Pożarła mnie ta jama

Gdy ja, Edgar, spojrzałem na scenie w oczy Zapasiewicza – Leara wiedziałem, że mogę być aktorem, że podołam temu – mówi Adam Woronowicz.

Rozmowa z Adamem Woronowiczem, aktorem Teatru Powszechnego w Warszawie, LAUREATEM NAGRODY IM. STEFANA TREUGUTTA 2006



Pana mam żaliła się, że nie ma Pana np. w Teletygodniu…

No tak, popularność to obecność w kolorowych pismach, serialach itp. Śmieję się z tego. Dla zwykłego człowieka popularność to jest to, że widać takiego człowieka w reklamach, serialach, kolorowych pismach.

No więc dziwne, bo tam Pana nie ma, a trudno odmówić Panu popularności choćby z racji zgarnianych nagród…

To mój wybór i się na swój los nie skarżę. Ja się w takich miejscach nie realizuję, więc mnie to nie interesuje. Brałem udział w różnego rodzaju serialach, ale to jest tak odtwórcze i tak nietwórcze, że dałem sobie spokój. Nie będę ukrywał, że w ogóle mnie to nie rozwijało, wręcz przeciwnie, uwsteczniało poprzez swoją łatwość z jaką dochodziło do zachwytów, że dobrze, że wspaniale itd. Człowiek się w ogóle nie rozwijał. Nie ma czasu na rzetelną pracę, to nie jest potrzebne w serialu, wystarczy w miarę prawdziwie podać tekst.

Wystarczy być?

Tak. Im prościej, tym lepiej. Człowiek, który chce więcej „sprzedać” męczy się, bo to jest zupełnie inne myślenie. Nie ma tam żadnej analizy postaci, aktorskiej gry. A gdy ktoś tak do tego podchodzi, to przegrywa, bo jest z innej bajki. I nie jest lubiany. A trzeba być lubianym, aktor lubi być lubiany. Mnie to nie interesuje, bo może na przekór temu wszystkiemu, co jest dokoła gdzieś sobie idę swoja drogą i nie zgadzam się z tym, co się powszechnie narzuca.

A mamona, brutalnie rzecz ujmując? Teatr pieniędzy nie daje.

Nie daje, ale nie zawsze chodzi o pieniądze. Teatr to miejsce, w którym się gra a nie występuje. Wydaje mi się, że w naszym zawodzie jest obecnie tendencja do tego, żeby występować, żeby były oklaski., żeby był powszechnie rozpoznawany. Mnożna i tak, ale ja tak nie chcę. Teatr to miejsce, w którym się pracuje, w którym się myśli o tym, co się robi albo próbuje się o tym myśleć i próbuje się to wszystko analizować, dzięki czemu człowiek się rozwija. Ciągle jestem w drodze.

Spadł na Pana wręcz deszcz nagród, ostatnia to nagroda im. Stefana Traugutta przyznawana przez Klub Krytyki Teatralnej.

Nie ekscytuję się tym, a nawet jakoś nie dowierzam prawdzie tych nagród. Nie chcę ulec tej godzinie, podczas której otrzymuję nagrodę, temu blaskowi fleszy, wywiadów itp. Myślę, że gdybym został w tych godzinach i skończył na nich to byłby ogromny błąd. Trzeba na to patrzeć z szerszej perspektywy i długiego dystansu. W szkole zawsze biegałem długie dystanse i pamiętam mojego trenera, który mówił: Wiesz co, dla ciebie nie 800 metrów, lecz 1500 i trzeba bardzo pomyśleć, jak rozłożyć siły, by jeszcze na końcu był finisz. To mam w pamięci jak credo. Na końcu, by ten finisz był, trzeba przyśpieszyć, ale… Trzeba wiedzieć, w jakim momencie to zrobić. Tak naprawdę ostry atak zaczyna się na ostatnich 200 metrach.

Nagrody chyba ten dystans nieco skracają?

Mam świadomość, że przyszły za szybko. Tylu wspaniałych aktorów przede mną nie otrzymało tych nagród, z różnych powodów. Nie było np. festiwalu takiego, jak sopockie „Dwa teatry”, ale… Wiem, jaka była renoma Teatru TV, jak to się rozpoczynało, jakie tam były fenomenalne role. Tak samo, jeśli chodzi o nagrodę im. Zelwerowicza. Gdy pomyślę o tym, kto ją otrzymał przede mną, to nie czuję się jeszcze godny bycia w tym znamienitym gronie. Jestem zaszczycony tym, że dostałem się do panteonu tych nazwisk, ale i zawstydzony tym faktem. Są tam aktorzy, którzy otrzymali tę nagrodę za kreacje, o których ja dopiero mogę marzyć. Mówi się, że aktor pracuje w swoim życiu na 2-3 role. Cały czas te 2- 3 role są – jak myślę – przede mną. Chciałbym dalej pracować i dalej się rozwijać. Co dalej?– zapytano mnie, gdy odebrałem nagrodę im, Zelwerowicza. – Idę na próbę – odpowiedziałem.

Najważniejsza jest publiczność i zawsze jest mi niezmiernie miło, gdy od widza słyszę, że coś mu się w mojej grze podobało. Kiedyś zdarzył mi się, jedyny zresztą w moim życiu, przypadek, że pijąc kawę odwrócił się do mnie młody chłopak i powiedział: Pan grał wczoraj w spektaklu. Poznałem Pana po głosie. Bardzo Panu dziękuję. Poczułem się naprawdę wyjątkowo.

Zwłaszcza, że młodym ludziom mało co i mało kto się podoba, a zbyt wylewni też nie są.

Właśnie. Bardzo łatwo im przychodzi krytykowanie wszystkich i wszystkiego – mówię o pokoleniu obecnych studentów i ludziach kończących studia. Nie pamiętam, żeby mi się generalnie jakiś spektakl nie podobał. Owszem, nieraz nie podobało mi się w spektaklach kilka rzeczy, ale zawsze byłem zachwycony aurą teatru. Natomiast dzisiaj, to, co mnie zdumiewa, to bezwzględność, taka skrajna bezwzględność w krytykowaniu, ale w takim bardzo łatwym krytykowaniu. Często ta krytyka wychodzi z ust ludzi, którzy niczego sami nie zagrali albo zagrali coś niewielkiego czy grają tylko w telenowelach i to niekoniecznie główne postacie. A bezwzględnie chlaszczą wszystko, co robią inni.

Kompleksy, zawiedzione nadzieje, chęć dowartościowania się.

Ja to rozumiem. Zdumiewa mnie natomiast energia tych wszechstronnych ataków. Zdarza się też niczym nie uzasadniona zarozumiałość. Młody reżyser dopiero zaczyna, jeszcze niczego nie pokazał, a…

Już jest wielki? To chyba świadczy tylko o braku dojrzałości?

Pamiętam tyle przykładów, które widziałem. Szkoła teatralna ma swój zamknięty, bardzo hermetyczny świat, w którym odbywa się nieustający ranking. Są gwiazdy, które są gwiazdami tylko w tym jednym budynku, w tej jednej przestrzeni. I nagle tych ludzi weryfikuje życie i okazuje się, że wcale nie są gwiazdami ani nawet gwiazdeczkami. Tym, którzy ulegli temu światłu gwiazdorstwa już w szkole nie starcza siły, by się z tej swojej „wielkości” wyzwolić i jak gdyby od nowa przejść całą drogę. W jakimś momencie też zostałem w szkole zauważony. Miałem poczucie, że dzięki spotkaniu takich wybitnych osobowości, jak Zbigniew Zapasiewicz. Teresa Budzisz – Krzyżanowska, Gustaw Holoubek, wyrobiłem w sobie pewną etykę zawodową. Oni uczyli myślenia i patrzenia teatrem, miałem uczucie ciągłości budowania teatru z pokolenia na pokolenie. Potem to narastało. Pracowałem w Teatrze Ateneum z pokoleniem aktorów, którzy pamiętają teatr Warmińskiego. Dla mnie było to niezwykle cenne!

Ale wpisał się Pan znacząco w teatr młody i niepokorny, w teatr Cieplaka. Nawet Pan mówi, że jest Pan aktorem Cieplaka…

Tak, ale ja nie chcę negować tradycji ani być przeciw tradycji, by wkraczać w coś nowego. Początek mojej drogi aktorskiej to był teatr dwoisty – taki od sasa do lasa. Nowoczesny, martensów, szybki. Z drugiej strony teatr z bardzo żywą tradycją. Poczułem, że jedni mają problem z drugimi i nie ma nic, co by ich łączyło. Nie było jakiegoś środka, pokolenia -spoiwa. Jest dziura 10 – 15 lat. Nie rozumiemy się, bo nie ma między nami żadnego łącznika, tradycja została przerwana. I ja właśnie w coś takiego trafiłem. Znalazłem się nagle pośrodku. Często zgadzałem się z tym, co proponował teatr nowoczesny, zrozumiały dla młodego człowieka, ale i zgadzałem się z tym, co proponował teatr, umownie mówiąc, stary, bo zacząłem się w ten teatr wsłuchiwać i zacząłem go rozumieć, uznałem drogę tych ludzi, ich myślenie, ideały – to mi pomogło w skonstruowaniu własnej drogi. Mój teatr to teatr, który łączy tradycję i to, co jest dzisiaj. Jedno bez drugiego się nie da.

Osiadł Pan w miejscu głębokiej tradycji, bo w Teatrze Powszechnym…

Nie przeszkadza mi to. Mam wrażenie, że kiedy widzę mojego profesora, który przychodzi na „Słomkowy kapelusz” i który zachwyca się pewną formą tego teatru i mówi, że wreszcie zobaczył młody teatr, który jest teatrem, to jestem wzruszony. Jestem wzruszony nie dlatego, że zadowoliłem czyjeś gusta, ale dlatego, że rozumiem czym jest teatr. Nie chodzi o to, żeby szokować, żeby cały wysiłek szedł w zaskoczenie widza czymś niebywałym, choćby najbardziej trywialnym i wulgarnym. Teatr to jest jakaś tajemnica. To, co zawsze mówił Gustaw Holoubek: mężczyzna generalnie ma bardzo niewiele do pokazania. Kobieta, co innego. Jest piękna. Ale mężczyzna, który się rozbiera…Teatr jest po to, aby pokazać tajemnicę miłości i po to, by pewnych rzeczy nie pokazywać. A dzisiaj pokazuje się wszystko i nie ma żadnej tajemnicy, ale też nie ma niczego innego. Coś znika, kawa jest rozlana.

Niestety. Nawet u Gombrowicza, u którego jest nazywanie kochania a nie kochanie, to pod tym nazywaniem coś tajemniczego i magicznego tkwi…

Właśnie. Ostatnie przedstawienie „Kosmos”. Jest tam dużo słów, dużo nazywania, ale i ileż emocji, podtekstów niedopowiedzianych, międzysłów nienazwanych.

Choćby sam Zapasiewicz, który podkreśla tę swoją gombrowiczowskość – ileż tam odsłania siebie!

Tak, to jest pokolenie, które nigdy się nie przyzna do tego, że to jest moje, osobiste.

Chowają się za maski….

To jest fantastyczne, że będąc w tym samym teatrze, pracując razem widzę, jak dużo siebie aktor wkłada w rolę. Nie chodzi, oczywiście, o utożsamianie się z graną postacią ani o ekshibicjonizm, lecz wewnętrzne zaangażowanie w budowanie wiarygodności postaci. To, czym młode pokolenie tak szafuje podkreślając, że „to moje”, „osobiste” tu jest naprawdę.

Tam są tylko słowa, które naprawdę nic albo bardzo niewiele znaczą.

To jest też coś fenomenalnego w teatrze, że nikt się w nim nie rodzi od razu Jamsem Deanem. Do teatru się dojrzewa. Cieszę się, że w teatrze „Rozmaitości” Piotr Cieplak nie angażował mnie do Kordianów i Hamletów, lecz miałem swojego „chłopaka z deszczu”.

Czytałem, jak wyglądała droga Tadeusza Łomnickiego czy innych – zanim pojawił się ich Kordian itp. To było kilka, kilkanaście lat ról mniejszych, często drugoplanowych, które grał przy wielkich aktorach. Bogu dziękuję za to, że ja też mam tę szansę, że gram u boku wybitnych aktorów, że w „Królu Learze” mogę usiąść koło Zapasiewicza – Leara i popatrzeć mu w oczy. To jest moje do końca życia i tego mi nikt nie odbierze. To coś, co zostaje i mnie naznacza i myślę, że to jest dla mnie największa wartość i największy skarb. Tego się nie kupi.

A jak się patrzy w oczy Zapasiewicza jako student, jak w oczy partnera na scenie?

Pamiętam pierwszą próbę „Króla Leara”. I swój wstyd, ogromny wstyd. I nagle zobaczyłem, że on też ma z tym problem, że też się trochę wstydzi, więc stwierdziłem, że i on i ja jesteśmy na próbie. Po prostu jesteśmy na próbie. Byłem zdumiony tym, jak on dochodził do postaci. Obserwowaniem, w jakiej pokorze budował rolę. A potem patrzyłem mu w oczy jak aktor patrzy w oczy aktorowi. To jest fenomenalne, gdy nagle okazuje się, że on jest po prostu moim kolegą na scenie, ale dalej pozostaje osobą, która na drugim roku nauczyła mnie – miał zajęcia z Czechowa – rozumienia czasu. Głównym bohaterem był… czas. Zapasiewicz pokazał nam, co to znaczy być na scenie, siedzieć, patrzeć, trzymać filiżankę, słuchać, gdy ktoś coś mówi. To było wielkie. Genialne zajęcia, na których nikt się nigdzie nie spieszył. Myślę, że jest grupka młodych aktorów, którzy już tkwią w tym myśleniu albo za chwilę do niego wrócą.

Teatr tak ważny, że aż najważniejszy?

Teatr dla mnie to wyjątkowe miejsce. Trzeba mieć jednak pewne predyspozycje do tego zawodu. Do techniki trzeba dochodzić, to trzeba kształcić, ale predyspozycje wewnętrzne, psychiczne są niezbędne. Jak to jest, że człowiek chce iść do tego teatru, tego miejsca niebywale trudnego, ciężkiego? Idą pokolenia, które nie potrafią sobie tak naprawdę na to pytanie odpowiedzieć, coś ich tam ciągnie. Profesor mówi, że to jest… Nigdy nie kończy tego zdania. Sam mając tyle lat, ile mam, widzę jak trudny jest ten zawód i jak często spotykają nas bolesne porażki. A jednak to one nas stwarzają, budują, są ważnym elementem w tym zawodzie. Znacznie więcej myślimy o porażce i staramy się analizować jej przyczyny niż o nagrodach. Jest w tym coś magicznego, jest jakaś przestrzeń. Mówiąc słowami Zapasiewicza z przedstawienia: pożarła mnie ta jama. Coś w tym jest. Coś pożera, wsysa, zasysa. Z drugiej strony idzie się drogą pokoleń, wielkich mistrzów i wpisuje się w ciąg tradycji i historii. Dlaczego ja? Stale się zastanawiam, jak to się stało, że właśnie tak potoczyły się moje losy…

Szczęście, że właśnie w tym momencie trafił Pan na odpowiednich ludzi.

Tak. Ten aktor w człowieku dojrzewa poprzez zderzenie z osobowościami.

Skąd u pana miłość do Czechowa?

Uwielbiam literaturę rosyjską, także współczesną. Śledzę rosyjską prozę. I w tej najnowszej tej, którą mi się podoba, która mnie fascynuje odnajduję i Czechowa, i Tołstoja, i Dostojewskiego… To po prostu wielka literatura, a ja mam chyba kompleks Rosji. Jako Polak. Zazdroszczę im Gogola, Dostojewskiego, Bułhakowa, Bunina. Mam wrażenie, że z różnych powodów ta literatura była często ich religią. Zastępowała im religię, do której nie mieli prawa się odwoływać. Oni się w niej odnajdywali. Jest taki film, do którego ciągle wracam –„Moskwa nie wierzy łzom”. Oglądałem go ileś razy, to jest film, który pokazuje przestrzeń: są tam trzy siostry, których losy się różnie potoczyły w akademiku i ta Moskwa, ten Kreml…

Nigdy nie zapomnę wyjazdu ze szkołą teatralną w 1997 do Moskwy, nigdy nie zapomnę tej Taganki i przedstawienia Lubimowa granego od 17 lat – „Mistrza i Małgorzaty”. Obsada się zmieniała, a spektakl trwa. Pamiętam aktora, który nie odjeżdżał spod teatru luksusowym samochodem, ale stał na przystanku metra, z kwiatami. Grał w tym przedstawieniu Poetę. Zaprosił nas do domu… Nieprawdopodobne. Pojechaliśmy metrem. Ludzie patrzyli na niego z szacunkiem, bo jest aktorem. To jest to, czego dzisiaj u nas nie ma.

Chyba w dużej mierze aktorzy są sami sobie winni. Młodzi aktorzy mówią, że są ludźmi do wynajęcia. Grają i biorą za to pieniądze. Wszystko…

Jestem pod telefonem i gram, gdzie mi ktoś zadzwoni, także na kolacji? Dla mnie nie do przyjęcia. To idź na targ. Trzeba ten zawód szanować. Nie wolno tego niszczyć. Ktoś mówi: po co tradycja? Po to, żeby na niej budować coś nowego. A po co Royal Shakespeare Company, po co Comedie Francais itd., itd.? Po to, żeby zbudować teatr narodowy, by teatr był instytucją, którą się szanuje, która przywraca godność temu zawodowi. W USA są teatry uniwersyteckie. Gdyby nasz student miał czas na porządne, wnikliwe studiowanie, takie, które daję orientację i rozwój intelektualny i zarazem warsztat zawodowy… A najczęściej student zamiast się uczyć zarabia pieniądze. A jeszcze jest świat, który pędzi. Trzeba dać sobie czas. Młody człowiek musi mieć czas na to, żeby nie pracować tylko poznawać. Dziś wszystko stanęło na głowie.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Justyna Hofman – Wiśniewska

 

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz