Gra z Beaumarchais

O "Cyryliku sewilskim" w Teatrze Ateneum.                                                      
Na początku był Boy. Jego szczególny smak literacki oraz tak bardzo prywatna lista pisarzy, do których stale wracał. I właśnie wśród wybrańców zjawia się „Ten niesforny Beaumarchais”. Chwalony za szeroką panoramę uwarunkowań komedii, podziwiany za dowcip, fantazję i urodę dialogów staje się w Boyowskich potyczkach ważnym sprzymierzeńcem krytyka. Zwłaszcza, kiedy obaj toczą bój o zdrowy rozsądek. Świadectwem osobliwej więzi pisarza i komentatora są wnikliwe a zarazem przyjazne wstępy „od tłumacza”.
    Przypominam o tym wszystkim, ponieważ znakomicie uszyta, zabawnie ironiczna inscenizacja Cyrulika Sewilskiego Gustawa Holoubka (duża scena Ateneum) wywodzi się z Boyowskiej analizy. Wywodzi, ale mówi własnym głosem. Już bowiem nowy wartki przekład Marcina Sosnowskiego proponuje bliższą współczesnemu widzowi formę języka. Całość spektaklu spina klamra stale ujawnianej gry z autorem. Dodając postaciom lat – choć zważywszy jak uroczo nosi suknie Rozyny Dorota Nowakowska, grzechem byłoby zaglądać w metrykę – reżyser wyeksponował teatralna zabawę.
    Rzecz zaczyna się w momencie pierwszych wejść aktorów. Cyrulik Krzysztofa Gosztyły nie fruwa po scenie. Można go nawet podejrzewać o kłopoty z kręgosłupem. Tyle, że sygnalizowany i skrywany „ząb czasu” wcale nie zaciera komediowego wdzięku roli. Przeciwnie. Gosztyła po mistrzowsku odkrywa biografię swojego bohatera. To spojrzy szyderczym wzrokiem Figara, to prześle sarkastyczny uśmiech Beaumarchais. W przestrzeni teatru w teatrze świetnie się też odnajduje Rozyna. Fakt, że więcej w grze Doroty Nowakowskiej Telimeny, niż rozbudzonej niewinności wzmacnia tonację pastiszu. I właśnie ten rytm wspaniale czuje duet Mały – Duży, czyli Bartolo Mariana Opanii oraz Don Bazylio Wiktora Zborowskiego. Co prawda moim zdaniem więcej finezji wykazał Opania, ale trzeba powiedzieć, iż obaj panowie – precyzyjnie ogrywając kostiumy (brawo !  Zofia de Ines) i rekwizyty – docierają w zakamarki rozmaitych okolic żartu. Rejent Marcina Sosnowskiego ładnie dopełnia formy satyrycznego rysunku. Niestety najbardziej gubi się w tym komediowym galimatiasie głos Almavivy. Poprawna technicznie, lecz nudnawa rola Krzysztofa Tyńca nie wydobywa skali sarkazmu. A szkoda, skoro literacki portret aż kipi od aluzji. Dogryźć władzy, ujawnić słabości umysłu i charakteru, a równocześnie nadać całemu wizerunkowi walor świetnej zabawy.  Beaumarchais dobrze wiedział, że soczysty portret hrabiego odsłoni siłę inteligencji Cyrulka-Figara. W warszawskim przedstawieniu taki autorski zamysł realizują raczej inne postacie.
    Dowcip. Ironia. Pastisz. Coś z farsy, poetyki absurdu, wdzięku włoskiego imbroglio. Idąc tyloma tropami „Ten młodzieńczy Holoubek” kieruje nasz jeszcze w krąg opery Rossiniego. Wycisnąwszy wszystkie poty ze śpiewających aktorów (arie wdł. C. Sterbiniego), reżyser dopełnia stylizatorską miarę widowiska grą z muzyką. (Orkiestra pod dyrekcją W. Borkowskiego, A. Borzyma, koncertmistrz  M.Wroński ). Oglądając teatr w teatrze, oglądamy jednocześnie operę w teatrze.
    Pogoda teatralna raczej nas ostatnio nie rozpieszcza. Jeszcze czuję upiorny chłód tańca w rytmie sado-macho, jakim Piotr Tomaszuk ustroił adresowany do najmłodszych (sic!) spektakl  wdł. Przygód Guliwera (Teatr Guliwer). Skoro więc gdzieś świeci słońce, trzeba fakt czym prędzej odnotować. Warszawskie przedstawienie Cyrulika ma własny koloryt, atmosferę pięknie operującej formą stylizacji zabawy. W aurze tego spektaklu odnajdziecie Państwo pogodę ducha i materii. Jednym słowem klimat, o którym Boy mówił, iż „scena mija na kształt świetnego fajerwerku”.

Jagoda Opalińska
 
 

 

Dodaj komentarz