Olbrychski gra Lira

Każde wystawienie szekspirowskiego „Króla Leara” w polskim teatrze to wydarzenie, choćby dlatego, że grywany jest nader rzadko, a zarazem wymaga piekielnej dyscypliny zespołu. Zresztą z Lirem – i dramatem, i rolą mierzyli się najwięksi. Teraz Daniel Olbrychski w Teatrze na Woli.
Scena z


Jak spadać, to z wysokiego konia – pomyślał artysta, kiedy szef Biura Teatru i Muzyki w stolicy, Janusz Pietkiewicz zaproponował wystawienie spektaklu na 60. urodziny aktora. Bogdan Augustyniak zaoferował swoją scenę i zasugerował Szekspira. A że kiedyś Tadeusz Łomnicki zalecał Danielowi Olbrychskiemu, żeby zagrał Lira, zanim się zestarzeje, bo rola wymaga po prostu wielkiego wysiłku fizycznego, padło na tę arcytragedię Szekspira.
Do tego potrzebny był reżyser, który przeczyta nuty – toteż Olbrychski zwrócił się do Andrieja Konczałowskiego. A ponieważ wielki reżyser rosyjski, autor niezapomnianych filmów i spektakli nigdy Szekspira nie reżyserował, chętnie na propozycję przystał, dopraszając swoich współpracowników do przygotowania inscenizacji. Reszta polegała na skompletowaniu obsady, w której zaleźli się artyści dawno na scenie nie widziani, jak Cezary Pazura, i artyści na scenie królujący, jak  Jerzy Schejbal czy Beata Fudalej.
Publiczność przyjęła spektakl owacyjnie – jubilatowi zgotowano owację na stojąco. Nie były to jedynie okazjonalne oznaki sympatii, ale rzeczywista ocena powagi zadania, którego podjęli się artyści. Powstał spektakl przede wszystkim niezwykle solidny, wewnętrznie zwarty, dobrze „naoliwiony”, przemyślany w szczegółach. To cieszy i potwierdza opinię, że nie ma lepszej szkoły dla teatru od wielkiej literatury, potraktowanej serio, ale nie na klęczkach. Nie ma w tym przedstawienia nowomodnych aluzji, czy „przekładów”, w Dover nie lądują helikoptery Al.-Kaidy, a Lir nie cierpi na zachwianie tożsamości seksualnej. Mimo to jest to Lir współczesny, świetnie brzmiący w przekładzie Jerzego Sity, krwisty, i nad podziw aktualny. Błyszczy w nim nie tylko Olbrychski, który baczy, aby nie pofolgować swemu temperamentowi, waży napięcia i akcenty, wytrzymuje pauzy, gra powściągliwie i wyraziście. Zdumiewająco dobrze wypada w debiucie Szekspirowskim znany do tej pory z serialowych produkcji Dariusz Wnuk jako podstępny Edmund, a Pazura Łukasz Garlicki, Przemysław Sadowski dowodzą, że scena to ich żywioł. Znakomicie spisują się w rolach córek te złe, czyli Beata Fudalej i Maria Seweryn, i ta dobra, Agnieszka Grochowska.
Jeśli do tego dorzucić funkcjonalną, ascetyczną scenografię, oszczędną, ale wyrazistą muzykę i efekty dźwiękowe, które dosłownie grają w tym spektaklu (pokazywane na scenie), i świetnie ustawione światło, otrzymujemy spektakl niepospolity, a chwilami prowadzony wręcz brawurowo.
Przegrany w pojedynku z losem  Lir w tym przedstawieniu jest zwycięski. Nie tylko dlatego, że dostał list gratulacyjny od Prezydenta RP i piękne słowa od kolegów, które przekazał jubilatowi Ignacy Gogolewski wraz z ligawką, czyli „kostką” soli dla konia. Zwycięski jest też Teatr na Woli, prowadzony pewną ręką Augustyniaka, który dowiódł, że jest w stanie doprowadzić do pomyślnego finału najbardziej skomplikowane teatralne przedsięwzięcia. A należy do nich bez wątpienia wielkoobsadowy „Król Lear”.

Tomasz Miłkowski

Dodaj komentarz