej powstał projekt, mający na celu wskrzeszenie komedii. Do 31 sierpnia czeka Pan na teksty. Mają to być gotowe arcydzieła, czy raczej materiał, nad którym dałoby się popracować?
– Czekam nie tyle na teksty, co na autorów. Czy to powinni być ludzie z doświadczeniem? Absolutnie nie! Bo tacy są już troszkę pokrzywieni. Poza tym, szczerze mówiąc – ja zupełnie nie widzę na naszym rynku twórców, o których można by powiedzieć, że są doświadczonymi komediopisarzami. Myśmy tę umiejętność zwyczajnie zgubili. Sam projekt nie jest konkursem na sztukę w ścisłym tego słowa znaczeniu. Wyobrażam to sobie tak. Autor (mile widziani debiutanci) wysyła materiał. Jeśli 20 proc. z tego jest dobre, a ja zobaczę, że człowiek ów ma pewne predyspozycję, zapraszam go do współpracy. Resztę naprawdę da się wyćwiczyć.
Wyćwiczyć? Brzmi zaskakująco…
– Być może, ale tak właśnie jest. Zawód komediopisarza to ciężka, mozolna praca. Nigdy przecież nie jest tak, że siadamy do komputera i w jeden dzień tworzymy fantastyczny tekst. To niemożliwe! Nad tekstem siedzi się długimi miesiącami. Konstruuje się go, przekonstruowuje, ustawia odpowiedni szyk zdania, odkłada na miesiąc czy dwa i sprawdza, jak radzi sobie z próba czasu. Wszystkim nam się wydaje, że komedia to takie sobie coś – fraszka, rzecz napisana szalenie prostym, wręcz ulicznym językiem. I tu jest niestety pies pogrzebany. W języku mówionym, by wyrazić jakąś myśl, potrzebujemy pięciu zdań. W komedii tę samą myśl trzeba zmieścić w jednym zdaniu. W dodatku to zdanie musi być utrzymane w pewnym rytmie, musi coś ze sobą nieść, mieć puentę lub prowadzić w jej kierunku. Tego właśnie będziemy uczyć uczestników naszego konkursu.
Szuka Pan zatem…?
– …niegotowych talentów, ludzi z iskrą bożą, z którymi będzie można intensywnie popracować.
Co dalej?
– Gdy już znajdę odpowiednich ludzi, zaproszę ich na warsztaty z aktorami, reżyserami i krytykami teatralnymi. Paru specjalistów od komedii wyraziło żywą chęć uczestniczenia w tym procesie. Pokażemy piszącym, czym tak naprawdę jest scena. Uświadomimy, co robią nie tak.
No właśnie, jakie błędy najczęściej popełniają komediopisarze?
– Wielu młodych zapaleńców chciałoby w jednym tekście zmieścić absolutnie wszystko – popisać się erudycją, językiem itd. Tymczasem przemyślenia na wszystkie możliwe tematy zwyczajnie się na scenie nie sprawdzają. Źle się dzieje, gdy jakaś postać wypowiada kwestie na całą stronę. Komedia nie operuje takim językiem, nie znosi go wręcz. Chyba, że mamy postać charakterystyczną, która używa kwiecistej mowy… Będziemy uczyć, kiedy włączać hamulce, a dalej – jak poprawiać, jak skreślać. Umiejętność pozbycia się własnego, z mozołem płodzonego tekstu, to nie lada sztuka.
Aż tyle z tym kłopotu?
– Naturalnie. Trzeba się nastawić na ciężką pracę. Będziemy autorów literacko męczyć. Dwójka czy trójka aktorów zademonstruje, jak dany tekst wygląda ze sceny, a potem – jak mógłby wyglądać po przeróbce, już oceniony przez specjalistów. Przygotujemy zestaw zadań domowych. Autor będzie musiał napisać tekst jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze. Aż dojdziemy do takiego momentu, gdy sztuka będzie gotowa do wystawienia na scenie.

Rozm. Maciej Misiorny

Dodaj komentarz