Gabinet lekarski – dramat

Dramat Marianny Dembińskiej.
O autorce pisaliśmy w poprzednim numerze „Yoricka”.

Gabinet lekarski, biurko, 2 krzesła, kanapa
Ona – trochę stuknięta
On – lekarz psychiatra
Ona przyszła na rozmowę o pracę – lekarz przekonany jest, że jest to kolejna pacjentka.

On siedzi za biurkiem, ona wchodzi

On – Dzień dobry.
Ona – Dzień dobry, panie doktorze i dziękuje, że mnie pan doktor przyjął, to znaczy, na spotkanie.
On – (patrzy  na  nią  poważny, otwiera  zeszyt) Pani  Nałkowska?
Ona – Nie, TTT – NaTkowska, Agnieszka
On – Proszę usiąść.
Ona – Dziękuję
On – (zapisuje) Ile ma pani lat?
Ona – 25 i pół, moment (liczy miesiące na palcach) i 7 miesięcy.
On – Proszę mi coś o sobie opowiedzieć.
Ona – Hm…No więc… mam 25 lat i 7 miesięcy …mieszkam w Krzaczkowicach….
On – (robi  gest, by kontynuowała  opowieść)  
Ona – No…To znaczy… ja nie wiem, co jeszcze miałabym powiedzieć…
On – O  przyjaciołach, rodzinie, znajomych, chłopaku czy mężu…
Ona – aaaa….no już  wiem! Więc tak, ja i moja siostra jesteśmy dwoma siostrami… piękna i  inteligentna, o przepraszam, z  akcentacją się pomyliłam; piękna i inteligenta, czyli  ja,  no  i  jest  też  ta  moja  siostra.
(On zapisuje)
Ona – I wie pan doktor, ona, od kiedy się urodziła się, jest o mnie zazdrosna.
On – Czyli siostra jest młodsza?
Ona – A niby z jakiej okazji? No starsza chyba, no nie? O kilka minut…No, bo skoro jest bliźniaczka, to przecież nie może być różnicy wieku, prawda?
(on zapisuje)
On – Rozumiem , czy pani  zdaniem rodzice traktowali was w jednakowy sposób czy też mieli preferencje względem którejś z was?
Ona – Preferencje w jakim sensie ?
On – Czy traktują was w identyczny sposób ?
Ona – A… o to chodziło… Myślę, że tak całkiem normalnie
On – Jakie ma  pani stosunki z rodzicami?
Ona – No to chyba jak we wszystkich rodzinach… to znaczy mama moja jest coś w stylu poradnika dla ludzi z problemami ….i  im pomaga  jak  może…
On – Jest psychologiem?
Ona – No właściwie to można to tak określić…bo ona zawsze mówi, że podstawa jej sukcesu jest psychologia – ona karty kładzie i radzi, co robić.
On – Interesujące… Przepowiada przyszłość..?
Ona – To też. Tata natomiast siedzi i….Ten….
On – Jest w wiezieniu ?
Ona – No co też pan doktor! Siedzi i maluje, słoneczniki namalował i damę z lisiczką, a i jeszcze taką panią – jej portret Gioconda miała na imię, ja nie wiem, gdzie ją poznał… i tak maluje ślicznie, że jak moja ciocia pojechała z parafialną wycieczką do Luwru, to normalnie wszyscy myśleli, że to mojego taty obraz tam wisiał, taki zaszczyt dla Polski… dopiero potem tata wytłumaczył, że to kopia była (bawi się włosami, zakręca je na palec)
On – Ciekawe… Jeżeli pani woli, to proszę się położyć, będzie wygodniej.
Ona – A no tak… pewnie że wygodniej,  bo to krzesło to jakieś takie koślawe trochę….
(kładzie się na kanapie)
On – Dobrze, wracając do rodziny…
Ona – No właśnie, do tych stosunków wracając, to moja siostra się uczy, ja też się uczyłam, ale przestałam, no, bo ile można, niby mówią, że człowiek całe życie się uczy, ale ja nie wiem, po co… Potrzebne to, komu? No, a moja siostra się uczy, bo  musi, a nie,  bo chce.
On – Życzą sobie tego rodzice?
Ona – No nie, no, co ma piernik do wiatraka! Rodzice….Phi…. No przecież… (Pauza, po czym tłumaczy przejęta), jak aż taka ładna nie jest, to znaczy? No, nie udała się… No brzydka jest, no…. No, to jakiś kawałek kartki się jej przyda, co? No… Brzydka… Brzydka… Wiem, że to nie jej wina… Ale moja też nie! I potem mówią, tak, ale jest dobra. No jeszcze by brakowało, żeby nie była dobra! (kręci głową)
On – Czy nie jest pani zazdrosna o siostrę? Ukończy studia, będzie osobą wykształcona.
Ona – Mnie to się samo słowo w-y-k-s-z-t-a-ł-c-o-n-a (sylabizuje) wcale tak do końca… bo ma dwa znaczenia …
On – (patrzy na nią nie rozumiejąc)
Ona (z przekonaniem) – wy -kształcona (aluzja do kształty) mówiąc pokazuje na biust i biodra – z nas dwóch, niech mi doktor uwierzy na słowo, wykształcona to ja jestem.
On -Dobrze. Co studiuje ?
Ona – No, właśnie, to kolejny problem… Jakby jeszcze chciała być jakimś takim normalnym doktorem, od kataru, czy nogi złamanej, to jeszcze jak cię mogę… nic bym nie mówiła.
Ale ona tego doktorat to robi w  a…El…on…to…Ol…agi – to chyba jakąś egzotyczna choroba. No i…Zakaźna? Kto wie?! No i po co taka chorobę studiować jak u nas nikt na nią nie choruje?
On – Porozmawiajmy o Pani ojcu.
Ona – No dobrze (pauza), ale tak właściwie to nie wiem, co mówić powinnam… Bo całkiem normalny jest…
On – Tak… Czyli nie dochodzi do konfliktów?
Ona – Nie! No, absolutnie !
On – Ok. A jeżeli chodzi o stosunki z narzeczonym?
Ona – No więc… te stosunki… to najczęściej w samochodzie się odbywają, ale się zabezpieczamy
On – Nie do końca o to mi chodziło, ale dobrze, że jesteście państwo odpowiedzialni…
Ona – No tak….
On – Czyli jest pani zaręczona.
Ona – Tak.
On – I czy czuje się Pani szczęśliwa w tym związku?
Ona – No jasne, wie Pan doktor… Po tylu latach…
On – Czyli wasz związek jest solidny, trwa kilka lat?
Ona – Nie, no skąd! Co  też  pan doktor  zrozumiał! (mówi cicho: on nic a nic nie kapuje ten doktor…). 15 dni się znamy. Ale wiele nas łączy.
On – No, przecież powiedziała pani „po tylu latach”.
Ona – aaa… To o to chodzi! No. Po tylu latach, co byłam singlem, to pewnie że szczęśliwa teraz jestem!
On – Dobrze…
Ona – Ale za mąż to ja wyjść nie chcę!
On – Z jakiego powodu? Nie chce pani poddać się presji społeczeństwa, ustanowionym standardowym regułom na życie? Czy może odrzuca pani kościół?
Ona – Nie, no, nic z tych rzeczy… tylko takie wszystkie panie z obrączkami, to są wszystkie smutne, pan doktor się przypatrzy. Moim zdaniem to dlatego, że jak już za mąż za jakiegoś wyjdą, to potem widzą, jak to jest… no… nieciekawie…
On – Może mi pani to bliżej wyjaśnić?
Ona – No, bo tak: jak już jakaś ma obrączkę, to się zaczyna – dziecko, pranie, gotowanie, sprzątanie, drugie dziecko, jeszcze więcej gotowania, sprzątania, kochanka męża; odchudzanie, masaże, druga kochanka męża, lifting, podnoszenie (dotyka piersi), no, po co mi to wszystko?
On – Ma pani dość czarną wizję małżeństwa….
Ona – Ja nie jestem rasistka, czarny czy żółty, czy czerwony… Indianiec mówię, nie komunista… facet to facet!
On – Czyli boi się pani tego, że ktoś będzie decydował o pani życiu czy też starzenia się, zmarszczek?
Ona – Nie, zmarszczek nie…
On – To czego  sie  pani  boi?
Ona – Rzeczy, ktorych nie znam.
On – Na przykład?
Ona – No na przykład duże psy i inne zwierzaki, potem, jak je poznam, to się nawet przywiązuję, ale na początku….
On – Dobrze, przejdźmy w takim razie do pani dzieciństwa. Jakie ma pani wspomnienia?
Ona – No, chyba takie jak wszyscy.
On – A jakieś nieprzyjemne wspomnienie, coś, co panią w jakiś sposób zszokowało?
Ona – To chyba coś mam. Jak miałam 6 lat, pamiętam, jakby to wczoraj było… (smutno to mówi) Pewnego dnia, a było tak jakoś to krótko przed moimi urodzinami, rano się obudziłam i poczułam, jak mi normalnie ząb wypadł!
On – Ah…. I później?
Ona – No i później, to ja myślałam, że mi taką szczękę włożą, jak babcia  ma… i myślałam, że to pewnie musi boleć… no i by się dzieci ze mnie śmiały, bo ta szczeka sztuczna to czasami wypada.
On – A poza tym?
Ona – No chyba z takich traumatycznych to wystarczy, nie?
On – hm…
Ona – A nie, kurde, zapomniałabym, a takich rzeczy się nie zapomina… No, więc z takich traumatycznych, to jeszcze, jak się w lesie zgubiłam.
On – To interesujace (zapisuje). I jak zakończyła się ta przygoda? Kto panią odnalazł?
Ona – No ja się sama odnalazłam, i w tym właśnie cały problem, mama  to  mnie  prawie nie  ten… lanie takie dostałam, że jak pomyślę to mnie normalnie tyłek – za przeproszeniem boleć zaczyna!
On – Rozumiem, że problemem było to, że oddaliła się pani z domu?
Ona – No wie pan, doktor, to też, ale problem to był przecież inny.
On – Nie śmiem pytać jaki.
Ona – No bo normalnie, na to, jak się zgubiłam, to zadzwonili, żeby mnie szukali i po strażaków, i po chłopaków z Ochapu.
On – Skąd?
Ona – Z Marlkowic.
On – Nie, pytam, skąd tych chłopaków…
Ona – No z Marklowic – mówię przecież! A!!!!Z  ochapu – ochotniczego hufca pracy.
On – A! Teraz  rozumiem !
Ona – No, a sprawa to była wyjątkowo delikatna, lata 80-te, te sprawy….No i ten hufiec to chcieli zlikwidować.
On – Przejdźmy do sedna sprawy
Ona – No właśnie przechodzę, w tym hufcu to było 300 chłopaków, no i oni mnie wszyscy szukali, plus 3 wozy strażackie, no i telewizja przyjechała – regionalna – z Marklowic Górnych. I dziennikarze, też no, bo chcieli pokazać, że ten hufiec to jest społecznie potrzebny.
On – Rozumiem
Ona – No, wie pan doktor, więc całe te media to czekali, aż mnie ci z hufca znajdą, żeby kampanię zrobić, że oni to tacy potrzebni i bez nich ani rusz… że to bohaterzy  tacy….
On – No i?
Ona – No i kurde – o przepraszam za kurde – jak ja się sama zgubiłam, a potem i sama odnalazłam, to wojewoda się wpienił jak cholera – o przepraszam za cholera – ze  kurde –
On – Ok., przeprasza pani  za kurde.
Ona – No, właśnie, no się spienił… no, że ten… że 4-latka w bambuka zrobiła 300 chłopa,
Ona i On (razem) – Przepraszam za  bambuka.
Ona  (pauza) – No… a  że  mój wujek  w  straży pracował, to jemu się też oberwało  i  mnie  w  konsekwencji też – od mamy.
On – Tak…..
Ona – No, hufiec rozwiązali, a wojewoda podobno się do dymisji podał.
On – Dobrze, wszystko jasne. Wróćmy może do pani siostry.
Ona – Dobrze.
On – Jak znosi pani fakt, że przeżywacie niemal razem te same doświadczenia?
Ona – W jakim sensie?
On – No, cóż – bliźniaki to specyficzne rodzeństwo; w innym przypadku, młodszy brat czy siostra w starszym ma oparcie, może poprosić o radę… Starszy natomiast czuje się poważniejszy, dowartościowany… Opowiada o własnych doświadczeniach…
Ona – Tak.
(pauza, po chwili)
On – Więc…
Ona – No więc… ja o tych moich doświadczeniach to nie mowie mojej siostrze, bo raz jej powiedziałam – żeby być szczera to się pół roku nie odżywała do mnie.
On – A tak ?
Ona – Tak! Tak a propos tych doświadczeń. To jak jej powiedziałam, że miałam doświadczenie z jej chłopakiem, to się tak obraziła, że ho! No więc się nauczyłam, i teraz moja privacy to dla siebie, to znaczy dla mnie ja trzymam.
On – Dobrze… Czyli… Dzieciństwo. Ok… czy śpi pani dobrze? Czy śnią się pani może jakieś koszmary?
Ona – Ha, no niech pan doktor nawet nie mówi….Bo z tymi snami to ja mam poważny problem. Bo jak mi się śni to się sprawdza, ale nie zawsze, tylko ze no przecież nie wiem, kiedy się sprawdzi, a kiedy nie…
On – Proszę podąć kilka przykładów (lekarz w ciągu całego spotkania regularnie zapisuje)
Ona – No wiec tak: raz mi się gaśnica śniła, tak na przykład, no i się moja kuzynka urodziła, a jej tata to był ten mój wujek, co był strażakiem.
On – Interesujące.
Ona – Tak, nawet bardzo, bo mi się śniło, że ta gaśnica to się nie wiadomo skąd na targu znalazła no, a ta kuzynka moja to jest przyszywana, bo wujek to ja miał na boku – za przeproszeniem.
On – Nie do końca rozumiem interpretacje, ale nieważne… Jakieś inne sny?
Ona – Niech no pomyśle… A to tak! Raz mi się konewka śniła i sąsiad mój spadł z drzewa i się potłukł… Ale aż tak poważnie, że go do szpitala wzięli… No i tego samego dnia odwieźli, bo miejsc nie było, podobno. Bo trzeba wizyty pół roku wcześniej zamawiać. Właściwie to mógł pomyśleć… No, bo w zimie to wiadomo było, żeby gałęzi nie obcinał… No i by nie spadł… Bo skąd….
(lekarz przestaje pisać i patrzy na nią z otworzoną buzią)
On – Przyznaję, że trochę się zgubiłem (pauza) w tej interpretacji…
Ona – No tak! Konewka – ogród; podlewać (siada na kanapie i wymachuje rękoma w celu ilustracji snu), podlewać (pokazuje od podłogi aż ponad głowę), wyrasta…. Drzewo… No i spadł (ponownie kładzie się na kanapie).
(lekarz kładzie  rękę  na  czole, ciężko  wzdycha)
On – Rozumiem… coś jeszcze?
Ona – No i najgorsze to jak mi się śni, że jadę gdzieś i potem nagle sama nie wiem ani gdzie jadę, ani po co… no i wiem tylko, że do pracy… no i normalnie wtedy to dreszczy dostaję! I się budzę zlana potem…
On – Czyli mam rozumieć, że nie ma pani zawodowych ambicji? Nie myśli pani, iż praca mogłaby być drogą do samorealizacji?
Ona – (podskakując na fotelu, siadając i zaraz potem wstając) No tak, jak się człowiek kładzie to mu tlen do mózgu nie dochodzi i się potem od rzeczy mówi… No wiec, panie doktorze, wyjaśnijmy sobie jedno, …że ja do pracy takiej, jak na przykład odbieranie telefonów, umawianie i takie tam, to bardzo bym się nadawała! I by mi się to nawet podobało. Naprawdę (bije  się pięścią  w  serce), przysięgam (podnosi 2 place  w gore jak harcerze).
On – Dobrze, dobrze, zrozumiałem! Wróćmy na moment jeszcze do rodziny. Złożona jest ona, jak Pani mówiła, z pani, pani siostry i rodziców.
Ona – No, nie, ja tak wcale nie mówiłam, bo przecież jeszcze jest mój brat jako część rodziny.
On – Powiedziała mi  pani, że  jesteście 2  siostry…
Ona – No tak! I  brat.
On – Co w takim razie może mi pani o nim powiedzieć? Jesteście ze sobą  bardzo związani?
Ona – No tak aż bardzo to nie… bo on jest bardzo …jakby to powiedzieć… żeby nie urazić…
No  taki….despotyczny. Mama mówi, ze po dziadku despota z niego taki.
On – A w dziecinstwie ?
Ona –  W dziecinstwie podobnie.
On – Może mi pani  dąć  jakieś przykłady?
Ona – No to strasznie. Długo by było, ale. Tak w dwóch słowach: mój brat to zawsze mi mówił co mam robić, zamknij drzwi , otwórz  okno, zawiąż buty….i tak  w  kółko.
On – Przeszkadzało pani to, że dawał pani rozkazy?
Ona – O, właśnie. Ale potem  jak przeczytałam  książkę, to wszystko  zrozumiałam.
On – Jaką książkę?
Ona – No bestseller Samanty Rose Smith pt : „ Rodzeństwo – zrozumieć, by wybaczyć”.
On -….Zrozumieć…By wybaczyć…Co takiego zrozumieć?
Ona – No więc tak (opowiada z przejęciem), w tej książce jasno jest tłumaczone, że dla kobiet nie jest wielkim szczęściem mięć rodzeństwo płci męskiej, pospolicie nazywanego.Bratem z powodu tego, iż on nie rozumie. (Patrzy, czy doktor śledzi jej wypowiedź, króciutka pauza). Nie z własnej winy, to problem hormonów i DNA czy jak to nazwać naukowo.
On – Taakk… (pociera czoło zakłopotany)
Ona – (dalej z przejęciem) Jednak w przypadku brata jest  tego…ten…za przeproszeniem (robi gest jakim żartobliwie określa się homoseksualistów) i  bez obrazy i  z  całym  szacunkiem!, no  to  wtedy cala sprawa inaczej  wygląda  i  wtedy  jest prawdziwy  feeling.
On – Przyznaję, że…
Ona – Ale mnie tego szczęścia nie było doznać.
On – Domyślam się, że ta interesująca teoria mężczyzny za przeproszeniem (robi gest, jaki ona wcześniej) tyczy się jedynie braci a nie również… Mężów?
Ona – Ha ha ha , mezow  no  co  tez  pan  doktor! Pewnie, że  nie! Hahah !
On – A  gdybym panią  spytał o najpiękniejsze doświadczenie, wspomnienie  z dzieciństwa?
Ona – Ho, tu nie miałabym żadnych wątpliwości! Jak poznałam osobiście Św. Mikołaja , chociaż przyznać muszę, że nie przyniósł mi oczekiwanego prezentu…
On – Święty Mikolaj…i  co dokładnie pamięta pani  z tego spotkania 3-go stopnia?
Ona – Ah, no przede wszystkim, że miał głos baaardzo podobny do mojego taty!
On – Ah  tak? I nie przyszło pani do głowy, że to mógł być właśnie on?
Ona –  To znaczy niby że przebrany ?
On – (potwierdza kiwając  głową), no na przykład.
Ona – No nie, to w ogóle nie możliwe i nie logiczne.
On – Z jakiegoż to powodu?
Ona – No więc po pierwsze mój tata nie miał brody. A takiej  długiej to by nie miał kiedy zapuścić!
On – Tak… to poważny argument.
Ona – Jest jeszcze jeden  duuuużo poważniejszy!
On – Zamieniam się w sluch.
Ona – Mój tata (z przejęciem) był antykomunistą! (kiwa głową), tak! No na pewno by się na czerwono nie ubrał!
On – Rozumiem…To…Mocny argument.
Ona – Nawet nie mogłyśmy mówić w domu czerwony autobus! Tylko miejski! Ani czerwony jak burak!
On – Sytuacja została przez panią jasno określona… a gdyby miała pani określić ostatnie pozytywne, piękne doświadczenia?
Ona – To też wiem! Nic mnie tak nie wzruszyło jak to, gdy zrobiłam mój pierwszy test ciążowy. Błękitny.
On – Nie mam w tym wprawy, błękitny oznacza….
Ona – No właśnie. Ja myślałam, że błękitny to na chłopczyka, jak na zachodzie błękitny na chłopczyka, różowy na dziewczynkę… No i zaraz zamówiłam kościół na chrzest, żeby dziecko chrześcijańskie było.
 On – No a co oznaczał ten błękitny?
Ona – Nic. Negatywny (ciężko oddycha). Nic. Nic. Później odkryłam, że różowy też nie był nawet na dziewczynkę. Tylko ze te testy, to trzeba mięć 2 wyższe wykształcenia żeby je zrozumieć, fakultetowi, i to nie takie byle, jakie te wykształcenia…Bo tam w tych testach to się takie kreski ukazują i jak SA 2 to jest negatywny a jak 2 to pozytywny. No i ja to bym chciała zrozumieć, skąd oni to wiedzą.
On – Podejrzewam, że to sprawa hormonów.
Ona – Też tak myślałam, ale w głowie mi się to nie mieści, no, bo 2 kreski to pozytywne, no i z jakiego hormonu oni wiedzą, że ja chcę to dziecko, więc że to pozytywne? (pauza) No, a jak np. kobieta zachodzi w ciążę i nie chce, no, a po jakimś czasie się z tym godzi i chce, a test jest pozytywny od początku… (pauza) bah…
On – Przyznaję, że nie jest to jasne, rzeczywiście… Zmieniając temat, jakie są pani 3 zalety i 3 wady?
Ona – No wiec… jako wady – to jestem uparta, i ten… jak sobie coś postanowię, to nie ma świętych! I… co  jeszcze? Za bardzo ufam ludziom, zdecydowanie! No a zalety, to tak: jestem szczera, dobra, miła, uśmiechnięta, i otwarta, nie mam uprzedzeń, można na mnie polegać w każdej sytuacji, no i bez fałszywej skromności… (pokazuje  na  swą  twarz , kiwając  głową).
On – Dobrze… czy ma pani jakieś problemy z przyjaciółmi, ze znajomymi?
Ona – To chyba w normie. No, może poza tym, że fałszywa Kaśka obgaduje mnie, a ja nie mogę się odezwać nawet, bo (robi grymasy) nie wypada.
On – Nie wypada…
Ona – No, bo to prawie rodzina… Rodzona siostra męża kuzynki kuzyna mojego taty, z pierwszego małżeństwa.
On – No i co z tą Kasią?
Ona – A właściwie to nic tylko gada o mnie, że to niby pracować mi się nie chce – co jest nieprawdą, i że nieukiem jestem – co jest nieprawdą i że niby źle skończę – a to się okaże, jej córka już źle skończyła. W  kryminale.
On – W więzieniu?
Ona – Nie,  na  Sycylii za mąż  wyszła  a  sami Włosi  mówią  ze  Sycylia  to  jeden wielki kryminał…
On – Dobrze (czytając sporządzane notatki), proszę mi wytłumaczyć… Z rodzicami ma pani całkiem normalne stosunki, z rodzeństwem również, powiedzmy nic dramatycznego…Nie przeżyła pani żadnych dramatycznych epizodów, jest pani szczęśliwie zaręczona…Więc, w czym problem? Co spędza  pani  sen  z  powiek?
Ona – Problem ? Ja?  Sen  z  powiek  mnie???
On – Co sprawia, że źle się pani czuje?
Ona -A!!!! O to chodziło, no, źle się czuję, jak zjem coś słodkiego i wsiądę do samochodu. A  waty  cukrowej  to  już  nie znoszę!
On – Miałem  na  myśli złe samopoczucie. Problemy z  duszą  nie  z  ciałem.
Ona – Bah? A ja o czym mówiłam?
On – Co  chciałaby  pani zmienić?
Ona – Na duszy  czy  na  ciele?
On – Wszystko jedno.
Ona – No, więc, jeżeli chodzi o cechy zewnętrzne, to chyba tyłek – za przeproszeniem, – ale to pan zaczął.
On – Ah…
Ona – No, nie chodzi już nawet o to, że mi się mój nie podoba, bo przecież i tak na niego nie partie, tylko ten taki, jak Brazylijki mają, to jest duuużo ładniejszy, moim zdaniem. A na duszy  z  kolei to chciałabym być mniej wrażliwa.
On – Ah tak, czuje się pani wrażliwa? W jakich okolicznościach?
Ona – Dużo płaczę  i  łatwo się rozpłakuję. Czasami praktycznie bez powodu. Na przykład na pogrzebie, jak już zacznę to nikt nie jest w stanie mnie powstrzymać. Płaczę i płaczę.
On – W takich okolicznosciach wydaje mi się to bardziej niż normalne.
 Ona – No tak, oczywiście, ale ja płaczę również na pogrzebach ludzi, których w ogóle nie znałam! No na przykład jak wchodzę przypadkiem do kościoła to mnie praktycznie zawsze sadzają w pierwszej ławce, bo jak zacznę płakać…. A na ślubach jak płaczę!
On – Na ślubach rownież?
Ona – Ojej ! I to jak ! I to naprawdę przeszkadza w normalnym życiu! Na przykład w ostatnią sobotę tak strasznie płakałam na ślubie, że pani młoda spytała czy jestem ex dziewczyna jej męża!
On – I  co pani  odpowiedziala?
Ona – Że tak.
On – Czyli był to pani ex-chlopak?
Ona – Ależ  skąd!
On –  To dlaczego tak pani powiedziała?
Ona – Żeby ją uspokoić.
On -Uspokoić??? W jakim  sensie??? Mówiąc w dniu ślubu, że była pani jego dziewczyną?
Ona – No więc tak. Aż takie to skomplikowane to nie jest. Więc ten pan młody, to po pierwsze wcale taki młody nie był, a poza tym taki trochę nieudany… Bez obrazy i ten… ona taka jakaś mi się niezdecydowana wydawała, wiec pomyślałam, że to ją może uspokoić, że ktoś przed nią go chciał…
On -Teraz rozumiem. Powiedzmy (patrzy na zegarek). Na dzisiaj  wystarczy.
Ona – Wow! Ale emocje! I jak mi poszło? Moment? Jak to dzisiaj? To znaczy, że mam wrócić? Czyli wszystko ok.? Czyli zostałam przyjęta? Dziękuję!!!
On – Tak. 2 razy w tygodniu, przez co najmniej 6 miesięcy. Proszę zostawić 100 pln pielęgniarce.
Ona – (oburzona)  Że  niby  co? No ja  to może jestem młoda, ale nie głupia! Po pierwsze, pisało w ogłoszeniu codziennie od 14 do 19, zusy opłacone, a pan mi tu teraz, że niby 2 razy w tygodniu? I  te 100 pln? To  chyba  pan  te  zusy ma płacić,  a nie  ja, co?
On – Proszę wybaczyć… nie rozumiem.
Ona – Ogłoszenie, w gazecie…
On – W takim  razie mam  wrażenie,  że  doszło  do przykrej pomyłki. Jak  pani godność? Nałkowska?
Ona – Nie no nie Nałkowska,  NaTkowska!!!
On – Natkowska… Natkowska… Natkowska Aneta?
Ona – Rany, no, pan doktor to jest roztrzepany jak ja albo i gorzej. Agnieszka, panie doktorze! (Dzwoni jej telefon z muzyka „Czy tutaj mieszka panna Agnieszka”) Mogę odebrać? Prawda?
On – Oczywiście (muzyka dzwoni nadal)
Ona – Fajna muzyka, prawda (pyta doktora – do słuchawki wstaje i chodzi, kiedy rozmawia): Halo, no cześć mamo. Moment, poczekaj (przykłada słuchawkę telefoniczną do siebie i mówi do doktora), właściwie to pasuje do okazji.
On – Co pasuje?
Ona – No, jak co!? Muzyczka, dzwonek! Ale powinno być „Czy tutaj pracuje panna Agnieszka”, tylko rymu nie ma – (mówi do tel.) – no halo, jeszcze nie mogę rozmawiać, bo jestem w gabinecie….Nie w toalecie. W gabinecie lekarskim. Nie, nie jestem chora.! Jeny. (Szeptem) – u doktora. Tego psychiatry. No, jak to, po co poszłam do psychiatry. Nie, to nie ma nic wspólnego z tobą ani z tatą. Praca, mamo, praca. Znalazłam pracę. Tak, u psychiatry. Zadzwonię do ciebie, jak wyjdę, na razie. Pa, pa. Że co? Aaa. Ok. Schabowe ! I ziemniaki. Ok. (na glos) do uslyszenia później. (do lekarza) – Moja mama, trochę zdziwiona, że jestem u psychiatry, no wie pan doktor, nic dziwnego, matka dzwoni do córki i jak pyta „gdzie jesteś”, a ta odpowiada: „u psychiatry”. Z całym szacunkiem.
On – Rozumiem…
Ona – No, z wyjątkiem mamy pana doktora na przykład. Ona się nie dziwi, że pan doktor jest w gabinecie…
On – Moja mama chyba nie jest do końca szczęśliwa z faktu, iż pracuję w… gabinecie, marzyła abym został pilotem, a tu nie dość że lekarz, to jeszcze psychiatra (śmiech)
Ona – Ojej!
On – Ale wracając do nas, czy potrafi pani pisać na maszynie?
Ona – Przepraszam, że tak w nie swoje sprawy, tak na maszynie, tak, no, a jak na przykład ktoś pana mamy pyta, kim pan jest z zawodu, to co ona odpowiada?
On – Ze jestem chirurgiem, albo ze świeckim spowiednikiem, to zależy….
Ona – Chirurgiem ludzkich dusz!
On – Ładnie to Pani określiła.
Ona – Dziękuje. A żona?
On – Co żona?
Ona – Ona akceptuje pana pracę?
On – Nie zastanawiałem się nad tym, myślę, że tak.
Ona – Ale jak ktoś pyta, co pan robi, to co ona  mówi?
On – Że jestem lekarzem, unika podawania szczegółów.
Ona – Och, jak ja pana doktora rozumiem. Jak moja kuzynka tańczyła na rurze, to też cała rodzina mówiła, że jest artystką – tancerką… Artystka to jest z niej niezła, ale w innym sensie.
On – Tak to już jest z artystami….
Ona – No i, moim zdaniem przychodzi taki moment w życiu ze każdy z nas rozczarowuje rodziców. Ktoś, bo ucieka z domu z tirowcem, ktoś, bo tańczy na rurze, pan doktor, bo jest nie tym doktorem, co trzeba….
On – niestety tak właśnie jest, inni zawsze czegoś od nas.Oczekują a nasze pragnienia z tymi innych nie zawsze się pokrywają…
Ona – O właśnie, o tym  mówię. I potem się dziwią, że ludzie po psychiatrach chodzą, że o psychologach nie wspomnę!
On – Tak….
Ona – Ale ja pana doktora szanuję.
On – Za co?
Ona – No… Taki ciężar problemów ludzkich na siebie brać.
On – O, tak….
Ona – I nie móc o tym z nikim rozmawiać, tajemnica. Jak ksiądz?
On – Dokładnie. Tylko żenić się możemy.
Ona – Ha! Całe szczęście. No z tą tajemnicą zawodową, to nawet gdyby pan doktor chciał coś powiedzieć, to mamie nie może, żonie też nie, a z kochanką, nawet jakby pan doktor miał, to się nie  rozmawia  o  takich  sprawach!
On – Kochanki nie mam, ale zgadzam się z tym konceptem.
Ona – No i z kim pan doktor rozmawia?
On – Z nikim – najczęściej, czasem z kolegami – psychiatrami
Ona – Ahhh !  To chyba ciężko….
On – Co  ciężko?
Ona – No jak pan doktor powie jeden przykład, a jest was pięciu to się rozluźni o tym przykładzie mówiąc, ale jak potem każdy opowie jeden przykład…. i to ten kliniczny przypadek… No to się załamać można! Chyba….
On – Powiedzmy ze rzeczywiście czasami nie jest łatwo….
Ona – A takie najcięższe przypadki co pan doktor miał to  jakie na przykład  były?
On – Nie mogę o tym rozmawiać.
Ona – No, ale bez nazwisk, rzecz jasna…
On – hm……
Ona – A czy są tez niebezpieczni?
On – Najbardziej niebezpieczni ludzi, to ci, którzy wyglądają na całkiem normalnych.
Ona – Ahhhhh…  (Pauza). Ja tez tak mówię,  cicha woda to brzegi rwie !!! Że ho ho,  rwie.
On – Tak, to, kiedy może pani zacząć ?
Ona – Choćby od razu. A tak właściwie to skąd się to wzięło, że u psychiatry to się człowiek na kanapie kładzie?
On – Po pierwsze, nie patrzy się wtedy na twarz lekarza, wiec łatwiej jest się otworzyć, odpowiada się na pytania głosu a nie lekarza, po drugie, sama pozycja relaksuje, rozluźnia.
Ona – A pan doktor tez się tak czasem tam kładzie?
On – Rzadko
Ona – Mnie się wydaje, że to pomaga, wcześniej, jak się położyłam, to tak jakoś miło i… A to ciężko jest takim psychiatra być?
On – Hm. W jakim sensie?
Ona – No, żeby ludzie opowiadali o sobie.
On – Wydaje mi się, że najtrudniejsza faza to ta przed przekroczeniem progu gabinetu. Wchodząc, pacjent wie, że będzie opowiadał o sobie, rodzinie, problemach.
Ona – Niech się pan doktor położy.
On – Położy gdzie?
Ona – No, na kanapie
On – Dlaczego?
Ona – Chce zobaczyć, czy ona działa.
On – Kanapa?
Ona – No, skoro ludzie słuchają głosu i opowiadają….
(Lekarz kładzie się na kanapie, ona bierze notatnik i zapisuje coś, po czym pyta)
Ona – No wiec, Panie Arkadiuszu, jak to się stało, że został pan psychiatrą?
On – (mówiąc powoli, cedząc każde słowo, jednocześnie zarzucając nogi na oparcie kanapy) Zawsze myślałem, że w mojej rodzinie nie brakuje wariatów.
Ona – Proszę mówić dalej (robiąc ten gest,  co  on  na  początku,  żeby  kontynuował)

Dodaj komentarz