Weź, przestań w TR

Klata po warszawsku

Po ubiegłorocznym przeglądzie przedstawień importowanych z kraju do Warszawy Jan Klata zadebiutował wreszcie jako reżyser w stolicy. I jest to debiut, od razu to zdradźmy, udany, kto wie, czy nie najlepsza jego rzecz teatralna. Bo też i w przeciwieństwie do poprzednich swych prac Klata wziął na warsztat swój własny tekst, zamiast patroszyć dzieła sławnych a starszych kolegów (Szekspir, Gogol, Witkacy itp.). Wprawa w dekonstrukcji tekstów nie poszła w las, pierwotny tekst utworu uległ daleko idącym zmianom z korzyścią dla ostatecznego wyniku.
„Weź, przestań” to spektakl demonstracyjnie warszawski. Akcja toczy się w stołecznym przejściu podziemnym, w miejscu, jak zaznacza autor, „uświęconym krwią Polaków”. Warszawski widz bez trudu rozpozna odtworzone na scenie Teatru Rozmaitości niewyszukane piękno klaustrofobicznego podziemia w okolicach Dworca Centralnego, z marmurowymi taflami wykładziny, monotonnym oświetleniem przybrudzonych jarzeniówek i odstręczającymi stoiskami kupców, handlujących sznurowadłami, mydłem i powidłem. W tej zamkniętej przestrzeni umieszcza autor „dzikich”, badanych z niejakim zaciekawieniem przez nowych etnologów, wyawansowanych japiszonów. Zderza dwa światy, panów i chamów, co od czasów romantyzmu („Z Szlachtą polską polski Lud” itd.), poprzez modernizm („Miałeś, chamie, złoty róg”) do naszych dni przyglądają się sobie („Wyście sobie, a my sobie. Każden sobie rzepkę skrobie”), okazując obojętność albo i wrogość.
Klata, choć nie pisze typowej komedii, to przecież ustawia ostre komediowe lustro rzeczywistości, montując w przejściu podziemnym ruchome laboratorium. Z jednej strony ukazuje odtrąconych, pokaleczonych, wyrzuconych na margines społeczny przez zwycięski pochód neokapitalizmu, z drugiej strony beneficjentów, zwycięzców, którzy wszelako nie wyglądają na ludzi sukcesu, przeżywając tzw. „doły psychiczne”. Jest więc grupa bezdomnych (Janusz Chabior jako Przyruch) i meneli, handlarka (wyrazista Maria Maj), samozwańcza stacja badania raka za pośrednictwem psa (Agnieszka Podsiadlik), pokątny zapiewajło (Lech Łotocki jak wyjęty z Idola) o niewyszukanym poczuciu humoru (pod jego przewodem podziemna zgraja ryczy pod melodię „Gauntanamery”: „Nie ma lepszego, od Jana Pawła drugiego…”) i wizytujący podziemia: japiszony, rozdygotany przedstawiciel dobrze prosperującego świata przestępczego (Andrzej Konopka), grupa harcerzy składająca kwiaty pod tablicą oraz turyści i przechodnie. Postacią centralną jest Agent ochrony 0,000007 choćby dlatego, że to on właśnie co pewien czas usiłuje wprowadzić do tego zgniłego i powykręcanego świta trochę porządku, to on zdobywa się na tytułowy protest „Weź, przestań…”, protest tyleż tragiczny, co żałosny, tak czy owak nieskuteczny. Rafał Maćkowiak w tej roli tworzy nieco liryczną, pełną autentyzmu postać zagubionego, chorego na serce chłopaka, który usiłuje odnaleźć swój skraweczek szczęścia wbrew swemu popranemu życiu, zawierzając swe myśli fotografii papieża..
Diagnoza jest oczywista: badania terenowe w podziemiu dowodzą całkowitej nieprzystawalności świata panów i chamów. Klata nie otwiera żadnych nieznanych drzwi, dość, że trafnie przedstawia stan umysłów, chwyta w lot polskie mówienie anno 2006 (np. przecudny zwrot: „Co się tak pytasz? Monika Olejnik jesteś?”) Teatr nie jest od „rozwiązywania problemów”, czym tak chętnie (w deklaracjach) łakną zajmować się politycy spod wielu znaków. „Weź, przestań” powinno ich zachęcić: „Weźcie, zacznijcie”! Od czego zacząć, radzi w teatralnym programie Sławomir Sierakowski („powinniśmy myśleć o tym, jak te warunki zmienić”), który dramat Klaty potraktował nie bez racji  niczym współczesne wariacje na motywach „Tez o Feuerbachu” („Filozofowie rozmaicie tylko interpretowali świat; idzie jednak o to, aby go zmienić”).

Tomasz Miłkowski

Jan Klata, „Weź przestań”, reżyseria i oprac. Muz. Jan Klata, scenografia i światło Justyna Łagowska, kostiumy Mirek Kaczmarek, choreografia Maćko Prusak, TR Warszawa, premiera 21 kwietnia

Dodaj komentarz