Jaki jest dzisiaj teatr polityczny?

Ec 47 dojechał, czyli uczmy się od sąsiadów

Pytania, jakie postawili organizatorzy (m.in. Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego i Instytut Goethego w Warszawie) pierwszej edycji festiwalu teatralnego „od-cienie polityki” brzmiały poważnie: Czym jest dzisiaj polityka? Czy korupcja władzy, kolejne komisje śledcze, gry przed- i powyborcze ostatecznie jej nie kompromitują? Czy tak naprawdę polityka nie jest gdzie indziej? Co dla twórców zaangażowanego polskiego i niemieckiego teatru jest polityczne?


Pytania na miejscu, jeśli zważyć, że po okresie dąsów a nawet lekceważenia ze strony teatru panującego wobec polityki, najwyraźniej polityka wraca do łask. Także i w dramaturgii, która wystrzegała się polityki jak ognia, a teraz szuka w tym obszarze inspiracji. Co więcej, polityczne staje się bez mała wszystko – dość pokazać się na scenie nago, a już pachnie lewactwem. Publiczność coraz bardziej chętnym uchem łowi rzeczywiste lub domniemane aluzje do władzy, słowem wygląda na to, że ucieczka od polityki staje się coraz bardziej polityczna i stawia artystę w dwuznacznym położeniu.
Za czasów PRL najbardziej polityczna była klasyka, zwłaszcza polski romantyzm. Teatr stworzył wówczas specyficzny kod porozumienia z widzami, dzięki czemu mógł z nimi rozmawiać ponad głowami cenzorów. Po transformacji klasyka utraciła tę siłę, służąc głównie za teren nieposkromionych eksperymentów formalnych uwolnionych od troski by społecznej. Kiedy jednak w teatrze na nowo pojawiły się symptomy cenzury, maskowanej troska o wspólne dobro, kiedy życie polityczne coraz bardziej dziczało, nie tylko underground, off, off-off, teatr pozainstytucjonalny, ale także główny nurt nie mógł pozostać obojętny.
Najbardziej znamienna dla tej sytuacji wydaje się telewizyjna realizacja „Juliusza Cezara”. Jan Englert interpretując tragedię Szekspira jako dramat manipulacji opinią publiczną odnalazł genialny w swej prostocie klucz do opisania rzeczywistości. Oznaki tej dostrzegł manipulacji nawet w architekturze, wybierając na Koloseum  wznoszony przy ul. Woronicza okrąglak Telewizji Publicznej, nawiązujący swoją monumentalnością do sławnej rzymskiej budowli. Forum rzymskie przeniósł do pubów, gdzie bywalcy śledzą wydarzenia relacjonowane za pośrednictwem telewizji, jak podczas posiedzeń parlamentu czy komisji śledczych… Dzięki tym zabiegom (nie zmieniwszy ani jednego zdania Szekspirowi, ale doskonale stosując ołówek reżyserski), stworzył Englert przekonujący, do bólu aktualny traktat polityczny o mechanizmie panowania nad maluczkimi za pomocą mass mediów, a jednocześnie ukazał galerię cynicznych graczy politycznych, wykorzystujących media do swoich celów.
Tuż przed rozpoczęciem festiwalu warszawskiego – jako swoiste preludium – zobaczyliśmy importowany ze Słowacji spektakl „Hypermarket” (na deskach Teatru Narodowego), a w TR Warszawa „Weź, przestań” Jana Klaty. Każdy inny, „Hypermarket” utrzymany w konwencji dramatu rodzinnego w czasach neokapitalizmu, spektakl Klaty przypominający zbiór blackoutów, które składają się na obraz polskiego społeczeństwa na rozdrożu ustrojowym. Oba spektakle jednak odnoszą się wprost do rzeczywistości za oknem, są jej komentarzem, a zarazem stawiają pytania, co z tą rzeczywistością począć. A więc pytania na wskroś polityczne. Spektakle te (i wcześniej wspomniany „Juliusz Cezar”) to ostatnie przykłady coraz częściej obecnych na afiszu w teatrze panującym (do nich wszakże zaliczam TR Warszawa, mimo że dość blisko przestaje z offem) spektakli politycznych, czy ostrożniej mówiąc, spektakli politycznie angażujących (jak proponuje przewrotnie Paweł Mościcki nazywać teatry dawniej określane mianem zaangażowanych, tj. propagandowych). Wszystko to potwierdza trafność intuicji „paskudnych” inspiratorów nowego festiwalu warszawskiego, z wielu powodów nieprzyjemnego dla polityków, osobliwie sprawujących władzę. I choć to nie był festiwal, który zelektryzował Warszawę, ale przecież nie o to chodziło. Zresztą ze spektaklu na spektakl widowni przybywało, a dostać na przedstawienia Komuny Otwock czy berlińskiego Teatru RambaZamba było nie lada sztuką.
Autor pomysłu, Łukasz Chotkowski, student Wydziału Wiedzy o Teatrze i kurator projektu, powiedział niedawno w dyskusji opublikowanej na łamach „Dialogu”: „nie twierdzę, że teatr powinien być publicystyczny, ale nie może uciekać od chwili obecnej”. Warszawskim festiwalem Chotkowski zamierzał dowieść, że teatr polityczny nie tylko istnieje, ale bujnie rozkwita. Podczas przeglądu zaprezentowano nie tylko spektakle, ale i projekcje filmów, warsztaty i dyskusje, choć teatr stanowił punkt główny ciężkości. Wśród spektakli zobaczyliśmy m.in.: "Wałęsę" z Teatru Wybrzeże, "Dead Cat Bounce" Chris Kondek z Berlina, "Przyszłość świata" Komuny Otwock, „Mongopolis. Fisch oder Ente" [Mongopolis. Ryba albo Kaczka] Teatru RambaZamba z Berlina. Były to więc spektakle (wyjąwszy „Wałęsę” z Teatru Wybrzeże) z nurtu teatru offowego, w dodatku oparte na scenariuszach bliskich formule docu-drama. Trudno wobec nich stosować kryteria teatru dramatycznego. Były to raczej zdarzenia parateatralne, których głównym założeniem było wyzwolenie aktywności widza, jego współdziałania, a nawet współudziału w akcji scenicznej.
Najwyraźniej miało to miejsce w otwierającym spotkania spektaklu dokumentalnym „Standbild. Kadr” wedle pomyslu Stefanie Lorey i Bjoern Auftrag. A pomysł jest piekielnie prosty: oto na scenę wchodzą (od kulis) przedstawiciele widzów, jest ich ponad 40. Każdy niesie inną lampę, symboliczny znak rozpoznawczy (może wewnętrznego światła?), staje przed mikrofonem i ma do dyspozycji 60 sekund, aby przekazać widzom jakąś myśl. Jak wykorzysta ten czas, to jego wybór. Towarzystwo jest międzynarodowe i wielojęzyczne. Dominuje polski, ale są także języki skandynawskie, niemiecki, francuski, angielski. Niektórzy (na szczęście nieliczni) milczą, obierają tę formę wypowiedzi jako najbardziej znaczącą („milczenie jest złotem”), ktoś odmawia pacierz, ktoś odgrywa scenkę jako domniemana laureatka nagrody filmowej za rolę drugoplanową, ktoś opowiada anegdotę. Wielu zastanawia się bezwstydnie, jak wykorzystać swój czas i zanim się zdecydują, moderatorka zwierzeń brutalnie im przerywa, wyłączając mikrofon. Jednym brakuje czasu. Inni wzdychają z ulgą, kiedy dochodzą do ostatniej sekundy. Są i tacy, którzy wygłaszają płomienne manifesty i filipiki w obronie demokracji, środowiska, tolerancji. Przyszli obrońcy Galerii LeMadame, głośno dopominają się o poszanowanie praw człowieka, o prawo do odmienności poglądów i wyborów. Zbierają największe brawa. Chłopak opowiada o szykanach, jakie go dotknęły, kiedy próbował rozlepiać plakaty. Dziewczyna o tym, że Warszawa to miasto dla pomników, nie dla ludzi. Na scenie i na widowni trwa mądrą lekcja demokracji.
Mniej porywająco, ale pouczająca przebiega następna lekcja niemiecka, „Dead Cat Bounce” Chrisa Kondeka. To zabawa w giełdę – pieniądze z biletów zostają „zainwestowane” na giełdzie. Aktorzy podejmują grę w imieniu widzów, inwestują, transferują, wykupują i sprzedają akcje, aby osiągnąć 1-procentowy zysk. Ich usiłowania, a nawet bezpośrednia rozmowa z urzędniczką Wall Street, przeplatane wypowiedziami wielkich maklerów i biznesmenów, kończą się żałośnie. Widownia traci cześć pieniędzy, a giełda ujawnia cały swój idiotyzm. Serce kapitalizmu bije się w przypadkowym rytmie.
Najmocniej wybrzmiewa lekcja pożegnalna, na zwieńczenie festiwalu, czyli „Mongopolis. Ryba albo Kaczka” Teatru RambaZamba, skupiającego twórców z upośledzeniami umysłowymi i aktorów pełnosprawnych. Razem tworzą poruszający spektakl o tolerancji i prawie każdego człowieka do szczęścia. Aktorzy dotknięci chorobą Downa ukazują dzieje prowadzonej w tytułowym Mongopolis hodowli ludzi doskonałych, eliminowania „złych” genów i zaprzedania dusz za cenę nieśmiertelności. Nawiązanie do odwiecznych mitów, tęsknota za ideałem wiecznego i nieskazitelnego człowieka zostają ukazane jako idea niszcząca podstawy człowieczeństwa, a wszystko w konwencji feerycznej rewii, bajki, okrutnej i pouczającej zabawy. Sukces aktorów z zaburzeniami genetycznymi jest wielki – przekraczają w tym spektaklu granice swoich możliwości, otwierają swoje serce. Chwil, kiedy wyrażają tęsknotę do swych matek, a ich twarze pojawiają się na ekranach na wielkim zbliżeniu, nie sposób wymazać z pamięci. Mądre, pełne powagi przedstawienie.
Prezentacjom spektakli niemieckich dorównywało przedstawienie Komuny Otwock, „Przyszłość świata”, komedia na motywach terrorystycznych, nawiązująca do osławionej niemieckiej grupy terrorystycznej Baader-Meinhoff, Rote Arme Fraktion. Część pierwsza spektaklu to opowieść o grupie przed jej unicestwieniem, część druga to obraz pokolenia dzieci Baadera (obojniaka syjamskiego), które też wkraczają na ścieżkę terroru, odrzucając wskazania ojca. Dzieci-alterglobaliści początkowo ulegają sugestiom ojca, który objawia się im w wizjach i doradza, aby zabić Busha i podobnych mu polityków w imię sprawiedliwości, ale na koniec obierają własną drogę anarchii. Tak czy owak okazuje się, że nie zmienia się świat pełen przemocy, poniżenia i wzgardy na dla bezsilnych. Grzegorz Laszuk znalazł dla tej opowieści zdyscyplinowaną formę, łączącą elementy sztuki wideo z hip-hopem i działaniami plastycznymi, łagodzącą ostrość społeczną i niepohamowaną brutalność (słowną) spektaklu. To zresztą jego najsłabsza strona, tekst ocierający się o rynsztok. Zwykle jednak jest tak, że im więcej wulgaryzmów, tym ich słabszy efekt – w rezultacie degradują się do roli przecinka, a nie to przecież chodziło. Ale i tak „Przyszłość świata” czyni wrażenie jako nieskrępowana niczym krytyka szaleństwa polityków, eksperymentujących na żywym ciele społecznym. Komuna Otwock apeluje do działania w pewien dwuznaczny jednak sposób – najwyraźniej w duchu odpowiedzi Bohatera z Różewiczowskiej „Kartoteki” na pytania Dziennikarza (czy wie, ze od niego zależy przyszłość świata…). Ale jeśli na to przedstawienia trafi polityk, nie będzie siedział wygodnie
„Ec 47” to było ważne doświadczenie. Zobaczyliśmy teatr alternatywny przede wszystkim, głównie postdramatyczny, widowiska oparte na scenariuszach, oddalone od tzw. wielkiej literatury. Ale odległość między tym teatrem a spektaklami z głównego nurtu nie jest tak wielka, jak się wydaje. W teatrze panującym i w programie tego festiwalu mogłaby na przykład znaleźć się sztuka kuratora Chotkowskiego, „Niestąd”, drukowana w tegorocznym w marcowym „Dialogu”. Toż to jawny sztubacko-studencko-zadziorny żart z objawami szyderstwa w stylu Alfreda Jarre’a kierowanego pod adresem establishmentu, sytego i zadowolonego z siebie. Chotkowski w ten sposób usiłuje prowokować, wyczekując na odrodzenie teatru politycznego. To taki, jak sugeruje „Dialog”, „wywalony jęzor”, choć tytuł i problem postawiony wcale nie jest śmieszny. Od dawien dawna ludzie obcy, czyli niestąd, byli narażeni na ostracyzm, odrzucenie, a nawet unicestwienie. Chotkowski przegania te zmory czarno-ekstremalnym humorem, a swoim festiwalem trafia w zapach czasu. To przecież politycy wmówili nam, że polityka jest paskudna. W teatrze może być tematem ożywczym, zwłaszcza w czasach, kiedy uprawianie polityki stało się zajęciem podejrzanym.

Tomasz Miłkowski

Tekst opublikowany w "Przeglądzie", nr 21/2006

Dodaj komentarz