Małe zbrodnie małżeńskie


Na pozór błaha – na tle innych utworów tego autora – sztuka Erica Emmanuela Schmitta. W warszawskim Ateneum, choć nadal grana, przeszła bez echa (spektakl wystygły, o obumarłych uczuciach), we Wrocławiu z Scheybalami (podobno gorętszy), ten z Białegostoku w reż. Ewy Marcinkówny z Gabrielą Kownacką i Piotrem Dąbrowskim o uczuciach gorących. Bo choć bohaterowie to małżonkowie od 15 lat, nadal w nich wrze i to nie ze znudzenia, znużenia, rutyny, ale z miłości gotowi są popełniać „małe zbrodnie”. On – pisarz kryminalny, ona – malarka niedzielna wracają ze szpitala, w którym on autor „Małych zbrodni…” po wypadku cierpiał na amnezję. Teraz mają okazję poznawać się od początku, w każdym razie on wydaje się zdezorientowany, pełen pytań i obaw o przeszłość, zanim wyjdzie na jaw, ze to jedynie gra, bo tak naprawdę chodzi o uczucia, o test uczuć. Zagadka kryminalna czai się w tle, bo ktoś tu chciał kogoś zabić, ona ją czy ona jego, to się okazuje wkrótce, ale istota polega na tym, czy chcą to dalej ciągnąć. Pełen subtelnych meandrów i podtekstowej gry tekst mocno puentowany przez Kownacką, delikatniej przez Dąbrowskiego, ale razem drapieżny, choć z liryczną pianką. Prowadzona w dobrym rytmie, nie przesadnie śmieszna, ale z przymieszką komizmu. Niełatwo przecież odkryć, jak się kochają, zachowując osobność. Nic dziwnego, że spektakl był ozdobą przeglądu „Małe sztuki z wielkimi aktorami”, który jak co roku przyrządził Bogdan Augutyniak w warszawskim Teatrze Na Woli.
Podobno wkrótce Janda robi ten sam tekst z Fryczem. Może lać się krew, zobaczymy.

Wasz Yorick

PS. A tymczasem polecam w tym numerze smakowity szkic profesora Henryka Jurkowskiego o cenzurze, sporo tekstów o dramaturgii (Pinter, Różewicz, najmłodsi – Pokolenie LeMadame), wysyp recenzji, dramaty Marzenny Dembińskiej i Jana Kurowickiego, a na koniec rozmowy Justyny Hofman-Wiśniewskiej z Joanną Żółkowską i Sylwestrem Woronowiczem.

Dodaj komentarz