Dwoje w drodze

Spowiedź ludzi wykolejonych? Można tak określić sztukę „Dwoje w drodze” Cesara de Marii graną na olsztyńskiej Scenie Margines. To tragiczne monologi, ale – co podkreśla jeszcze tę dramatyczność – niezwykle osadzone w rzeczywistości.
Image
Nie ma tu rzeczy „nie z tego świata” – mimo iż pojawiają się kosmici. Ale to tylko epizod. Drobny żart na początek, by potem odkryć przed widzem koszmar, z jakim borykają się bohaterowie. Koszmar, który stawia ich na rozdrożu, ale jednocześnie każe iść dalej.

Cesar de Maria napisał sztukę wstrząsającą. Bo, jak inaczej można powiedzieć o matce, która  w ataku psychozy wyrzuca córeczkę z diabelskiego młyna w lunaparku? Co o mężczyźnie, który musi zadecydować, czy pokierować bandytów do jego mieszkania, czy do sąsiadki? A co o mężczyźnie – owładniętym manią seksu, który dowiaduje się, że jest nosicielem HIV? Który w akcie desperacji zabija? Historie niełatwe, ale szalenie ludzkie.

Na scenie pojawia się Marzena Bergmann i Cezary Ilczyna. Role przekonujące – zwłaszcza męska kreacja. A to dlatego, że postaci kobiety zdają się być niezrozumiałe, wyrwane z kontekstu. Oczywiście nie ma tu nic do rzeczy warsztat Marzeny Bergmann, bo aktorka rzeczywiście daje z siebie wszystko, ale problemem jest inscenizacja Andrzeja Bartnikowskiego. Spektakl niby z pozoru ma składać się odrębnych historii, ma być zabawą w skojarzenia, ale nie do końca wszystko można pozszywać. Bowiem nijak do całości ma się historia z kosmitami i psem Pluto. Również zagadką jest monolog pani psycholog. Owszem – lekarka jest spoiwem, ale jej słowa niczego nie wnoszą. Bowiem historia ze skrzynią i misiem nie otwiera żadnej furtki. Zatrzymuje widza, nie kieruje jego uwagi w żadnym kierunku – tak jak czynią to postaci męskie. Tutaj jedno wynika z drugiego, jedna scena prowadzi do drugiej – można to nazwać efektem domino. Również Cezary Ilczyna gra świetnie. Potrafi udźwignąć wielopłaszczyznowość swojej roli – raz jest przerażonym mężem, innym razem korzystającym z życia „bliźniakiem czterojajowym”, a innym razem człowiekiem bliskim samobójstwa. Ilczyna potrafi przekonać – nawet do tego stopnia, że wielu widzów nie może zasnąć w nocy po sztuce. – Nic tu nie jest jasne, nie wiemy nawet, czy bohaterowie żyją naprawdę. Zostawiamy widza z nie lada dylematem – uważa – Problemy bohaterów dotyczą najbardziej fundamentalnych i intymnych pytań człowieka. Poznajemy rozdartych wewnętrznie bohaterów, niczym z antycznego teatru. Są postawieni przez los pod murem.

Oczywiście o wartości sztuki świadczy również kreacja Marzeny Bergmann, bo i ona potrafi wedrzeć się do świadomości widowni. Po prostu – mówiąc lakonicznie – trafiła „na gorszy kawałek tortu”. Ale te dwie – wypełniające się bądź nie elementy sztuki – tworzą naprawdę dobry spektakl. Można powiedzieć, że jeden z lepszych, jaki spłodziła Scena Margines. Siła monologu ma tutaj rację bytu – tym bardziej, że poparta jest ubogą scenografią. Widz więc jest świadkiem teatru słowa, teatru kontemplacji, jakich ostatnio niewiele. Zwłaszcza w świecie, w którym coraz mniej się rozmawia, coraz mniej MÓWI. A przecież jest, o czym mówić. O tym świecie właśnie. – Interesuje mnie moralitet, ale nie chodzi o pouczanie, tylko o perspektywę pozaświatową, gdzie bohaterem jest everyman – każdy, a ta sztuka właśnie taka jest – twierdzi Andrzej Bartnikowski.

Sztuka przedstawia – co najważniejsze – relacje między ludźmi, istotę związku. Ukazuje, że życie wciąż z tym samym człowiekiem jest niezwykle trudne. To oczywiście nie dziwi, bo każda droga – nawet usłana różami – ma swoje kolce. Dlatego więc zakończenie spektaklu jest parodią happy endu. Nasuwa pytanie – czy być może idealnym partnerem jest ten, z którym chciałoby się umrzeć (niczym w przysiędze małżeńskiej – „aż do śmierci”)? I czy daje odpowiedź? Najlepiej sprawdzić samemu…

Autorowi – zaproszonemu na premierę – olsztyńska inscenizacja przypadła do gustu. – Podoba mi się minimalistyczna przestrzeń, ograniczona liczba przedmiotów i jedno miejsce, które odgrywa rolę wielu. Widz mógł ją interpretować. W takim ujęciu gra aktorska zostaje podkreślona – uważa – W Peru sztuka była realistyczna, towarzyszyła jej inna temperatura emocjonalna. Akcja toczyła się w kilku miejscach, określonych przez zmienne dekoracje. Inne były też emocje. W Peru to, co gotuje się w człowieku, pokazaliśmy na zewnątrz. W Polsce zobaczyłem wewnętrzne uczucia postaci, a widz do końca nie wie, jakie będą reakcje.

Ada Romanowska
cricot@wp.pl <mailto:cricot@wp.pl>
foto: Jerzy Szymanek

Dodaj komentarz