Sługa dwóch panów Tuminasa w Teatrze Studio

Dell’arte na walizkach

W głębi sceny stos waliz, jak to w Wenecji, przez którą przetaczają się tłumy podróżnych. W miarę rozwoju akcji waliz przybywa.

Na podwyższenie, przypominające estradę (albo – jak kto woli – przystanek vaporetto, czyli weneckiego tramwaju wodnego) wnoszą je służący. Wystarczy podnieść wieka kufrów, a przed nami wyłoni się panorama, którą podziwia każdy wpływający do Wenecji od strony laguny, widać początek trasy Canale Grande. Z kufrów służący dobędą kostiumy i rekwizyty (często tandetne, z wyprzedaży dla turystów), a na koniec karnawałowe maski. Nie ma wątpliwości, jesteśmy w Wenecji. Ale jesteśmy nie tylko w tej dawnej i dzisiejszej Wenecji, jesteśmy w świecie pomieszanych wzorów, stylów, sposobów zachowania, w świecie dell’arte starym i nowym, rodem ze współczesnej kultury masowej. „Sługa dwóch panówGoldoniego w inscenizacji słynnego Litwina, Rimasa Tuminasa, jest jak odkurzacz – wszystko wciąga i oczyszcza. Można tu znaleźć obrazki jak z Felliniego, ale można znaleźć nawet kabaret Mumio (w brawurowym pastiszu Wojciecha Zielińskiego), bohaterów filmów akcji, barokowej opery buffo… W lustrze tego spektaklu przeglądają się rozmaite tradycje, stereotypy, sposoby zachowań. Ale w tym szaleństwie, rozbuchaniu aktorskich popisów i klaunad (znakomici Agnieszka Grochowska i Andrzej Mastalerz), którymi aż pyszni się ten spektakl, jest metoda. Tuminas, odsłaniając bogactwo klasycznych postaci komedii dell’arte, nasyca je współczesnymi treściami i oryginalnością indywidualnego wnętrza – oto na przykład pokojówka Smeraldina (Joanna Pierzak) okazuje się feministką, pod skórą zakochanego Sylwiusza drzemie terrorysta… To nie są figury z zabawnej historyjki, każdy ma jakąś tajemnicę, przełamanie, zadrę, niespełnioną tęsknotę, niepokój. Zresztą cała opowieść nie mieni się pstrokatymi barwami – dominuje kolor przyprószony, złamany, spod dowcipu wygląda nostalgia, śmiechowi towarzyszy zasmucenie, rozczarowanie. Nawet triumfująca na koniec miłość Truffaldina i Smeraldiny ma w sobie zapowiedź smętku. Walizy czekają, nie wiadomo, co los przyniesie.

 

Aktorzy w tym spektaklu błyszczą, każdy nosi nie tylko swoje ukryte dążenia i niespełnienia, ale naznaczony jest fizycznie, inaczej się porusza. Andrzej Mastalerz (Pantlalone), zgięty w pałąk starości i chytrości wiecznie wierci oczami, szukając ofiary. Monika Obara (Klarysa, jego córka), wypacykowana jak lalka, porusza się niczym woltyżerka z parasolką, tylko czekać, kiedy skoczy, ta zakochana (w sobie) złośnica. Janusz Stolarski (Doktor Lombardini), tyczkowaty, ale dziwnie miękki, jakby bez kości, przebiega scenę posuwistymi szusami, a kiedy pojawi się w koszuli nocnej, najwyraźniej objawia skłonność do mężczyzn. Michal Bieliński (Sylwiusz), rozbrykany i podskakujący jak piłka, rwie się do miłości i bitki, ale prześladuje go pech – kiedy decyduje się podrzucić niedoszłemu teściowi bombę, okazuje się, że to niewybuch. Agnieszka Grochowska (Beatrice) w męskim przebraniu jako Fryderyk Rasponi ćmi cygaretki i wykazuje zwinność samuraja, ruchy ma mierzone, twarde, podkreślające męskość; kiedy objawia się jako kobieta rozpiera ją energia pantery, co wije się i gnie, ale i ogarnia rozczarowanie, że jej wysiłki poszły na marne (rachunek jej wyczynów, aby odszukać daremnie – jak się jej wydaje – kochanka brzmi niczym weksel bez pokrycia). Rafał Cieszyński (Florindo) sprawia wrażenie kogucika o sprężystych, ptasich gestach, w gotowości do podboju, który z pomocą lunety wypatruje ponętne kształty; kocha, oczywiście Beatrice, ale gdyby się co nadarzyło… zresztą akcesoria erotyczne w jego ekwipunku dopełniają wizerunku wyfiokowanego galanta. Krzysztof Strużycki (Brighella, oberżysta) miesi się po scenie, kocio przymila jak to łasy na napiwki sługa, ale i pies na kobiety, aż mu się ręce trzęsą do Beatrice, którą tyleż chroni za łapowe, co i z nadzieją na obłapki. Wojciech Zieliński (Truffaldino), na którym spoczywa główny ciężar spektaklu, człapie kolebiąc się z nogi nogę, gapi, niby traci wątek, ale swoje wie – kiedy zauważa Smeraldinę prostuje się i promienieje, a gdy przymierza do roli pana błaznuje (ze smakiem); tyleż gamoniowaty, co sprytny, czeka swego. Mariusz Słupiński (Służący Pantalona) na pozór nijaki, człowiek z tła, nagle wybija się na plan pierwszy w wirtuozerskiej scenie uczty obu „panów”, którym usługuje Truffaldino. Reżyser zamiast pokazać bieganinę sługi (jak to się zwykło w tej komedii czynić) wystawia przed oczyma zdumionej publiczności fragment opery buffo – menu okazuje się partytura, odśpiewywaną i melorecytowaną przez obu służących, sugerująca tylko wydarzenia, które nie następują. Czysta konwencja. W tej scenie to Słupiński okazuje się reżyserem, organizuje przestrzeń, zarządza. Pod koniec – to już nic dziwnego – przemienia się niepostrzeżenie w gondoliera, przydając finałowi sentymentalnej łezki. Joanna Pierzak (Smeraldina), pokojówka w zawrotnym tempie przebiegająca po scenie, wiecznie zabiegana, ale nie na tyle, aby nie wypatrzyć swojej miłości. Kiedy to uczyni, jej bieganina nabiera nowego blasku. Staje się świadomą grą o przyszłość.

Trudno na koniec nie przepisać z „Pamiętników” Goldoniego znamiennego zdania (za teatralnym programem), które zdaje się być wyznaniem wiary Tuminasa i zespołu: „reputacja autora zależy często od wykonania aktorskiego. Nie należy ukrywać tej prawdy. Jesteśmy potrzebni jedni drugim, powinniśmy się kochać, powinniśmy szanować się wzajemnie, servatis sevandis”. Amen.

 

Tomasz Miłkowski

 

Carlo Goldoni, „Sługa dwóch panów”, tłum. Zofia Jachimecka, reżyseria Rimas Tuminas, scenografia Adomas Jacovskis, kostiumy Aleksandra Jacowvskyté, muzyka Faustas Laténas, światła Mirosław Poznański, Teatr Studio w Warszawie, premiera 17 lutego 2006

Dodaj komentarz