Teatr to rzut adrenaliny – rozmowa z Joanną Żółkowską

Rozmowa z Joanną Żółkowską, aktorką Teatru Powszechnego w Warszawie, laureatką Nagrody Boya (w roku 2002).


Należy do najbardziej popularnych polskich aktorek, z powodzeniem łączy pracę w teatrze z występami w popularnych serialach i komediach telewizyjnych. Skończyła Państwową Wyższą Szkołę Teatralną w Warszawie. Po studiach rozpoczęła pracę w zespole Starego Teatru w Krakowie. Zadebiutowała w słynnej inscenizacji DZIADÓW Adama Mickiewicza przygotowanej przez Konrada Swinarskiego (1973). Zagrała Zosię. Jej pojawienie się na krakowskiej scenie stało się wydarzeniem z pogranicza sztuki i skandalu. Zosia w wykonaniu Żółkowskiej pozbawiona była poetycko-lirycznych cech. Przykuwała uwagę erotyzmem. To o Pani…

Dawne lata. Już pierwsza próba z całym zespołem wzbudziła poruszenie. Komentowano to, co robię. Wyciągnęłam z tego wniosek, że trzeba być odważnym, zaskakiwać, prowokować i szukać rzeczy nowych. To jest sztuce potrzebne.

Potem była bardzo zmysłowa Leni w „Procesie” wg Franza Kafki w reżyserii Jerzego Jarockiego, Kamila w „Domu otwartym” Michała Bałuckiego w reżyserii Jerzego Kreczmara Harfiarka w „Wyzwoleniu” Stanisława Wyspiańskiego w inscenizacji Konrada Swinarskiego i koniec czasów krakowskich. Zaczął się film – epizod w „Iluminacji” Krzysztofa Zanussiego, Aga w filmie Stanisława Różewicza i Warszawa.

Teatr Powszechny, z którego „wyszłam” tylko raz, na dwa lata, bo uwiódł mnie swoją urodą i magią teatr Jurka Grzegorzewskiego. Po tym epizodzie wróciłam, jak do domu, do Teatru Powszechnego.

I pierwsza znacząca rola w Teatrze Powszechnym: Louise w „Sprawie Dantona” Przybyszewskiej w reżyserii Andrzeja Wajdy. Znakomite recenzje i zaskakująca interpretacja. Ewa Kasprzycka pisała: (…) grała Luizę tak, jakby w każdej chwili obawiała się ciosu, gotowa zasłonić się przed uderzeniem. Grała Luizę zastraszoną i sterroryzowaną przez męża. Po aresztowaniu Dantona Louise stała się sobą, człowiekiem wolnym. Potem była Katia w „Barbarzyńcach” Gorkiego w reżyserii Aleksandra Bardiniego, Sandra w „Locie nad kukułczym gniazdem” w reżyserii Hubnera, antyromantyczna Klara w „Zemście” w reżyserii Zygmunta Hubnera. Roman Szydłowski pisał: Joanna Żółkowska zagrała ją pysznie. Jest bardzo śmieszna i ma wdzięk, ale możemy się domyślić, że będzie z niej twarda baba, kiedy weźmie swojego Wacława pod pantofel.

Nie mogłam zagrać Klary „po bożemu”. Zygmunt Huebner obsadzając w roli Wacława Andrzeja Wasilewicza, wielkie, potężne chłopisko, które nie miało nic wspólnego z fredrowskim Wacławem zmusił mnie do innego zobaczenia Klary. Jak zobaczyłam Wasilewicza, wiedziałam, że muszę zupełnie inaczej grać. Huebner, gdy  nas zderzył, też to zobaczył. A ja umiałam tę inność wykorzystać i na tyle miałam talentu w tej swojej grze, że postać, którą stworzyłam była wiarygodna. Sama nigdy bym takiej Klary nie wymyśliła.

Rolą, która w dużym stopniu odmieniła Pani sceniczny wizerunek, była Ona w „Ławeczce” Aleksandra Gelmana w reżyserii Macieja Wojtyszki. Andrzej Multanowski notował: (…) buduje swoją rolę kontrastowo zróżnicowanymi środkami pokazującymi zda się neurotyczną zmienność stanów psychicznych tej postaci. Jest więc agresywna a zarazem uległa, bezradna a jednocześnie przebiegła, oschła i czuła. Krystyna w „Pannie Julii” Augusta Strindberga, Martę w „Romeo i Julii” Szekspira przedstawieniach reżyserowanych przez Andrzeja Wajdę, Tatiana w „Nowym Wyzwoleniu”, Popsi w „Juwenaliach”, postacie w sztukach Witkacego w reżyserii Piotra Cieślaka. W 1995 roku wielka królowa Anglii w  „Marii Stuart” Fryderyka Schillera w reżyserii Roberta Glińskiego. Jacek Lutomski, recenzent „Rzeczypospolitej” donosił: Aktorce świetnie udało się uchwycić wewnętrzną sprzeczność tej postaci. Elżbieta będąc silną, dominującą osobowością, była jednocześnie słaba, chwilami niezdecydowana, łasa na przypochlebianie się mężczyznom.

Tak, ale moim żywiołem jest komedia. Na pewno. Mnie ciągnie w stronę komedii, która w naszym kraju jest niedoceniana, więc aktor komediowy zawsze jest „gorszy” od aktora dramatycznego. Uważam, że zagrać dobrze komedię to dopiero jest trudne. Łatwiej jest zmusić człowieka do płaczu niż do śmiechu. Moim aktorem – idolem był Bogumił Kobiela. Najlepszą polska komedią dla mnie jest „Zezowate szczęście”. W komedii trzeba się posługiwać i rozumem, i skrótem, i używać inteligencji, i być prawdziwym, i utrzymywać się na pewnym poziomie. Jeżeli ja chcę mówić w swoim aktorstwie jakąś prawdę o człowieku – a przecież głównie po to wychodzę na scenę –  to w człowieku jest tyle samo śmieszności, co powagi. W każdej sytuacji znajdzie się coś śmiesznego. Żyjemy w takim paradoksie, poruszamy się pomiędzy śmiesznym a strasznym.

My, Polacy, uwielbiamy powagę i pompę…

Nie znoszę tego. Jestem wrogiem pompatyczności, megalomanii i wszystkich tego rodzaju grzechów. Wiem., że z tym nic nie można zrobić. Jesteśmy napompowani, napuszeni, nabzdyczeni, a jednocześnie każda taka sytuacja budzi dowcip. Zupełnie nie potrafimy się z siebie śmiać. Natomiast na temat wszystkiego dookoła potrafimy się śmiać z takim ostrym okiem, ostrym językiem.
Tej napompowanej powagi nie lubię, wolę kino czeskie.

Na początku lat 90. sukcesy przyniosły spektakle grane z Januszem Gajosem, m.in.: komedia „Tutam” Bogusława Schaeffera w reżyserii Marka Sikory, „Mąż i żona” Aleksandra Fredry w reżyserii Krzysztofa Zaleskiego, niezapomniana, nowa Justysia w sztuce Fredry. Barbara Osterloff pisała:  Żółkowska pokazała ją jako kobietę, która potrafi dbać o swoje interesy, a przy tym kutą na przysłowiowe cztery nogi. (…) Znakomicie kontroluje swoje emocje i zachowanie. A kiedy trzeba, udaje głupią. Fryzura ‚na koczkodana’, niemrawy uśmiech, okrągłe ze zdziwienia oczy – ta Justysia jest absolutnym przeciwieństwem fertycznej i żywej jak srebro służącej.

No cóż, stałam się kobietą dojrzałą, świat wokół mnie bardzo się zmienił. Justysia, ta grana przez lata, nie byłaby wiarygodna.

Chyba najbardziej niebywałe dla aktora jest, gdy zamrozi publiczność, tak, że niemal przestaje oddychać, wsłuchuje się w jego słowa, głos…

Tak, to nieprawdopodobne uczucie. Przeżycie nieporównywalne z niczym. To są takie zaczarowane chwile zarówno w życiu aktora, jak i publiczności. Takie wyjęte z rzeczywistości. Dlatego chyba ludzie chodzą do teatru. Jedni stoją po jednej stronie, drudzy po drugiej, ale chcą wspólnie coś przeżyć, coś, co ich oderwie od rzeczywistości. Przychodzą w miejsce z założenia sztuczne, wydzielone i przyjmują to założenie. Aktorzy wierzą w  świat, który kreują w tym sztucznym miejscu, a widzowie przychodzą, bo chcą w niego wierzyć. I miejsce sztuczne zaczyna być niesztuczne.

W tym sztucznym miejscu widz nie utożsamia aktora z człowiekiem, którym on jest na co dzień, a w filmie jest to niemal regułą…

Film jest bardziej realistyczny, po pierwsze: jest totalnie ciemno, jest ekran i twarze wielkości nadnaturalnej. Film odtwarza życie realistycznie, to złudzenie jest stuprocentowe. W filmie jest tak, jakby się było z tymi ludźmi na ulicy czy w domu. W teatrze nie, wszyscy mają świadomość umowności.

Aktor to człowiek do wynajęcia, który zagra wszystko?

Nie, tak do końca nie jest. Magia być musi, bo inaczej po co to robić? Jest to też w jakimś sensie zawód użytkowy, więc trzeba znaleźć jakiś złoty środek. Katharsis – musi coś z tego być. To gra emocji i na emocjach, a to zawsze jest jakimś oczyszczeniem. Chcę ludziom pokazać, uzmysłowić, co się może zdarzyć człowiekowi, co się może zdarzyć z człowiekiem. Bo po co ja to w sumie robię? Tak się zastanawiam…

Chyba nie po to, żeby pokazać siebie?

Coś takiego w tym też jest. Olivier powiedział – przeczytałam to w jego pamiętnikach – że jak go tak pytano i pytano, dlaczego został aktorem, odpowiedział, że powie prawdę: po prostu ja zawsze bardzo lubiłem się popisywać. W ten zawód jest wpisane popisywanie się. Ale to nie może być głównym powodem uprawiania go. Wydaje mi się, że powinno być pod spodem coś takiego, że chcę ludziom objaśnić świat, chcę pomóc objaśnić świat, dać kolejną interpretację. W ogóle sztuka jest po to, aby objaśnić świat, oswoić świat. Wszystkie moje role to próba pokazania jak można go oswoić czy oswajać.

Młodego aktora chyba bardzo korci takie: stanę i oto zagram. Ja.

Tak, to są pokusy niedojrzałości. Ale bez tej cechy, tego umiłowania do popisywania się, uprawianie tego zawodu jest niemożliwe. Teraz ja mówię…

I wszystkich rzucę na kolana?

Bez tej cechy nie ma aktora. Jako młoda aktorka grałam „W oczach zachodu” w reżyserii Hubnera – nie zapomnę tego. Był tam taki fragment, że ja tak szłam do przodu wygłaszałam mądry monolog. Szłam do przodu, stawałam i ciągle mówiłam, i tak się wymądrzałam, mówiłam takie mądre rzeczy. Była pełna sala, zapadła cisza i ja mówiąc te mądre rzeczy jednocześnie myślałam: kto mi dał do tego prawo?! Co ja robię?! Ale jest coś takiego, że to robię, że muszę to robić i nie daj Boże, żeby ktoś tego nie słuchał! Zabiję!!! Dwie sprzeczne rzeczy jednocześnie w głowie.

Jaki był Huebner?

Był taki dzień w tajnym kanale Kultura, który powinien być podstawowym kanałem. Więc tajny kanał Kultura zrobił taki dzień poświęcony Teatrowi Powszechnemu w Warszawie. „Na żywo” transmitowany – „Słomkowy kapelusz” w reżyserii Piotra Cieślaka, piękne przedstawienie. Cały dzień poświęcony Hübnerowi, naszemu teatrowi. Chciałam jeszcze raz przeczytać felietony Hübnera – „Loki na łysinie”. Tak sobie to powoli czytam i stwierdzam, że nic z tego, co on mówił się nie zestarzało. Trochę się zmieniły okoliczności polityczne.
To był przede wszystkim wspaniały dyrektor. I świetny człowiek. Zawsze mówił, że bardzo ważne jest towarzystwo, w którym się przebywa i że „moje granice kompromisu są od dawna ściśle określone”. Zapamiętałam niektóre rzeczy, które mówił. Poza tym ten rodzaj kultury osobistej, no nie ma dzisiaj takich ludzi – delikatnych, wrażliwych, mądrych. To cechy pokolenia przedwojennego, ale jeszcze z przedwojennych rodziców. Ostatnie chwile eleganckiego świata. Moje spotkanie z Hübnerem to było wejście w niebywale elegancki świat, w którym nie było chamstwa, ordynarności. Były piękne słowa, piękne myśli, piękne zachowania.

Nie było patrzenia na wszystko i wszystkich z perspektywy pieniędzy…

To jest teraz – zostawmy ten temat. W ogóle nie mówiło się o pieniądzach. Czasami nawet mieliśmy mu za złe, że nie umiał się tym zajmować.

Pracowała Pani też z Jerzym Grzegorzewskim…

Taak. Nawet wróciłam po latach do niego, ale wytrzymałam tylko dwa lata. Bardzo lubiłam jego teatr oglądać, ale nie umiałam się znaleźć w jego teatrze. Moim zdaniem Jurek kasował wszystkich, był tylko on. Wszyscy mu służyli jako tło, byli bez emocji, bez twarzy. Dla mnie jest nie do przyjęcia, żeby mnie ktoś użył jako swojego – narzędzia? Chyba tak, jako narzędzia. Moje ego – nie dało się, w żaden sposób. Tylko dwóm aktorom udało się u niego zaistnieć, nie stracić się, a on jakby ich wychował. To był Malajkat i Zamachowski. Dwie osoby wychowane na jego piersi istniały jako osoby, poza jego teatrem. Ale to nawet nie o to chodziło. On używał aktorów jak przedmiotów, co dla mnie było nie do zniesienia. Byli aktorzy, którzy go ubóstwiali. Poszłam do jego teatru z chęcią, przyjęłam propozycję. Odeszłam, gdy stwierdziłam, że ten teatr jest nie dla mnie. Powiedzieliśmy to sobie bardzo wyraźnie, jasno i Jurek nie miał mi tego za złe. Rozstaliśmy się w dobrym stylu.

Pani od lat związana jest z jednym teatrem. Co w tym teatrze jest takiego, co Panią trzyma?

Ten teatr przede wszystkim trwa. Do tego teatru zaangażował mnie Hubner i do jego śmierci byłam tu w sposób naturalny i oczywisty. Potem zostałam, gdyż nic mi w tym teatrze nie przeszkadzało, czułam się w nim dobrze, grałam i gram interesujące role. Ten teatr ma tradycję, jest ciągle trochę domem, nawet dla młodych, jak Woronowicz, czy moja córka i cała grupa młodzieży aktorskiej.

Czy dużo rozczarowań przeżyła Pani w tym zawodzie?

W ogóle. Może dopiero teraz, dość późno, zaczynam zauważać, ile w tym zawodzie jest rzeczy trudnych do przeżycia. Nie były dla mnie trudne przez te wszystkie lata. Jak bardzo czuły sejsmograf umiałam odrzucać rzeczy niepotrzebne, które mi nic nie dawały i wychwytywać, te, które są czegoś warte. Nie mogę powiedzieć, że ktoś mnie z czegoś okradł, wygryzł, coś mi złego zrobił, bo mnie nie lubił – w ogóle mnie to nie interesowało. Miałam silny instynkt przetrwania i wiedziałam, że najważniejsze jest to, żeby zrobić jak najlepiej to, co reżyser mi zaproponował.
Od czasu do czasu dobrze jest w tym zawodzie wyszorować po prostu schody ryżową szczotą – to daje właściwe proporcje. Dzięki takiej postawie przeżyłam ten zawód właściwie bez stresu. Może teraz bardziej mnie boli czyjeś nielubienie czy złość. Im jestem starsza tym mam mniejszą odporność, nie mam takiej siły, że nic poza tym, co mam w tej chwili do zrobienia mnie nie rusza.
Ktoś mi powiedział – i to jest racja – żeby się nie dać zdominować temu zawodowi. Zawód nie może mi wejść na głowę, nie mogę mu podporządkowywać całego swojego życia. Zawsze wiedziałam, że muszę mieć swoje sprawy, swój dom, swoje dziecko, że muszę mieć to drugie, normalne i pełne życie. Od czasu do czasu trzeba temu zawodowi dać kopa, żeby sobie nie myślał.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Justyna Hofman – Wiśniewska

Dodaj komentarz