Ludzie, pomocy!

Czy "Milczenie" jest dramatem interwencyjnym? O sztuce Shelagh Stephensen w Teatrze im. Stefana Jaracza w Olsztynie (premiera 21 stycznia)  pisze Ada Romanowska.
Image

Czy milczenie jest rzeczywiście złotem? Można powiedzieć, że nie wszystko złoto, co się świeci. Zwłaszcza, gdy mówimy o Billym – o tym, dzięki którym cała historia staje się faktem. Bo gdyby nie on – nie trzeba byłoby milczeć. Można byłoby mówić, śmiać się i płakać – ze szczęścia. A tak można rozpaczać, nawet krzyczeć – niemym krzykiem – jak to przez całe życie robiły bohaterki. Dopóki nie zastrzeliły Billego… alkoholika, psychopaty, erotomana i epileptyka. I zapytać teraz można – miały do tego prawo? Julia Wernio – reżyserka – właśnie odpowiada na to pytanie. Przerywa milczenie – pozwala widzom (czyli nam) dostrzec problem, jaki jest wszędzie, ale ginie w wyrazach egoizmu, braku empatii.

Streścić sztuki nie można, bo to rzecz o uczuciach i emocjach. Co prawda wszystko „kręci się” wokół domowego ogniska, ale ono spala i to doszczętnie. Co prawda poznajemy więzi, jakie rodzinę trzymają przy sobie, widzimy codzienność, która w świetle norm obyczajowych wydaje się niecodzienna, nieprawdziwa, ale jednak… Łączymy opowieści bohaterek w jedną całość i odkrywamy przerażającą prawdę. Zauważamy ją – dzięki mimice, gestom. Bo „Milczenie” – co trzeba podkreślić – to popis aktorski Marzeny Bergmann (Susan), Mileny Gauer (Janet), Wiesławy Niemaszek (matka), ale też Mariana Czarkowskiego (Billy). To dwa światy na jednaj scenie. To połączenie subtelności, do pewnego czasu również swoistej dyskrecji ofiar z ohydą, brutalnością i bestialstwem kata. Tutaj taniec nie bawi, tu gra w totolotka nie jest oczekiwaniem wygranej, tu obrączka nie kojarzy się z miłością. I by się o tym przekonać – trzeba koniecznie sztukę obejrzeć. Trzeba wsłuchać się w bicie tych serc, które bić już dawno przestały. Trzeba wdać się w dialog, jaki prowadzi z widzem Julia Wernio. To ostatnio rzadkość w teatrze – wejść w widza tak głęboko, wstrząsnąć nim, ale i też otworzyć mu oczy. Bo sztuka nie pokazuje tej brutalności, jaką przeżyły bohaterki. Bowiem ona wyłania się z zeznań, a właściwe z ich wyznań. I sęk w tym, że to nasza wyobraźnia wiele dopowiada, a raczej filtruje słowa i zestawia je w obrazy. Obrazy, które świetnie znamy z mediów, zza ścian, albo chociażby ze słyszenia. Bo przecież Julia Wernio, a właściwie autorka sztuki – Shelagh Stephenson – nie wyssała owej historii z palca. I to przeraża najbardziej – jej prawdziwość. To nie „Władca pierścieni” chociaż Billy jest rzeczywiście władcą. Ba! – nawet władcą obrączek! To nie „Opowieści z Narnii”, ale życie – z tą tylko różnicą, że do Narnii chcielibyśmy wejść przez szafę, a do mieszkania, w której dzieje się dramat już nie. Bo niby po co wchodzić z butami w czyjeś sprawy? Ale często od nas zależeć może życie. To my możemy usłyszeć owo milczenie – może właśnie za sprawą owej sztuki. To my możemy okazać się wyjściem z sytuacji, a nie strzelbą – i to nie zawsze wymierzona w oprawcę.

Wobec tego – czy „Milczenie” można nazwać teatrem interwencyjnym? Może lepiej użyć określenia, iż jest to teatr faktu, albo – jeśli już trzymać się poprzedniego stwierdzenia – reportaż interwencyjny. Ale reportaż ludzkiej psychiki i tego, co się z nią dzieje, gdy złapana zostaje w sidła tyranii. Jednak o publicystyce jako takiej też nie można tu mówić, bo zbyt wiele w spektaklu emocji – zarówno na scenie jak i na widowni. To – najtrafniej jest powiedzieć – teatr życia. Po prostu. Teatr zimnych relacji w tym „ognisku”, czego symbolem jest równie zimna, prosta scenografia Elżbiety Wernio. Pusty regał jak pusta miłość, która jednak jest miłością. Ale tylko muzyka Roberta Bielaka ze Sceny Babel wypełnia i dopełnia – zarówno myśli bohaterów jak i obrazy naszej wyobraźni. Dźwięki są i piękne, i przerażające – nie wyobrażam sobie innych „odgłosów świadomości”. Tak jak nie wyobrażam sobie, że mogłabym tej sztuki nie obejrzeć. Bo sztuka nie milczy, ona mówi coś bardzo ważnego. Zupełnie jak zwracająca się do nas Susan – LUDZIE! POMOCY! Zupełnie tak samo…

Ada Romanowska
Foto: Jerzy Szymanek

Dodaj komentarz