Tartuffe w Narodowym

Doryna naprawia świat
Triumfalny polski marsz arcykomedii Moliera w nowym tysiącleciu rozpoczął swoim spektaklem w Teatrze TV Andrzej Seweryn (2003), teraz zaś w nowym, znakomitym tłumaczeniu Jerzego Radziwiłowicza aktualności „Tartuffe’a” dowodzi na scenie Teatru Narodowego wybitny reżyser francuski, Jacques Lassalle, a za chwilę czeka nas jeszcze premiera „Tartuffe’a” w Starym.

To dość, aby zauważyć, jak znowu żywych barw nabrała ta sztuka Moliera skierowana przeciw.. no, właśnie, komu, czemu? Nad tym biedzą się interpretatorzy, ale nie biedzi się publiczność odkrywająca piekącą aktualność obserwacji Moliera. Zresztą Lasalle niczego nie ułatwia, nie „aktualizuje” na tani sposób Moliera, niczego mu nie dopisuje, nie przebiera aktorów w dzisiejsze ubranka ani nie każe im oglądać telenowel. A mimo to, a może właśnie dlatego, ten z pozoru akademicki spektakl, jest zarazem tak nowoczesny i tak świetnie rymuje się ze współczesnością. Swoje podejście do zagadnienia aktualizacji objaśnia Lasalle jasno w teatralnym programie: „tekst zwany klasycznym – pisze reżyser – może zyskać aktualność i uniwersalny wymiar w naszych oczach, o ile zostanie poddany próbie rzeczywistości, w której powstał, jak i rzeczywistości tu i teraz”. Jak napisał, tak i uczynił. Aktorzy wystąpili w kostiumach z epoki Króla Słońce, monumentalna (ale zarazem bardzo funkcjonalna) scenografia Doroty Kołodyńskiej przywodziła na myśl mroczne malarstwo holenderskie, prześwietlane od czasu do czasu smugami światła z zewnątrz, a wewnątrz trwała walka o wyzwolenia człowieka spod narzuconej mu dominacji drugiego człowieka (organizacji, państwa, ideologii). Ale mimo to, ten „Tartuffe” to bardzo polski i współczesny Molier, nie tylko za sprawą jędrnego, doskonale zrytmizowanego przekładu, który współbuduje tempo spektaklu, ale także licznym zakotwiczeniom w naszej rzeczywistości. Kiedy pani Parnelle (z farsową, ale groźną siłą zagrana przez Annę Chodakowską) okłada służącą różańcem, przypomina Annę Austriaczkę z granej właśnie na małej scenie Narodowego „Władzy” Nicka Deara, nabożną bohaterkę bajki Ignacego Krasickiego, ale i dzisiejszą orędowniczkę zwycięskiego pochodu moherowych beretów. Takich luster w tym spektaklu, odsłaniającym kulisy manipulacji, obłudy, podstępu i zaślepienia, jest bardzo wiele.
Dom Orgona nie jest przyjazny, obowiązuje tu rozdwojony język, wszechobecny podsłuch i tajemne zmowy. Podglądanie z ukrycia, aby zyskać przewagę w walce z przeciwnikiem, jest obowiązującą zasadą postępowania – nie przypadkiem kluczowa scena komedii to podpatrywanie spod stołu sceny miłosnej między Elwirą (Danuta Stenka) i Tartuffe’em (Wojciech Malajkat). Zanim to nastąpi, widz wielokrotnie zauważa podsłuchujących służących, ukryte w labiryncie domostwa dzieci Orgona, czujnie sprawdzającego, czy nie jest podpatrywany. Skryta kontrola czyha na każdym kroku. W takiej atmosferze wzajemnej podejrzliwości nie żyje się przyjemnie. Już początek spektaklu, przybywająca z niespodziewaną wizytą pani Parnelle, z niesmakiem podglądająca beztroską zabawę, której tylko odgłosy poznaje publiczność, a potem wygłaszająca tyradę przeciw rozpuście, nie wróży niczego dobrego. Do władzy dochodzą fanatyczni moraliści, prawdziwi (pani Parnelle, Orgon) i udawani (Tartuffe). Rewolucja moralna (skąd my to znamy?), program naprawy występku zawsze zapowiada zły czas. W spektaklu Lasalle’a fanatycy jednak ponoszą klęskę. A to z powodu… Doryny, która staje na czele ruchu oporu. Zawsze uważano, że „Tartuffe” to przede wszystkim zderzenie hipokryzji i fanatyzmu z roztropnością i uczciwością, z jednej strony Orgon, jego matka i Tartuffe, z drugiej Kleant i reszta rodziny. Tymczasem u Lasalle’a przywódczynią walki z obłudą jest pokojówka Doryna. Zwykle grana bywała jako sprytna subretka, wścibska i nachalna służąca, ale w tym spektaklu Beata Ścibakówna nadaje jej rysy zastępczej matki. Dzięki wyrazistej charakterystyczności, postarzeniu postaci, obdarzeniu jej bagażem życiowego doświadczenia, Doryna staje się rzeczniczką zdrowego rozsądku, doradczynią i znawczynią ludzkich charakterów. To przede wszystkim  ona stawia Orgona w niezręcznych sytuacjach. To ona tak naprawdę naprawia świat, a nie oświecony władca absolutny, który wkraczając pod koniec sztuki przez swego posłańca na scenę, odbiera bohaterom resztkę nadziei. Cóż z tego, że jest prawy i nagradza cnotę. A jeśli się kiedyś pomyli? Rozumie to przezwyciężywszy własne zaślepienie Orgon – toteż jego wezwanie na koniec sztuki, by oddać na kolanach wdzięczność władcy, Jerzy Radziwiłowicz przesyca goryczą. To nie jest wcale szczęśliwe zakończenie. To wyznanie życiowego rozbitka.
„Tartuffe” w Narodowym to spektakl mocny sensem i wykonaniem, nie ma tu ról drugorzędnych, nawet nieme postaci Laurentego, służącego Tartuffe’a (Bartłomiej Bobrowski) i Filipki, służącej pani Parnelle (Izabela Gwizdak) to figury przestrogi – oto na naszych oczach rodzą się następcy szalbierza, może jeszcze groźniejsi, tak jak groźny i oślizły jest komornik Godzic (Henryk Talar). Świat pewnie byłby lepszy, gdyby się układał wedle prostej formuły Doryny: „Jak sam kto mierzy, tak jemu odmierzą”.

Tomasz Miłkowski

Molière, „Tartuffe albo Szalbierz”, tłum. Jerzy Radzwiłowicz, reżyseria Jacques Lassalle, współpraca reżyserska Edward Wojtaszek, scenografia Dorota Kołodyńska, muzyka Jacek Ostaszewski, światło Mirosław Poznański, Teatr Narodowy, premiera 25 marca 2006 r.

Dodaj komentarz