Polskie „japiszony” w Teatrze TV

Jeden z najciekawszych polskich współczesnych tekstów dramatycznych, „Najwięcej samobójstw zdarza się w niedzielę” Anny Burzyńskiej został przedstawiony w poniedziałkowym Teatrze TV, 13 marca o godz. 20.15, w reżyserii Macieja Dejczera. A oto nasza recenzja.


Maciejowi Dejczerowi udało się przełamać stereotyp zadowolonego z siebie japiszona. Sięgając po tekst Anny Burzyńskiej "Najwięcej samobójstw zdarza się w niedzielę", zdarł maskę z uśmiechniętej ‚gęby’ sukcesu.
 
Oto w niedzielny poranek budzi się obok siebie dwoje młodych ludzi – On i Ona, Klara i Nikodem. Co zrobimy z tak pięknie zapowiadającym się dniem? – zdają się pytać. To głośno, bo w oczach widać strach. Maciej Stuhr (Nikodem) i Monika Kwiatkowska (Klara) doskonale operują ciałem. Nerwowa gra mięśni pod skórą, niepewność w oczach, tiki i mimowolne ruchy. Tylko na usta ciśnie się afirmacja. Wiadomo, oboje są ludźmi sukcesu, 30-letnimi japiszonami czy pampersami, którzy dorobili się i kasy, i stanowisk, teoretycznie więc świat powinien leżeć u ich stóp. Czy leży?
Sielska opowiastka z życia współczesnego człowieka sukcesu szybko zmienia się w nowoczesną tragedię, w której jedyną formą rozgrzeszenia może być – śmierć.
Skoro trzeba rozgrzeszenia, ktoś musiał popełnić grzech – wykroczenie przeciwko sobie lub innym. I rzeczywiście, mamy tych grzechów w sztuce wyreżyserowanej przez Dejczera kilka.
Grzech 1: bałwochwalstwo. Klara i Nikodem mają forsę. Oprócz forsy nie mają jednak niczego. Wartości? A co to jest? Książki? Nudziarstwo. Rozmowa? Ale o czym? Przyjaźnie? Tylko z ludźmi, przed którymi można się pozgrywać na lepszych – zatem zero przyjaźni.
Grzech 2: pozoranctwo. Stworzyli związek na zasadzie przyciągania się podobieństw. On i Ona mieli pozycję, byli młodymi zwycięzcami. Szanowanymi w firmach. Z niezłymi brykami i tym błyskiem w oku… Błysk okazał się szkłem kontaktowym nałożonym przez wewnętrzne obostrzenia i świadomość, że w tym świecie trzeba grać, udawać, być nie-sobą, żeby nas „poważano”. Oboje zbudowali siebie na pozorze, a to – śmierć za życia.
Grzech 3: pustka. W tę niedzielę, kiedy budzą się i po przepisowych 2 minutach seksu zaczynają swoją małą psychodramę, okazuje się, że zostali „canceled”. Wymazani, wykreśleni, wyrzuceni z pracy. Gra pozorów, wielkie udawanie, musiało jednak trwać, żeby związek i życie zachowały sens. Oboje udawali przed sobą szczury sukcesu, wychodzili do pracy, wracali nocami do domu. Strach pomyśleć, co by było, gdyby się wydało.
Grzech 4: kłamstwo, które nie może wyjść na jaw.
 
Tyle grzechów.
Niedziela to siódmy dzień tygodnia, kiedy Bóg wykonał swoją pracę i udał się na spoczynek. Człowieka stworzył na swoje podobieństwo. Pracuje, a potem odpoczywa – wiedząc, że to, co robi przez 6 dni, jest dobre. Bóg jako istota idealna zapewne potrafi odpoczywać. Ale człowiek? Co, jeśli nagle nie ma pracy i nikt nas już nie zapewni, że robimy coś dobrego? Jeśli jesteśmy słabi, będziemy udawali. Przed innymi i przed sobą. Jeśli silni, poszukamy siebie w naszych wnętrzach, pamiętając, że istnieje coś jeszcze poza krzywą mordą biurowego szczura z kuferkiem pełnym kasy. Jednak Klara i Nikodem, świetnie zagrani przez Kwiatkowską i Stuhra, tego nie wiedzą. W niedzielę zaczyna do nich docierać rozmiar pustki, jaką w sobie wyhodowali. Nie mur, ale pustka dzieli ich od świata. Następuje wyznanie win, opadają pozory, zostają – ludzie. Dyspozycyjni i operatywni? Dynamiczni i asertywni? Otwarci i komunikatywni? Nie. To były kwiaty z krepiny, które spaliły się w tę jedną, niepotrzebną niedzielę. Odważne szczury wyznają sobie wszystko. Efekt? Dociera do nich, że są tylko biednymi, trzęsącymi się ze strachu myszkami. Szarymi, w szalach ze sztucznych piór. A może i nie to? Może nawet tego nie ma? Zostali „canceled”. Wyeliminowani z gry. Ale jak można skreślić kogoś, kogo nie ma?
– Musimy popełnić samobójstwo – dociera do obojga niemal w tym samym momencie.  Bo jak żyć, skoro „nie ma nas”?
 
Maciej Dejczer sięgając po tekst Anny Burzyńskiej obnażył straszliwą modę, która każe definiować siebie poprzez sukces, pieniądze i pozycję. Klara i Nikodem to nie pożałowania godna mniejszość. Wielu jest takich trzydziestolatków. To pewnie 99 proc. populacji wielkich firm. Od rana do nocy za biurkiem. Z komórką, laptopem, zawsze dyspozycyjni, posługujący się slangiem japiszonów, w którym nie ma miejsca na uczucia, pasje, człowieczeństwo; na książki, przyjaźnie, seks i rozmowy. Tylko kasa, kasa, kasa; pozycja, pozycja, pozycja; ja, ja, ja. A potem? Firma jest Bogiem. Skoro Firma nas „canceled”, my też musimy siebie wymazać. I tak się tu dzieje.
Niech żyje człowiek za biurkiem. Niech ginie – bezrobotny.
Czy na tym ma polegać świat?
W odsłonięciu tej prawdy kryje się siła tekstu Burzyńskiej, którą świetnie ukazali Dejczer, Stuhr i Kwiatkowska.
 

Maciej Misiorny

Dodaj komentarz