Różewicz wewnątrz słów

Kim jest Tadeusz Różewicz?
WEWNĄTRZ SŁÓW
Ja wybierając klatkę, wybrałem wolność…wolność niczym już nie ograniczoną…ani tradycją, ani autorytetem, ani…(…)wykorzystałem… w sposób najlepszy moją wolność wyboru… wybrałem klatkę i dzięki temu jestem wolny w klatce… moja wolność jest prawdziwsza od wolności moich strażników… Tadeusz Różewicz „Odejście Głodomora”.

Tak, przyznaję się. Jako autorka tego szkicu kradnę, jak i autorzy wszelkich opracowań, część ego Tadeusza Różewicza. To nieuchronne. Czy poeta wpisał tego rodzaju straty w rachunek swego życia? W cenę? Chyba tak, chociaż – jak sądzę – irytuje go to, zaskakuje, niekiedy rozbawia, zawsze trochę boli. Przydawanie, przyklejanie mu spraw, o których nie myślał, ktorych nie czuł, które go nie interesowały, słowem przyprawianie gęby nie może być obojętne. To zawsze jest jakimś budowaniem artysty poza nim samym. Tworzeniem wizerunku nie istniejącego. …czy Pan przywiązuje / wagę do tego  co o Panu piszą i mówią (…) on o mnie mówi / że ja jestem nie ja / on mi ukradł / mnie („Poemat autystyczny”). „Poemat autystyczny” = poeta osobny?  Chyba tak. A człowiek ? Cóż, człowieka, takiego do odczytania, łatwego, uchwytnego tu nie ma. Dość hermetycznie ukryty za zasłoną wierszy, prozy, dramatów, ba – teatru całego, głębokiej refleksji…. Jest znowu poeta, pisarz, dramaturg. Być może, to co piszą o nim, co o nim jako o artyście mówią ma i dla niego pewną wagę, ale to jest „osobne”, bo to nie on. Wszyscy kradną mu jego „ja” i robią z niego kogoś, kim nie jest. To los każdego twórcy. Potem, gdy znajdzie się już na drugim brzegu będą tworzyć jego biografię, będą znowu – z pietyzmem, złośliwością, zachwytem czy obiektywizmem – budować jego życie bez niego, poza nim i wbrew niemu. Najciekawsze – a może i dla bohatera tych przeobrażeń i portretów – najzabawniejsze jest ironiczne obserwowanie tego tak mu obcego świata. Chociaż… Autyzm to obcość, to własny, hermetyczny świat i zamknięte życie, klatka, lęk. Różewicz widzi w tym jeszcze jeden aspekt: wybór.

Istnienie w słowach
Jaki jest więc Różewicz stworzony przez „Poemat autystyczny”, „Niepokój”, „Płaskorzeźbę”, „Wspomnienie ze snu”, „Kartotekę”, „Starą kobietę”, „Do piachu”, „Białe małżeństwo”, „Śmiesznego staruszka”? A “Et in Arcadia ego”? “Appendix”, gdzie mówi: Śpiew to istnienie / ponieważ patrzył / w sprawy wieczne / porzucił żonę i córkę a ta córka potem jako 70-letnia staruszka / zadaje sobie śmierć / anty-estetyczną (…) dusi się gazami spalinowymi / jakby w ostatnim jeszcze geście / anty-Rilkowska (…) zadaje sobie śmierć / odpychającą okrutną obrzydliwą / Grób w Raron (…) został zrujnowany / kości Poety wyrzucono / na śmietnik (…) Różo, o czysta sprzeczności, rozkoszy / Nie jesteś niczyim snem pod tylu / Powiekami ? A Duszyczkę, która weszła w moje życie / wyszła? Ale przedtem był pogrzeb, wyprowadzenie zwłok, jeszcze wcześniej śmierć. …więc to tak – stwierdza  poeta – tu chodzi o ciebie / zwłoki to ty / z czego zwłóczy się ciało / z niczego z duszyczki… Z czego zwłóczy się ciało – to piękne. Ale poeta zaraz tę chwilę refleksji, zadumy i piękna przełamuje ironiczno – zabawnym stwierdzeniem, że z niczego / z duszyczki. Cały sztafaż pogrzebowy staje się czymś mało ważnym, ot, reporterskim stwierdzeniem faktu, że jak jest śmierć, to potem jest pogrzeb, trumna, katafalk i ciało zwłóczone z duszyczki, która została albo tylko przyzostała tu, na ziemi, wśród tych, którzy to ciało pożegnali. Ciało pozostawiło duszę. To już coś.
Poeta, pisarz, twórca to ktoś, kto nieustannie powstaje i staje się, bo ciągle pisze: choćby nowe wiersze. Różewicz jest więc, jakby w stadium, czasie, okresie, życiu ciągłego twórczego stawania się. A więc młodości. Bo tylko młodość nieustannie i nieuchronnie zmierza ku dojrzałości. Człowiek ją osiąga, nazbyt szybko i nazbyt powierzchownie, naskórkowo jakby. Poeta stale się staje. Tworzą go wiersze, dzieła już napisane i te, które właśnie pisze, także te, które dopiero napisze. W tym  sensie poeta, artysta jest zawsze młody, niedojrzały. Prezentuje się tylko w dziele i poprzez dzieło. Poza nim – nie istnieje.
przypomnij sobie / jak się jest poetą / jak się bywa poetą / przypomnij / kiedy byłem ostatni raz poetą? (…) to jest tak / i jeszcze tak: / staję się poetą / kiedy odkładam pióro ( …) i dopisuję słowa… Po co interpretować ? Wystarczy czytać. Czytać, co jest napisane. I to, co wypełnia przestrzeń „między”. Ale i „pod”. Często słowo u Różewicza jest tylko naskórkiem myśli, jej zarysem bądź sygnałem. Czytać i komentować, cząstkowo, jednostronnie, po swojemu, bo każdy ma do tego prawo. A Różewicz tworząc tak otwarte struktury swoich wierszy czy dramatów jakby tym bardziej nam to prawo przyznaje i wręcz do tego zachęca.
Po końcu świata / po śmierci / znalazłem się w środku życia. Jeżeli ciało zwłóczyło się z duszyczki a dusza tu przyzostała, to można utknąć po śmierci w środku życia. Nawet po końcu świata, który już był ? Oczywiście – tu pole do interpretacji i komentarzy jest bardzo szerokie. Końców świata była już chyba wiele. Śmierci też było wiele. A Poeta pozostał w środku życia.
Motyw śmierci pojawia się w utworach Różewicza w przeróżnych konfiguracjach, jest jakby wpisany – bardziej lub mniej jawnie – w tę poezję i tę dramaturgię. Nie tylko jako rzecz nieuchronna, ale także jako coś niezwykle statycznego, nieruchomego. Tym ruchliwsze staje się to wszystko, co dookoła. W świetle lamp filujących / świat wyglądał inaczej / twarze żywych umarłych / i śpiących / twarze odwrócone(…) w świetle lamp kopcących / człowiek był zadomowiony / mocniej w radości / głębiej w trosce / cienie rozchwiane / odchodziły wracały rosły / słowa były cieplejsze / nieśmiałe / dom kołysał się / odpływał z trumną i kołyską / w świetle lamp filujących / nieskończoność była skończona (…) o tych lampach / prawie wszystko wiedział / poeta z Drohobycza / „prawie” / bo wszystkiego / nikt nie wie / ani o swoich narodzinach / ani o śmierci. Nikt nie wie. Nawet Poeta. Nawet wtedy, gdy osnuwa ową tajemnicę narodzin, życia i śmierci pajęczyną słów.

Różewicza wieża Babel
Języki poetyckie pomieszały się od dawna. Ale w bogatej twórczości literackiej Tadeusza Różewicza mamy do czynienia nie tylko w wieżą Babel języków, ale i stylów, i gatunków literackich. W każdym jego utworze w zasadzie odnajdziemy poezję, epikę, dramat i teatr. Może właśnie teatr najbardziej? Teatru najwięcej? Chyba tak. Bo sposób przedstawiania świata u Różewicza jest przede wszystkim teatralny. Każdy jego utwór ma swoje dekoracje, tekst, scenę, aktora i publiczność, w każdym jest specyficznie sceniczne mieszanie styków wypowiedzi i słów. Zatarcie granic między jakościami literackimi Różewicz nie tylko doprowadził do perfekcji, ale ów własny wielostyl stał się od razu klasyką. I to jest chyba największy paradoks w jego twórczości twórca wręcz rewolucyjny w konstrukcji utworów literacki, na pewno awangardowy jest zarazem twórcą klasycznym. Ta wielostrunna i wielostylowa konstrukcja jest bowiem klasycznie czysta, klarowna i doskonała. Jak grecka kolumna czy grecka rzeźba, wreszcie grecka świątynia? Ale w tej klasycznej konstrukcji zarazem przenika się wszystko ze wszystkim. Wystarczy wspomnieć „Kartotekę”. Monolog stapia się z dialogiem, sprawozdawcza lakoniczność, niekiedy wręcz słownikarska wyliczanka słów z wypowiedzią liryczną, tekst oryginalny z cytatem, wiersz z prozą, teatr z dramatem a wszelkie spojenia między tą różnorodnością form są zatarte. Kartotekę ma każdy. Różewicz jako pisarz i Różewicz jako człowiek. I Bohater. Nie chodzi tu o spoistą i wyrazistą biografię czy „obraz losu”, lecz właśnie o kartotekę. Ot, taką na przykład jak u lekarza, w sądzie, urzędzie statystycznym, podatkowym czy na półkach służb tajnych. Te kartoteki są dziwne. Są przecież prawdziwe, dotyczą każdego z nas indywidualnie, każda związana jest z naszym nazwiskiem, datami, każda przypisana do nas jakimś numerem. Są one nasze i jakby nie nasze, bo nikt z owych kartotek naszego życia nie złoży ani nie odtworzy. Nikt z tych rozsypanych kawałków nie złoży żadnej całości. Kartoteka może być tylko zbiorem. Nawet, gdy dotyczy, jak w „Kartotece”, losu danego pokolenia. Jest zbiorem czegoś, co jawi się w rozsypce, pomieszaniu i przemieszaniu materii, wartości, hierarchii ważności. Jest swoistym gruzowiskiem. Wszystkie fiszki są, ale co z tego? Biografia, los Bohatera wyłania się dopiero z jego rzeczywistości wewnętrznej. Jedni budują więc tę sztukę w poetyce snu, inni jako collage. Albo, jak Kazimierz Kutz w Teatrze Dramatycznym jako partyturę, która jest drogą prowadzącą do „teatru wewnętrznego”. Z ową rozsypką świata spotkaliśmy się już w „Głosie anonima” w „Tarczy z pajęczyny” na przykład: wiem że mam obowiązek to wszystko połączyć / ale nie wiem w jakim celu. A może nie trzeba / łączyć tylko dzielić a może nie trzeba dzielić. Jedyna reakcja, na jaką stać anonima wobec śmierci kultury, jest inwentaryzacja fragmentów, których nie potrafi poskładać w całość, gdyż sam nie ma „całości”.
Różewiczowski bohater uosabia Każdego a jego świat jest „sytuacją”, najszerszą formułą, w jaką można człowieka wpisać. Może dążyć do kształtu, w którym musi siebie odnaleźć, ale… Ten kształt może stworzyć tylko artysta. To brzmi nieco zawile, ale w gruncie rzeczy jest proste, bo zasadza się na podstawowym wręcz pytaniu: czy w owym Każdym, owym Przeciętnym odnajdujemy, spotykamy, rozpoznajemy siebie? Jeżeli nie w całości, to we fragmentach rozsypanego świata – tak.
Dramaty Różewicza najbliższe są dla mnie malarstwu Picassa. Moje obrazy przedstawiają ludzi, którzy wzięli rozbrat z naturą i cywilizacją i są zdani na łaskę nieznanych i tajemniczych sił. – pisał. – Wszystko, czego dotknę, ożywia się i staje ucieleśnieniem któregoś z elementów mojego wewnętrznego dramatu. Podobnie dzieje się w wierszach i teatrze – bo dramat jest tu za wąskim określeniem – Różewicza. Nie tylko wszystko, czego on dotknie w tajemniczy sposób się ucieleśnia, ale także i to, czego dotykamy czytając jego utwory czy będąc widzami w jego teatrze. Najbardziej tajemnicza jest tu forma. Różewicz jest pisarzem chłodym. A mimo to nie tworzy „świątyń bez Boga”. Nie wywołuje w nas wzruszeń, nie naładowuje emocjami. Pobudza myśl, zmusza do refleksji. Opisuje jakby sny, obsesje, koszmary, fantasmagorie, które rodzą się w nim w zetknięciu z rzeczywistością, w zderzeniu z nią. Ale czyni to bez emocji, bez namiętności właściwej takiemu osobistemu przetwarzaniu świata. Jest chłodny, ma dystans. jest w „klatce” swoich utworów tym, który wybrał wolność. I który nam, odbiorcom, stwarza możliwość wyboru wewnętrznej wolności. Ta wolność jest na pewno najprawdziwsza, ale… Jak to u Różewicza jest to wolność najgłębszej samotności. Bo znowu, jak pisał Picasso niczego nie można dokonać bez samotności. Starałem się sobie stworzyć jak najzupełniejszą samotność. Ale mi się to nie udało. Odkąd istnieje zegar, niemożliwe jest osiągnięcie samotności.(…) Trzeba więc zadowolić się „pozorowaną samotnością”. W tej ograniczonej samotności trzeba się całkowicie pogrążyć.
U Różewicza tym elementem, który rozbija całkowitą samotność jest słowo. Bo jakże można być całkowicie samotnym ze słowem? słowami? Jest to więc także coś pozorowanego, podobnie jak owa wolność, o której pisał w „Odejściu Głodomora”. Jakieś gruzowisko, którego fragment poeta przeistoczył w swoją „osobistą wolną klatkę”.
Teatr Różewicza to teatr bez akcji. To oczywiste, gdyż teatr wewnętrzny nie ma akcji, ma tylko sytuacje, które mogą – ale nie muszą – układać się w obrazy sceniczne. Po Różewiczowsku swoiste, bo nieruchome. Nieuruchomione obrazy sceniczne to jakby istota jego „teatru otwartego” czy „wewnętrznego”. Jedną częścią swego chcenia – pisał Andrzej Falkiewicz – chciałby pozostać wziętym dramaturgiem, którego pełnospektaklowe utwory wystawiane są z powodzeniem na akademickich scenach, drugą częścią chcenia chce być wierny sobie, wierny temu, co z siebie i własnej twórczości zrozumiał. Jedną częścią chcenia sporządza wielosłowne „dramaty” w tradycyjnym rozumieniu, drugą częścią zmierza do tego najbardziej lapidarnego nazwania, którego nie da się już rozwinąć w spektakl. Między innymi na tym polega oryginalność i niekonsekwencja teatru Różewicza. Dodałabym tu jeszcze jeden istotny element. Dramat, w sensie „utworu wielosłownego” przeznaczonego do wystawienia na scenie u Różewicza jest nie tylko dramatem. Jest czymś więcej: jest teatrem. Ten dramat nie – dziania się, ta sztuka bez „akcji” dzieje się cały czas, w każdym momencie umieszczenia – z niezwykłą konsekwencją i logiką struktury – słowa w danym miejscu.   Różewicz ma ów niezwykły dar stawiania słów w określonych miejscach w taki sposób, że kreują w naszym umyśle Tę drugą, wewnętrzną część swego istnienia, wewnętrzną rzeczywistość. W samej strukturze napisanego dramatu jest teatralność czy teatralizacja. Słowa są jedynie instrumentem, takim zwłóczeniem ciała z duszyczki.
Sam Różewicz do tych konstrukcji świata bez świata, które stwarza w swoich utworach, zwłaszcza teatralnych, ma stosunek z lekka podejrzliwy. Jakby nie jest pewny do końca ich wartości. Są między moimi utworami takie/ z którymi nie mogę się pogodzić / przechodzą lata/ nie mogę się z nimi pogodzić / nie mogę się ich wyrzec / są złe ale są moje / ja je urodziłem / żyją z dala ode mnie / obojętne martwe / ale przyjdzie chwila kiedy wszystkie / zbiegną się do mnie / te udane i te nieudane / kalekie i doskonałe / wyśmiane i odrzucone / zbiegną się w jedno – pisał Tadeusz Różewicz w „Powrocie”. Kiedy nastąpi ta oczekiwana chwila ? gdy już tylko cisza zacznie „malować” Poetę, gdy zostaną już tylko jego utwory. Bez niego. Ale też i wtedy – choć nie do końca – gdy autor stworzy jednolitą formułę obejmującą sobą człowiecze doświadczenie. Najpierw będzie się wydawało, że jest to zupełnie przypadkowa zbieranina obrazów, słów, myśli aż w pewnej szczęśliwej chwili to wszystko zbiegnie do środka. Błyśnie przed oczami przypadkowego przechodnia: Złote miasto. Wtedy teściowa sprowadzona do poziomu domowego zwierzęcia („Koncert życzeń”), król stworzenia warujący przy budzie, determinowany popędami i głodem („Król”), człowiek rura kanalizacyjna, przez którą przecieka świat („Nowy człowiek”), bohater żyjący „poziomo”, pisarz piszący bez wzlotów, ale je markujący jak Waluś („Do piachu”), kobieta wysiadująca… życie („Stara kobieta wysiaduje”), nieskonsumowane małżeństwo („Białe małżeństwo”) wygrają grę o „całość”. Ale czy może się owa gra udać bohaterom Różewicza, skoro nie udała się – jak na razie – jemu samemu? stwarzałem siebie / budowałem życie / ludzi zwierzęta krajobrazy / / mówił do ziemi / do ptaków / do nieba // milczało niebo / milczała ziemia / jeśli usłyszał głos / który płynął / z ziemi wody i nieba / to był to głos drugiego człowieka. na razie Różewicz jakby wie jedno: poezja, słowo to metafora. Należy się przed nią bronić, bo ona „zamazuje” treść. gdzie wobec tego jest owo jądro ? Chyba jednak, mimo wszystko, w poezji, która poprzez swoją formę i postać może określać sens życia. Może jest w tym i pewien dadaizm? Język, słowa nie mają jakby znaczenia stałego, są pewnymi przypadkami. Dadaiści podkreślali, że język, słowo nie jest już środkiem do przekazywania czegokolwiek komukolwiek, lecz jest bytem. To myślenie jest chyba bliskie Różewiczowi – poecie, choć w jego utworach słowa kreują byty. Własne, wewnętrzne, indywidualne. Każdy z tych użytych w określonej konfiguracji słów – kodów u odbiorcy kreuje jego własną rzeczywistość, jego własny „teatr wewnętrzny”, a którym przychodzi mu się zmagać. Na tym padole łez / pisuję jeszcze / poezje / zostawiam w nich język / razem z wnętrznościami. Zawsze więc jeszcze pozostaje do odnalezienia jakiś jeden, bezcenny fragment z gruzowiska rzeczywistości, wart wyniesienia ze współczesnego śmietnika. To jednak słowo. Słowo tworzące rzeczywistość z wyobraźnią. To także specyfika twórczości Tadeusza Różewicza, który jak John Cantwell jest przekonany, że aby namalować ciszę / trzeba ją zagarniać / powolnymi ostrożnymi ruchami. Aby namalować, opisać, napisać wreszcie rzeczywistość, los, człowieka, życie trzeba dać im wyobraźnię. Zamieszkać we wnętrzu słów, jak we wnętrzu obrazów. Bo wewnątrz nich jest ogromne napięcie.

Justyna Hofman – Wiśniewska
 
                                                       

Dodaj komentarz