Przerwa, szatnia, bufet…

Roman Pawłowski („Gazeta Wyborcza”) upomniał Anetę Kyzioł z „Polityki”, że brak jej w teatrze antraktów. A to najwyraźniej pachnie tęsknotą za anachronicznym modelem teatru.

    Pawlowski przypomina, że teatr już w końcu XIX w. przestał być salonem i że jedyna jego szansa, jeśli czym prędzej opuści budynki teatralne. Aneta Kyzioł poradzi sobie sama (a więc jej nie wyręczam), ale przy okazji Pawłowski napomyka: „Od czasu, kiedy „Trybuna” ogłosiła, że bez szatni nie ma dobrego teatru, nie spotkałem się z równie anachronicznym myśleniem”. I tu w jednym zdaniu Pawłowski wiele razy mija się z prawdą:
Po pierwsze, „Trybuna” nic nie ogłaszała we  wspomnianej sprawie,
Po drugie, to nie „Trybuna”, ale ja pisałem m.in. o szatni w felietonie „Barak na Mokotowskiej”, opublikowanym w "Trybunie" w dniu 28 listopada 1997,
Po trzecie, ani słowa w tym tekście sugestii, że „bez szatni nie ma dobrego teatru”,
Po czwarte, mowa w tym felietonie, iż o wielkości teatru nie świadczą ani pomieszczenia, ani fotele i inne wygody,
Po piąte, nawiązanie do szatni było nawiązaniem do  dramatu Norwida  „Za kulisami”, w ktorym poeta o teatralnej szatni i bufecie pisze, jak podkreśliłem, „ironicznie”.
     Aby nie poprzestać na gołosłownych zapewnieniach,  przypominam w całości felieton „Barak na Mokotowskiej”, w którym nie zmieniłem nawet przecinka.

Tomasz Miłkowski

PS.

TRZECI DZWONEK

Barak na Mokotowskiej

Wisława Szymborska w jednym ze swych wierszy (Wrażenia z teatru) pisała, że Najważniejszy w tragedii jest dla mnie akt szósty:/ zmartwychwstanie z pobojowisk sceny,/ poprawianie peruk, szatek,/ wyrywanie noża z piersi…
Norwid, także ironicznie, w dylogii dramatycznej "Za kulisami" wskazywał na dwie próby, jakie tragedia, przechodzi, a mianowicie: bufetu i szatni. Jeden z bohaterów dramatu, przedsiębiorca teatralny Glüchschnell twierdził, iż prawdziwa tragedia daje bodźca trawieniu, przeto w antrakcie daje się odczuć niejaki ścisk wokół bufetów. Na zamknięcie widowiska waga kniei przenosi się do szatni. I rzeczywiście, sposób odbierania okryć, zdawkowe lub mniej zdawkowe uwagi, powaga, śmiech lub znaczące milczenie uwiarygodniają lub dezawuują oklaski.
Szatnia może też stwarzać uciążliwy ciąg dalszy widowiska, osobliwie wówczas gdy wydawanie okryć przebiega niezbyt sprawnie. Wzorem do naśladowania w tym względzie zawsze była dla mnie szatnia Współczesnego. W tym ciasnym, niewygodnym teatrze, dzięki organizacji wydawania palt, nikt nie odczuwa dyskomfortu przy wychodzeniu. Dzieje się to szybko i niemal od niechcenia. Niby rzecz bez znaczenia, powie niejeden. Ale i w szatni przegląda się organizm teatru. To nie znaczy, że "Współczesnemu" nie było za ciasno w skromnych pomieszczeniach przy Mokotowskiej. Nie tylko w sensie dosłownym, ale i przenośnym. Było mu za ciasno w ograniczanym repertuarze, toteż granice swobody poszerzał, kiedy wprowadzał na deski sceniczne Becketta czy nowe sztuki Mrożka. Ale i dosłownie za ciasno, bo poszukiwał kilkakroć sposobu na bogatszą ofertę dla widza.
Wyrazem tych tęsknot, zresztą niezwykle trafnie spełnionych, była druga Mała Scena Współczesnego przy ul. Czackiego. I tutaj warunki były zgrzebne, widownia przypomniała bardziej świetlicę niż teatr, ale przedstawienia grano świetne. Publiczność głosowała nogami – większość produkcji Małego Współczesnego (1964-72) szła przy kompletach ponad sto razy, począwszy od premiery otwarcia, "Hipnozy" Cwojdzińskiego z Zofią Mrozowską i Kazimierzem Rudzkim, którą grano 161 razy. Rekord popularności pobiła sztuka Aleksandra Ścibora-Rylskiego "Rodeo" (w reżyserii Tadeusza Łomnickiego), która zagrano 245 razy! W 1972 roku jednak scena poszła do remontu i już do "Współczesnego" nie wróciła.
Na następną szansę sceny kameralnej czekano długo. Tym razem był to krótkotrwały alians z "Małym". Poza jednym spektaklem ("Najlepsi z przyjaciół") nie udało się tym razem trafić w formułę sceny, z założenia bardzo bliskiej widzowi – i tematyką, i sposobem inscenizacji. Romans z "Małym" nie rozwinął się. Ale uparty "Współczesny" wymyślił "dwa w jednym", powołując scenę "19.15", scenę jedynie mentalną, bo spektakle odbywały się w tym samym pomieszczeniu, ale odznaczały się tzw. lżejszym kalibrem.
Pod koniec ubiegłego sezonu "Współczesny" znowu ma scenę drugą, nazwaną "W baraku", bo rzeczywiście w baraku urządzoną, nieopodal głównego budynku teatru. Otwarcie tej sceny uważam za najważniejsze wydarzenie teatralne poprzedniego sezonu. To nie tylko powrót do tradycji "Współczesnego", ale i wyraz potrzeby tworzenia scen nietypowych, kameralnych, w których więź sceny i widowni nie wymaga lornetki. Na premierę otwarcia wybrano "Tango" Sławomira Mrożka, nawiązując do legendarnego spektaklu sprzed lat na scenie głównej. Znakomita obsada, brawurowe role Marty Lipińskiej (Eleonora), Zbigniewa Zapasiewicza (Stomil) i Krzysztofa Kowalewskiego (Edka), wysmakowane portrety starszych państwa (Danuta Szaflarska i Wiesław Michnikowski) i dotrzymujący mistrzom kroku Piotr Adamczyk (Artur) i Ewa Gawryluk (Ala), wszystko to przypomniało stare, dobre czasy polskiego teatru.

Tomasz Miłkowski

Tekst opublikowany w „Trybunie” 28 listopada 1997 roku

Dodaj komentarz