Harold Pinter: 29 sztuk. I wystarczy

Po spotkaniu w Turynie podczas uroczystości wręczenia Haroldowi Pinterowi nagrody Premio Europa pisze Tomasz Miłkowski.

Harold Pinter odbiera Nagrodę Europy

29 sztuk. I wystarczy

 

Wygląda na to, że Harold Pinter nie zamierza wracać do dramaturgii: „Napisałem 29 sztuk – mówi – I wystarczy”. Pewnie nie poniecha poezji, która towarzyszy mu od początku pisania. Na pewno nie porzuci publicystyki politycznej i społecznej. Nawet uroczystość na swoją część, czyli wręczenie teatralnej Nagrody Europy w Turynie, wykorzystał jako dobrą okazję do wznoszenia politycznych haseł. – „Nie dajcie się Ameryce – zagrzewał. Cieszę się, że to nagroda europejska. Europa musi się sprzeciwiać Amerykanom, którzy chcą dyrygować światem”.

Wcześniej, podczas publicznego wywiadu prowadzonego na scenie Teatru Carignano przez Michaela Billingtona oskarżył administrację amerykańską o zbrodnie wojenne w Iraku. Wyznawał jednocześnie, że służalczość rządu brytyjskiego wobec Busha, zwłaszcza premiera Blaira, budzi w nim poczucie hańbiącego wstydu. Energicznie ciskanych inwektyw pod adresem rządzących wysłuchiwał z kamienną twarzą przedstawiciel najwyższych władz Unii Europejskiej, włodarze olimpijskiego miasta, liczni goście. Co więcej, wszystkich połączyły owacje na stojąco na cześć wielkiego pisarza, który nie przebiera w słowach, ale przecież zawsze jest po stronie słabszych i pokrzywdzonych. A poza tym najważniejsze, że się pojawił w Turynie. Nagrody Nobla nie mógł odebrać osobiście, nie pozwalał na to stan zdrowia, stąd fetowano go w Turynie w dwójnasób – i za Nobla, i za Premio Europa.

To był nader osobliwy rok w życiu Harolda Pintera: ocierał się o śmierć (dosłownie) i wspinał na szczyty (symbolicznie). Zaczęło się od okoliczności na pierwszy rzut oka przyjemnej. Z okazji 75-rocznicy urodzin w Dublinie zorganizowano przegląd jego sztuk. Pinter pojechał na otwarcie, a nazajutrz wysiadając z samochodu przed lotniskiem tak nieszczęśliwie upadł, że z trudem uratowano mu życie. Poturbowany wrócił do Londynu i wtedy właśnie dowiedział się o Noblu. Z charakterystyczną dla Anglików powściągliwością opowiedział Billingtonowi, jak to się zdarzyło: „Gdzieś za dwadzieścia dwunasta zadzwonił do mnie facet i zapytał: „Czy to pan Harold Pinter”. Odpowiedziałem: „Tak”. A on na to: „Miło mi poinformować pana, że dostał pan Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury”. Ja na to: „Naprawdę, dostałem?!”. On na to: „Tak”. Ja na to: „Dziękuję”.

Tak to się odbyło.

A potem znowu kłopoty.

Kiedy sposobił się laureat do wykłady noblowskiego, zadzwonił lekarz. Było znowu źle – tym razem obniżająca odporność tajemnicza infekcja, na którą zapadają brazylijscy Indianie z amazońskiej dżungli. Bardzo niebezpieczna, zagrażająca życiu. W ciągu 10 minut skończył pisać wykład. I znowu Pinter znalazł w szpitalu. Choroba rozbiła błyskawiczne postępy. Jak się okazało, walczył o życie, niewiele brakowało. Ale lekarze go uratowali. Nie było mowy o wyjeździe na uroczystość wręczenia nagród Nobla. Wykład nagrywał w inwalidzkim wózku, dowieziony ze szpitala do studia. – „To nie było trudne – wspomina. – Musiałem tylko pilnować, aby nie było to zbyt emocjonalne”.

Koniec końców jednak, wprawdzie o lasce, ale zjawił się na scenie w Turynie. Nie tylko tam, także na codziennym lunchu dla gości Premio Europa w hollu Teatro Stabile. To właśnie podczas lunchu Miloš Mistrík, słowacki teatrolog, autor książki o teatrze absurdu, zdobył autograf Pintera na zdjęciu umieszczonym w rozdziale poświęconym jego twórczości.

Jaki jest Pinter, jaka jest istota jego twórczości, najważniejsze jej przesłania próbował ukazać w swoim spektaklu rówieśnik laureata, Roger Planchon. Legenda francuskiego teatru, reżyser i aktor, także dramaturg, dzisiaj elegancki starszy pan po siedemdziesiątce, o nienagannych manierach, przez wiele lat odnowiciel klasyki francuskiej, zwłaszcza Moliera, i szermierz walki o nowy teatr, przygotował ze swoją trupą specjalnie na tę okazję spektakl złożony z jednoaktówek Pintera. Przedstawienie powstało w ekspresowym tempie, w ciągu zaledwie pięciu dni, i przybrało postać bez mała rapsodycznego szkicu, jednak wystarczająco wyrazistego, aby sportretować Pintera. Spektakl „Nowy porządek świata” zbudował reżyser z 6 niewielkich sztuk, granych w następującej kolejności: tytułowy „Nowy światowy porządek” (The New World Order, 1991), „Konferencja prasowa” (Press Conference, 2002), „Dokładnie” (Precisely, 1984), „Język górski” (Mountain Language, 1988), „Kieliszek na drogę” (One for the Road, 1984), „Przyjęcie” (Party Time, 1991). Tak dobrane jednoaktówki tworzą świat pełen przemocy, nadzoru, zniewolenia i demoralizacji „klasy próżniaczej”, czerpiącej z życia jedynie hedonistyczne doznania. Widać to w szczególności w zamykającej spektakl jednoaktówce – obecne na party towarzystwo pogardza poniżanymi, obojętne na nieszczęścia innych i panoszącą się niesprawiedliwość, nawet jeśli oni sami mogą paść jej łupem.

Planchon wprowadza nas w Pinterowską wizję świata jednoaktówką „Nowy światowy porządek”. Oto dwaj oprawcy dyskutują w więzieniu o torturach, które zamierzają zadać mężczyźnie z zabandażowanymi oczami. Potem, już po mokrej robocie, jeden z nich łka. – „Dlaczego płaczesz?” – pyta Des. Na to Lionel: „Kocham to, Kocham to. Kocham to (…) Czuję się taki czysty”. Des – „Masz rację, że czujesz się czysty, ponieważ to ty czyścisz świat dla dobra demokracji”. Oto jak można uwznioślić każdą niegodziwość.

Można ją także zagadać specjalnie przygotowaną „papką” na użytek masmediów, jak podczas „Konferencji prasowej” – minister kultury (w tej roli sam Roger Planchon) przemawia wyrozumiale do grupy usłużnych dziennikarzy. Minister ulatuje w pięknosłowie: „Wierzę w zdrowie, wrażliwość i głębie zrozumienia naszych zobowiązań i kulturalnego dziedzictwa. Nasze zobowiązania kulturalne polegają na lojalność wobec wolnego rynku.” Jeden z dziennikarzy pyta: „Co wobec tego z kontestacją?” Minister: „Kontestacja jest akceptowalna, jeżeli zostaje w domu. Radzę, aby pozostawała w domu pod łóżkiem razem z… nocnikiem”. (Planchon uśmiecha się) „To jej miejsce”. Mocno powiedziane i bez ogródek. Dziennikarze biją brawo.

W „Dokładnie” dwaj technokraci wymieniają nad szklaneczką czegoś mocniejszego uwagi o oficjalnych statystykach śmiertelności, powodowanej ich polityką. „Myślałby kto, że to nasz biznes” – mówi Stefan. „Bo jest”, Roger nic nie ukrywa. Stefan: „Ale za to właśnie płacimy”. Roger: „I to bydlęco dobrze płacimy!”

Za co płacą, pokazuje Planchon w „Górskim języku”. Kiedyś tłumaczyłem ten tekst, nie wiedząc, że Pinter przywiązuje do niego tak wielką wagę, że traktuje jako jeden z najważniejszych tekstów, jakie kiedykolwiek napisał. Niewielki dramat nawiązuje do prześladowania Kurdów w Turcji, choć ani jedno słowo – jak to u Pintera – nie wskazuje wprost, gdzie i kiedy toczy się akcja. Chodzi przecież o sprawy nadrzędne, uniwersalne. Dwie kobiety, młoda z miasta i stara ze wsi, chcą odwiedzić więźnia. To oczywiście żona i matka. Z trudem uzyskują zezwolenie, ale nie wolno im używać własnego języka, języka ludzi z gór – zadekretowana przez okupantów śmierć języka ma unieważnić ich istnienie. Oficer wyjaśnia: „Teraz słuchaj uważnie. Jesteście ludźmi z gór, rozumiecie. Wasz język umarł. Został zakazany. Mówienie górskim językiem w tym miejscu jest niedopuszczalne. Nie wolno ci mówić waszym językiem do twojego mężczyzny.”

Jeśli zakaz używania języka to z mało, trzeba sięgnąć po mocniejszą perswazje – to pokazuje Pinter w dramacie „Kieliszek na drogę”. Młoda kobieta i mężczyzna są torturowani w więzieniu. Oprawca tłumaczy kobiecie: „Twój syn ma 7 lat. Zrobiłaś z niego idiotę (…) Nauczyłaś go, jak spluwać, jak odzierać żołnierzy z honoru, żołnierzy Boga.”

Stąd już tylko krok na… „Przyjęcie”. Ośmioro członków klasy średniej gawędzi w przyjaznej atmosferze na przyjęciu, kiedy tuż pod oknami dogorywa ofiara wojny domowej. Wpływowy, nieco tajemniczy Gavin tłumaczy gościom: „Wiem, że niektórzy z was mieli kłopoty z dotarciem tutaj w dniu dzisiejszym. Przepraszam, ale jednocześnie chciałbym was zapewnić, że ten rodzaj problemów i w ogóle wszelkie problemy zostaną wkrótce rozwiązane (…) To nasz cel ponad wszystko: normalna obsługa. Jesteśmy o tym przekonani. Naprawdę. Wszystko, czego oczekujemy, to normalna obsługa tego kraju…”

Spektakl Planchona został przyjęty entuzjastycznie, jego jednoznaczna wymowa, sprzeciw wobec przemocy, stosowanej w imię pokoju społecznego, a tak naprawdę w imieniu wielkich korporacji, zabrzmiał szlachetnie, nawet jeśli nieco staroświecko. Pinter nie ma przecież temperamentu rewolucjonisty, ale kontestatora, który uporczywie przypomina o obowiązku przyzwoitości. Przynajmniej na początek.

Nawet w wieńczącym turyńską uroczystość wręczenia Nagrody spektaklu poetyckim, przygotowanym przez aktorów Gate Theatre w Dublinie, zabrzmiały te same tony. Reżyser tego godzinnego koncertu słowa połączył bowiem zdyscyplinowaną poezję Pintera o miłości i przemijaniu z jego gorączkowymi publicystycznymi protestami przeciw wszelkiej niesprawiedliwości, m.in. jego protestem przeciw bliskimi więzom cywilizowanego świata z Turcją, kiedy ten kraj wikła się w gnębienie Kurdów. W spektaklu wzięli udział wybitni artyści, między innymi Jeremi Irons, swoim udziałem potwierdzając ogromny autorytet, jaki zdobył niesforny Pinter, pozostający zawsze sobą, bez względu na okoliczności miejsca i czasu. Pinter bowiem jest nie tylko wielkim poetą teatru, ale zarazem pisarzem politycznym, choć nie w znaczeniu ideologicznego związku z taką czy inną partią. Jest pisarzem politycznym, ponieważ zawsze walczy o zachowanie ludzkiej godności, narażonej na podeptanie ze strony silniejszych i bezwzględnych organizacji. „Każdy widz – pisał jego biograf, krytyk i przyjaciel, Michael Billington – znajdzie u Pintera coś dla siebie. Dla niektórych jego sztuki to studia na temat dominacji. Dla innych to dzieła satyryka. Jeszcze dla innych eksploatują odwieczną walkę płci. Żadna z tych interpretacji nie rości sobie prawa do wyłączności: sztuki Pintera zawierają to wszystko i znacznie więcej. Ale dwie rzeczy pozostają absolutnie poza dyskusję. Po pierwsze, Pinter dzięki swym kampaniom przeciw deptaniu praw człowieka, potwierdził godność dramatopisarza. Po wtóre, nieodwołalnie zmienił naturę dramatu”.

Odkrycia Pintera, jego nowy, konwersacyjny język, uwzględniający meandryczność potocznej mowy, jej specyficzną muzykę, który zyskał określenie „Pinteresque”, wrażliwość na zagrożenia, zwłaszcza przemoc i zniewolenie, jakie czyhają na jednostkę – wszystko to ujawniło się już w debiutanckim dramacie Pintera „Pokój” (1957, nota bene nigdy w Polsce nie granym i dopiero w ubiegłym roku przetłumaczonym), a potem objawiało w późniejszych głośnych dramatach, takich jak „Samoobsługa” czy „Urodziny Stanleya”, aż po „Rocznicę” (2000). W rzeczy samej Haroldowi Pinterowi chodziło niezmiennie o „błahostkę” – o wolność. Urodzony libertyn.

Tomasz Miłkowski

Dodaj komentarz