Pokolenie LeMadame

W piątek 31 marca, bladym świtem, komornik na czele policji i ochroniarzy zajął znany warszawski klub Le Madame na warszawskim Starym Mieście. Nie obyło się bez scen gorszących. Komornik miał za sobą prawo, ale nie miał sprawiedliwości. Na naszych oczach krystalizowało się nowe pokolenie twórców, a dramaturgów w szczególności, pokolenie Le Madame.
Swoistym manifestem tego pokolenia (czy się komuś to podoba czy nie) stanie się druga z kolei antologia dramatu opracowana przez Romana Pawłowskiego, zatytułowana jak jeden z pomieszczonych w niej dramatów, „Made in Poland”. Ten tom jednak, jak poprzedni wybór Pawłowskiego, nazwany „Pokolenie porno”, powinien nosić nazwę „Pokolenie Le Madame”. Zawarte w nim utwory, i te dobre i te słabsze łączy żywiołowa niechęć do polskiego zaściankowego katolicyzmu, jego rozfanatyzowanej wersji spod znaku Radia Maryja. Młodzi autorzy głoszą w swoich tekstach pochwałę wolności i niezależności. Ktokolwiek krył się za plecami ochroniarzy, którzy zaspawali drzwi Klubu Le Madame, nie wiedział, że tym budzącym odrazę gestem umacnia trzon pokolenia Le Madame, tych, którzy nie dadzą się już zepchnąć z powrotem do zaścianka.

Od prywatności do społeczności.

    Już w pierwszej antologii („Pokolenie porno”), w której na pozór dominowała prywatność, doszła go głosu społeczna wrażliwość młodych autorów, ujawniających niepokój dojrzewania, poczucie obcości, lęk przed dorosłością, ale i parcie do samodzielności, walkę o tożsamość, a niekiedy nader posępną obserwację panującej degrengolady moralnej.

    Diagnozy stawiane przez nowych dramaturgów nie są nadmiernie krzepiące. Świat, który malują, nie oferuje życia szczęśliwego. Przeciwnie, pełno w nim tragedii, krwi, gwałtu, wynaturzeń. Coraz częściej regulatorem stosunków w grupach jest przemoc, czasem brutalnie fizyczna, czasem jeszcze gorsza, psychiczna. Takim terrorem psychicznym posługuje się teściowa z Łucji i jej dzieci Marka Pruchniewskiego, zmuszając synową do zgody na mordowanie jej nowonarodzonych dzieci. To jeden z najbardziej poruszających tekstów nowej dramaturgii (nota bene osnuty na autentycznych faktach), najwyraźniej nawiązujący swoim wymiarem moralnym, a także ascetyczną formą do Klątwy Stanisława Wyspiańskiego.

Odrzucenie

    Łucja uosabia ekstremalny przypadek odrzucenia, wyobcowania i psychicznego zaszczucia. Ale są w tekstach nowych autorów przykłady wielu innych bolesnych odtrąceń, niekiedy tylko nieco złagodzonych, jak w dramacie Villqista Bez tytułu: tu główny bohater, dogorywający na AIDS, odrzucony przez rodziców, poza społeczeństwem, bezradny, w ostatnich chwila swego życia jedna się z matką i ojcem.

    Odrzucenie, marginalizacja albo próba wtłoczenia w duszne ramy prowincjonalizmu i zaściankowego katolicyzmu, także terror mass-mediów i rodzinnych zależności wychodzi na plan pierwszy  nowej antologii Pawłowskiego. Niektóre teksty sprawiają wrażenie utworów pisanych na zadany temat, nie przynoszą czytelnikowi (lub widzowi) pełnej satysfakcji, ale składają się na pewien tekst wspólny, manifestujący świadomość generacji. Dotyczy to także utworów, które nie znalazły się w tych wyborach, czasem nawet od nich lepszych, jak choćby „Najwięcej samobójstw zdarza się niedzielę” Anny Burzyńskiej czy „Porozmawiajmy o życiu i śmierci” Krzysztofa Bizia albo „Piaskownica” Michała Walczaka.

    O odrzuceniu z innej perspektywy opowiada Maciej Kowalewski w „Miss HIV”, spektaklu, który miał premierę i był grany od roku w Klubie Le Madame. Wbrew błędnym podejrzeniem, ze to pomysł z księżyca, autor (aktor, współautor „Ballady o Zakaczawiu”) nawiązuje do autentycznego konkursu na Miss HIV w Botswanie. W ten sposób w tym dotkniętym plagą HIV kraju władze próbują zaszczepić tolerancję i oswoić chorobę. Kowalewski portretuje cztery kobiety w różnym wieku, które sposobią się do konkursu, które walczą  zwycięstwo. Jedna z nich tylko udaje chorą.  Żarty z seropozytywności, opowieści o zarażeniu, które wydobywa od nich przed kamerami prowadzący wybory aktor Rafael to dobre oswajanie z ludźmi dotkniętymi HIV, rodzaj psychoterapii. Sztuka, choć ryzykowna,  została dobrze przyjęta przez środowiska ludzi chorych. Kowlewski użył śmiechu jako tarcza ochronna. Inteligentna robota, trochę niezłej psychologii. I lekcja tolerancji.

Jak wydorośleć

W „Podróży do wnętrza pokoju” Walczak ukazał młodego bohatera, po trzydziestce, niejakiego Skórę, który postanowił zerwać z wiecznym dzieciństwem i wydorośleć. Wyprowadza się więc z akademika, wynajmuje mieszkanie, chce podjąć pracę i rozpocząć wspólne życie z ukochaną dziewczyną. Wszystkie jednak jego usiłowania, aby działać, spełzają na niczym: życie stawia opór, stawia je również psychika, alter ego, wychowanie i otoczenie społeczne. Na koniec, Skóra popełnia samobójstwo: jego pokój stał się więzieniem, które usiłował opuścić na zawsze. Podobne zmagania o dorosłość prowadził bohater „Koronacji” Marka Modzelewskiego i „111” Tomasza Mana. Bez powodzenia.
   

Samobójców (lub zabójców) u młodych autorów więcej, rojno właściwie. Dramat niedostosowania, nieprzystosowania i obcości to nic nowego, rys odwieczny w młodej twórczości. Tym razem jednak łączy się najwyraźniej z zaściankowym paradygmatem – młodzi nie chcą się podporządkować wzorcom ukutym na ksenofobii, nienawiści, przemocy, usankcjonowanych hipokryzją.

W pętach fanatyzmu

Taką hipokrytką jest matka ze sztuki Roberta Bolesty, „O matko, o córka”, której głęboka dewocja nie pozostaje w sprzeczności w podjęciu pracy w seks telefonie. Hipokryzja niszczy rodziny ze sztuk Krzysztofa Bizia czy Magdy Fertacz. Ta ostatnia kreśli portret samobójczyni, która kończy ze sobą w dniu ślubu, nawiedzana mistycznymi wizjami.

Mistyczne wizje wieńczą karierę strażniczki domowego ogniska, bohaterki „Matki cierpiącej” Tomasz Kaczmarka. Tytułowa bohaterka, owładnięta obsesją brudu, zarazy, zewnętrznej infekcji zamienia „mieszkanko w bloczku” w niedostępną twierdzę, skąd przepędza umierającą pod drzwiami kuzynkę. Terroryzuje rodzinę i doprowadza do śmierci głodowej z wyczerpania kolejno córkę, syna i męża. Portret Matki pióra Kaczmarka poraża: oto kobieta wampir, potwór, tyran, kwoka kanibalka – ucieleśniona wizja polskiego urazowego fanatyzmu w pełni rozkwitu.

Czarnowidztwo?

A gdzie optymizm? – pytają przerażeni recenzenci. Skąd u młodych te czarne wizje? Niektórzy utrzymują, że Wojcieszek jest optymistyczny, bo jednak „Made in Poland” kończy się zwycięstwem miłości, zresztą ten sam Wojcieszek zrobił także film dobrym zakończeniem i zapowiada jeszcze jedna sztukę z happy endem, żeby strapionych pocieszyć. A jednak z tym optymizmem Wojcieszka byłbym ostrożniejszy. Czy finałowa piosenka Krzysztofa Krawczyka „Zamknij świat na klucz – wróć do mnie” to naprawdę triumf dobra, czy tylko piekielna ironia?

W „Made in Poland” Wojcieszek opowiada o tych, przed którymi nowy ustrój zatrzasnął drzwi, odtrącając od wyśnionego „tortu” do podziału. Boguś należy do oszukanych, zawiedzionych, zbuntowanych i zrozpaczonych. Wojcieszek nie pociesza nikogo łatwymi i miłymi mirażami, ale jednak – mimo brutalnego języka, rojącego się od tzw. słownictwa, mimo obrazów degrengolady i beznadziej determinacji, z jaką ludzie popadają w alkoholizm, zobojętnienie, cynizm, przemoc – to nie jest sztuka, po której chce się wyć albo wsadzić głowę do piecyka. Autor daje widzom cień szansy, choć jest to szansa ironiczna, kończąc swoje przedstawienie triumfem nieporadnej miłości (genialnym pomysłem jest recytacja fragmentu „Bagnetu na broń”, którego fragment czyta Boguś swej ukochanej, jako najbardziej płomiennego wyznania miłosnego).

 Na potwierdzenie tego dwuznacznego optymizmu-pesymizmu końcowe didaskalium „Made in Poland”, które z przyczyn technicznych trudno zagrać w teatrze, ale można przeczytać albo wygłosić:

KRZYSZTOF KRAWCZYK (śpiewa). Cała sala, w tym dziesięciu jego sobowtórów, kiwa się rytmicznie. W pewnej chwili, po dobrych paru minutach, słychać przeszywający huk błyskawicy, Wszystko milknie, wszyscy patrzą na BOGUSIA. Z sufitu wysuwa się bladobłękitny promień i odtyka czoła chłopaka. Promień powoli zmazuje tatuaż z czoła BOGUSIA. Kiedy jest już po wszystkim, promień znika.

BOGUŚ odwraca się do MONIKI i wycina jej zabójczego całusa. Cała sala zrywa się do oklasków. Któryś z sobowtórów Krawczyka dmucha w tekturową trąbkę. BOGUŚ po dłuższej chwili odrywa się od MONIKI. Jego czoło jest czyste. Roześmiany i zdrowy sięga po literatkę z alkoholem. Cały pokój idzie w jego ślady. Nagle za oknem słychać przeraźliwy ryk i serię uderzeń prętem w karoserię samochodu. Wszyscy goście patrzą w tamtą stronę.

Optymizm jak… z „Rewizora” Gogola. Gra rozpoczyna się od początku, Kolejny buntownik wchodzi na barykadę.

Dodaj komentarz