Z Anną Dymną nie tylko o fundacji

Rozmowa z Anną Dymną

Gdy się ma otwarte serce, oczy i duszę na to, co się dzieje dokoła, na drugiego człowieka bardzo dużo się na tym korzysta, poznaje się naprawdę świat, można zrozumieć lepiej siebie, skomplikowane tajemnice, piękno i sens życia. Od września 2003 roku jestem prezesem małej Fundacji. Ma ona moją twarz, serce, moją duszę i za wszelkie jej działania jestem całkowicie odpowiedzialna – mówi Anna Dymna.

PAMIĘTAJMY O UCZUCIACH


Mistrzowie…

Mistrzowie w życiu czy w zawodzie? Najważniejsze to w ogóle mieć autorytety. Dopóki ma się mistrzów ma się poczucie bezpieczeństwa. Ja się czuję bezpiecznie – jako człowiek i w zawodzie nie czuję się zagubiona.

Może najpierw z pozycji człowieka. Mistrzem człowieczeństwa zawsze była dla mnie matka. Była dobra i jasna jak promień słońca. Żyła dla innych, nigdy nie myślała o sobie. Nigdy nikogo nie potępiała, nikim nie pogardzała, była cierpliwa, wyrozumiała, łagodna. Zawsze mi mówiła, ze każdy człowiek chce być dobry, tylko czasem nie potrafi, nie wie, że może taki być, choć naprawdę właśnie tego pragnie. Każdego starała się zrozumieć, w każdym starała się zobaczyć jakieś piękno. To wzór, który ścigam całe życie i staram się do niego zbliżyć. Była najpiękniejszym człowiekiem, jakiego znałam.

Moim mistrzem był również Wiesław Dymny, mój mąż, który nauczył mnie właściwego stosunku do życia, odwagi i wolności, wpoił zasady, które owocują do dzisiaj – np. chcieć zrobić wszystko samemu, własnymi rękami, wszystkiego dotknąć, nie bać się, nie brzydzić. Tego uczył mnie również mój ojciec. Mam wielu wspaniałych Mistrzów moralnych, artystycznych. Jest wśród nich prof. Andrzej Szczeklik – wielki człowiek renesansu, wspaniały lekarz, profesor Maciejewski – ordynator szpitala onkologicznego w Gliwicach… A propos mistrzów. Jest taki człowiek, którego nie znałam, a który mi w chwilach kryzysu wiele w życiu pomógł. Miałam po wypadku połamany kręgosłup, przepadły mi dwa filmy, siedziałam w wózku i ćwiczyłam, byłam po raz pierwszy w życiu bliska załamania. To był w moim życiu czas samych dramatów: mieszkanie mi się spaliło, Wiesiek umarł, wszystko stało się naraz. Myślałam: już nie dam rady. I usłyszałam w dzienniku, że Waldemar Marszałek miał okropny wypadek, ale już znowu ściga się na tych swoich łodziach. Pomyślałam: jak to możliwe? Facet, który dopiero, co umierał! I dalej myślałam: to ja, kobieta, będę gorsza, słabsza od mężczyzny?! Wzięłam się w garść. Potem, pamiętam, że znowu miałam jakiś wypadek, pan Waldemar w tym czasie również. Mieliśmy podobne wyzwania losu. Jego postawa zawsze mnie ratowała. Nie znaliśmy się, a stał się bardzo ważnym mężczyzną w moim życiu. Jego siła uruchomiała siłę we mnie w najcięższych chwilach. Zaprosiłam go na benefis w Teatrze Stu i podziękowałam za pomoc, jaką mi dawał przez wiele lat w najgorszych momentach życia. Był zdumiony. Przecież nawet nie zdawał sobie sprawy, że ratuje jakąś pokiereszowaną i osłabioną aktorkę! To są prawdziwi mistrzowie! Mam szczęście ich odnajdywać, poznawać i czerpać od nich mądrość i siły.

W zawodzie? Gdy byłam dzieckiem mistrzem był Jan Niwiński, stary, emerytowany aktor, który prowadził zespół teatralny. Mieszkał w tej samej kamienicy, co ja. Gdyby nie on nigdy nie byłabym aktorką. Uruchomił moją wyobraźnię. W mojej rodzinie nie było artystów. Mój ojciec był inżynierem lotnikiem i specem od metali, mama ekonomistką. Zresztą ja też mam umysł ścisły, uczyłam się w klasie matematyczno- fizycznej i nigdy nie chciałam być aktorką.

A kim?

Kiedyś mikrobiologiem morskim, a potem psychologiem klinicznym – złożyłam zresztą papiery na psychologię na UJ. Ale wcześniej zdawałam do PWST, bo tak kazał mi pan Niwiński. No i dostałam się.

Miałam ogromne szczęście w teatrze i filmie. Całe życie na drodze zawodowej spotykałam i spotykam wybitnych, wyjątkowych ludzi i artystów. Nie zdołam ich wszystkich wymienić. Są wśród nich reżyserzy, operatorzy, scenografowie, poeci, a przede wszystkim moi koledzy aktorzy. Moim pierwszym mistrzem w czasach, gdy dopiero raczkowałam w zawodzie był Władysław Hańcza. Graliśmy w tryptyku „ Sami swoi”. Był w nim moim dziadkiem, Kargulem. Łączyła nas wielka przyjaźń. Spędzaliśmy razem każdą wolną chwile na planie. „Sprzedał” mi wiele tajników zawodu, których nikt by mnie nigdy nie nauczył, a sama też nie wiem, czy bym do nich doszła. Hańcza opowiadał mi o tym, co w aktorstwie jest ważne, jak sobie radzić, by w nim wytrzymać i zawsze być człowiekiem, jak nie dać się wpędzić w niepotrzebne walki, zawiści, jaki trzeba mieć stosunek do tego zawodu. W teatrze w tym samym czasie i tego samego uczyła mnie wielka aktorka – Zofia Jaroszewska. Grałyśmy razem w „Nocy listopadowej” Stanisława Wyspiańskiego w reżyserii Andrzeja Wajdy: ona Demeter, ja Korę. „Sprzedała” mi tajemnice i prawdy, które uchroniły mnie przed popełnieniem wielu błędów.

Pani tak pokornie ich słuchała?

A wie Pani, że tak? Chłonęłam to, co mówili. Zostałam wychowana w ogromnym szacunku dla ludzi starych. Wiedziałam, że w nich jest wielka mądrość i gdy się ich słucha, to się dobrze na tym wychodzi. Starszy człowiek zawsze był dla mnie autorytetem już przez sam fakt, że jest stary. A potem miałam szczęście pracować z takimi wybitnymi artystami, reżyserami, jak Konrad Swinarski, Jerzy Jarocki, Jerzy Grzegorzewski, Andrzej Wajda, Kazimierz Kutz, Barbara Sas. Każdy z nich otwierał przede mną nową, nieznaną mi przestrzeń w tym zawodzie.

Jednak najbliżsi mi mistrzowie w zawodzie to byli aktorzy. To jest związek, którego nie da się opowiedzieć. Na przykład człowiekiem, przy którym za każdym razem czuję się jakbym była na mistrzowskich kursach aktorskich jest Gustaw Holoubek. Ma w sobie coś niezwykłego, a przy tym jest człowiekiem bardzo dowcipnym, życzliwym, z niegasnącymi nigdy chochlikami w oczach. Kilka razy miałam szczęście grać u jego boku i zawsze było to dla mnie przeżycie i szczęście. Jurek Trela, Jurek Binczycki, Jurek Nowak, Teresa Krzyżanowska, Ania Polony…. Ileż oni mnie nauczyli! Gdyby nie ci ludzie nie byłabym tą Anną Dymną, którą jestem. W tym zawodzie jest tak, że jak się ma otwarte serce, oczy i duszę, gdy się jest otwartym na ludzi, to otrzymuje się prawdziwe skarby. Trzeba tylko umieć z tego korzystać. Nie wymieniłam wielu ważnych. Ale oni zwykle wiedzą, że są moimi mistrzami. Dzięki nim moje życie jest piękne i ciekawe.

Teatr – jednak najważniejszy, chociaż weszła Pani w nowe przestrzenie życiowe i w jakimś sensie zawodowe?

Teatr w moim życiu zawsze będzie w takiej czy innej formie obecny. A nowe przestrzenie? Otworzyły się przede mną może przez przypadek, a może po prostu byłam gotowa, by w nie wkroczyć. W moim życiu pojawili się nowi ludzie i to oni „wkomponowali” mnie w te nowe przestrzenie. Pomogli mi do nich przeniknąć i znaleźć w nich miejsce dla siebie. Pierwszy pokazał mi nową drogę ksiądz Tadeusz Zaleski, pół krwi Ormianin, prowadzi Fundację św. Brata Alberta w Radwanowicach pod Krakowem. Od niego nauczyłam się odwagi w postępowaniu, działaniu. Nigdy tego nie umiałam, jestem osobą z natury nieśmiałą. Zawsze mówię, ze „podstępem” doprowadził do mojego spotkania z ludźmi niepełnosprawnymi umysłowo.

Wciągnął mnie w ten niezwykły, choć trudny świat osób niepełnosprawnych umysłowo i moje życie dzięki niemu zupełnie się odmieniło. Tadeusz jest dla mnie prawdziwym mistrzem. Na pewno roześmieje się, jak to przeczyta! To jest człowiek odważny, buntownik, który nie zgadza się z rzeczywistością i próbuje ją zmienić. Ja też się nie zgadzam z rzeczywistością, z nienawiścią, z tym, że ludzie są porzuceni, samotni, bezradni. Zawsze postrzegałam siebie jako romantyczkę, w życiu i zawodzie, która chciałaby wiele zmienić, ale…To były pobożne marzenia. I nagle zobaczyłam, że jest facet, który nie narzeka, nie płacze, nie marzy, ale działa. Prowadzi trzydzieści warsztatów terapeutycznych w Polsce, wiele innych placówek wychowawczo opiekuńczych. Buduje kościół, prowadzi szkołę integracyjną, którą państwo chciało zlikwidować, jest prezesem fundacji. Dzięki niemu założyłam Fundację Mimo Wszystko, która jest organizacją pożytku publicznego. Otworzyłam Warsztaty Terapii Artystycznej w Radwanowicach, by pomóc księdzu Tadeuszowi i przejąć pod swoją opiekę 26 jego podopiecznych, którzy stracili prawo do korzystania z warsztatów terapeutycznych dotowanych przez państwo. Moja Fundacja rozwija się lawinowo…. Mamy wiele ogromnych projektów, zajmujemy się setkami ludzi…

„Spotkajmy się” to przesłanie, nawoływanie, uwrażliwianie?

Dla widzów – wszystko razem. A mnie program ten, który prowadzę od trzech lat, dał odwagę, wiarygodność, zaufanie ludzi i siłę do działania. Powstał dzięki Mateuszowi Dzieduszyckiemu i zaufaniu Niny Terentiew. Razem z Mateuszem wymyśliliśmy te nasze rozmowy, razem szukamy bohaterów, razem przygotowujemy tematy. Podziwiam tego młodego mężczyznę. Zajmuje się w telewizji najmniej wdzięcznymi sprawami, najtrudniejszymi, niechętnie oglądanymi, losami ludzi chorych i niepełnosprawnych. Mógłby przecież łatwiej i przyjemniej robić karierę. Podziwiam go. Jest dla mnie mistrzem. Dał mi wiarę w to, że sobie poradzę, że mam siły…. Czasem się kłócimy, czasem przeżywamy bardzo ciężkie chwile, ale zrobiliśmy już razem wiele niezwykłych, tak bardzo ważnych rzeczy. ….

W naszym programie patrzę w oczy osobom chorym, umierającym, cierpiącym, pokrzywdzonym okrutnie przez los. To są dla mnie prawdziwi bohaterowie! Dzięki nim nagle zobaczyłam jak wielki, piękny i silny jest człowiek. Na przykład Bartek, chory na nieuleczalna chorobę, mukowiscydozę. Był jak promień słońca, zawsze uśmiechnięty i jasny. Przyciągał ludzi swoją radością. Patrzył śmierci w oczy z niepojęta dla mnie odwagą i spokojem. Miał 27 lat. Umarł 11 listopada w ramionach swojej żony Danusi. Patrzyłam na tych młodych szczęśliwych, zakochanych ludzi i odkrywała się przede mną jakaś tajemnica. Poznałam wielu ludzi, którzy są prawdziwymi bohaterami naszej bezdusznej rzeczywistości. Na przykład rodzina, która na mój apel telewizyjny zaadoptowała dzieci zarażone wirusem HIV. Stworzyła tym niechcianym dzieciakom dom, dała poczucie godności i bezpieczeństwa, zainteresowanie i miłość. Po roku dzieciaki z przerażonych, wycofanych istotek zmieniły się w normalne, radosne dzieci. To są prawdziwe cuda, który się dzieją na naszych oczach.

Pani i ludzie niepełnosprawni. Gdy stanęłam Pani obok nich po raz pierwszy – była Pani przerażona?

Byłam. Weszłam, zobaczyłam setki niepełnosprawnych umysłowo istot. Otoczyli mnie, całowali, tulili się do mnie- to było wielkie dziwne przeżycie. Nagle poczułam się tak bardzo potrzebna. Nie mogłam przestać o nich myśleć. Są tak pełni radości! Są wewnętrznie czyści – mają uszkodzone mózgi, ale uczucia ich są czyste, prawdziwe, nieskażone żadną kalkulacją.

I tak bardzo potrzebują miłości i drugiego człowieka. Niestety zwykle są odrzucani, niepotrzebni. Miłosz w swoim tryptyku „Wiara, nadzieja, miłość” powiedział, że nie ten najlepiej służy, kto rozumie…Żeby być wartością na tym świecie nie trzeba wszystkiego do końca rozumieć. Trzeba czuć, a my o uczuciach często zapominamy.

Potem to, co zobaczyłam na scenie – byłam przewodniczącą jury przeglądu teatrów ludzi niepełnosprawnych – pozwoliło mi przekroczyć jakąś granicę mojej estetyki, piękna. Po 15 minutach wydawało mi się, że jestem na jakimś genialnym przedstawieniu tyle, że na innej planecie. Ci inni ludzie, zniekształceni, brzydcy w takim zwyczajnym pojęciu emanowali taką radością, zapałem, ze nagle zobaczyłam w nich coś najpiękniejszego.

Zaczęłam przyjeżdżać do Radwanowic. I pomyślałam, że mogę im się przydać. Pomagałam terapeutkom w tworzeniu przedstawienia w teatrzyku Radwanek. Dostałam za to medal Brata Alberta. Zrozumiałam, że to była taka zachęta i postanowiłam na niego zapracować. Zorganizowałam Ogólnopolski Festiwal Twórczości Teatralno- Muzycznej Albertiana. Zaczęłam wymyślać, układać przedstawienia z Radwankiem. Zrobiłam już ich pięć. Zaczęłam od Stworzenia świata, potem Wygnanie Adama i Ewy z raju, Potop, Więżę Babel, Brzydkie kaczątko, teraz pisze scenariusz do Calineczki. .Moi aktorzy są bardzo wrażliwi, posłuszni, emocjonalni. Lubią stwarzać magiczny świat. Lubią piękne kolorowe kostiumy, szalone charakteryzacje. Muszą wiedzieć, po co są na scenie, znać konkretnie swoje działania…. Tak jak każdy aktor. Robię wszystko żeby wciągnąć ich w nasze życie. Wydobyć z marginesów naszej rzeczywistości. Kiedy czują się potrzebni są szczęśliwi jak każdy człowiek. Finały naszego festiwalu odbywają się na pięknej scenie Teatru Słowackiego. Na widowni są tłumy. Ci, którzy przyszli raz, wracają co roku.

Nie tylko znani, wielcy, wybitni stają się na jakimś etapie życia naszymi mistrzami. Często są to zwykli, normalni ludzie. Trzeba dostrzegać w nich to, co najwartościowsze. Na przykład Majeczka, dyrektorka mojej fundacji. Jest ode mnie młodsza kilkanaście lat. Jest pracowita, dokładna, dobra, uczciwa i bardzo dzielna. Ma chore dziecko. Jak ona potrafi pięknie w tym wszystkim się odnaleźć! Nie żadnym cwaniactwem, krętactwami, itp., ale umie udźwignąć to wszystko, czego nie szczędzi jej życie a jeszcze znajduje czas i miejsce w sercu dla innych. Gdy tak na nią patrzę, to widzę wyraźnie, jak maleńkie są moje prywatne problemy. I wszystko się wyprostowuje, wszystko natychmiast nabiera właściwych proporcji.

A moje koty? To dopiero mistrzowie! Bardzo wyrozumiałe, zawsze wiedzą, kiedy skoczyć na moje kolana, kiedy pomruczeć i zatrzymać na chwilę mój pęd codzienności. Mają intuicję i najwięcej racji, więc traktuję je poważnie i… słucham ich. To moi mistrzowscy terapeuci.

A poeci?

Oczywiście, prowadzę Salony Poezji, otworzyłam właśnie dziesiąty poza Krakowem, tym razem w Rzeszowie. W Salonie mam szczęście stykać się z największymi poetami, tymi, którzy już odeszli i z żyjącymi. Zawsze ogromnym przeżyciem jest dla mnie spotkanie z Wisławą Szymborską. Tak wielka poetka a tak normalny, zwyczajny człowiek. Chciałabym coś z niej mieć. Gdyby tak różne cechy z różnych ludzi pozbierać…

Wspomniała Pani o romantyzmie – czymś tak dzisiaj niemodnym, wręcz wstydliwym…

Byłam, jestem i będę romantyczką. Silnie odczuwam świat i bardzo kocham życie i ludzi. Może jestem naiwna, a może chce być taka. Lubię się światem zachwycać i wierzę, choć czasem to bardzo trudne, że jest dobry. Pracuję z pasją i tak jak uczyli mnie moi mistrzowie Lidia Zamkow i Konrad Swinarski traktuję mój zawód jak najważniejszy i najpiękniejszy na świecie. Nie potrafię grać dla pieniędzy, na zimno czegoś, do czego nie mam przekonania. Gdy gram, wkładam w to całe serce. Tylko dlatego potrafię być wciąż szczęśliwą aktorką i kochać ten często niewdzięczny, trudny zawód.

Młodzi aktorzy mówią dzisiaj, że to zawód, jak każdy inny a aktor to człowiek do wynajęcia…

Gdy odrzemy aktorstwo z całej jego magii, poezji, romantyzmu to niby tak jest. Ja na szczęście nigdy nie będę tak myślała! To nie przynosi żadnego szczęścia.

Takie myślenie skazuje dzisiaj aktora na pewnego rodzaju niebyt. Nie ma Pani jako aktorki w telewizji, w telenowelach, reklamach, sitcomach itd., więc…?

Nie istnieję? No nie – to bzdura. Jestem na scenie, w teatrze, w Salonach Poezji, wśród niepełnosprawnych ludzi, z którymi robię teatr, czy bawię się w teatr, czy próbuję trochę żyć teatrem. A popularność? Byłam bardzo popularna i nadal jestem rozpoznawana i kojarzona. Nie wpisuję się na razie – może jestem w pewnym sensie uszkodzona i anachroniczna? – w telenowelowy kierat. Otrzymuję czasem propozycje „zaistnienia w telenoweli”, ale nie mogę na razie zdobyć się na taką odwagę. Musiałabym zrezygnować z wielu zajęć, które są dla mnie bardzo ważne, które kocham. Jak więc mam to przeliczać i kalkulować? Jeśli rola będzie piękna, ciekawa to się zastanowię. Na razie głównym argumentem w przetargach były pieniądze. A pieniądze nie są dla mnie nigdy ważne, chociaż w naszej rzeczywistości dla wielu ludzi stały się najważniejsze.

To bożek, do którego wszyscy na kolanach wznoszą modły…

Wiem, że nie wolno niczego robić przeciwko sobie. Takim myśleniem może skazuję się na pewnego rodzaju niebyt – wiem o tym, ale mi to nie przeszkadza.

Przynajmniej w reklamach powinna być Pani widoczna!

Nie, wolę pastować podłogi niż reklamować pastę do podłogi. Poza tym moja twarz jest mi potrzebna do wspierania innych spraw. Musi być czysta i wiarygodna. Na wszelki wypadek oszczędzam ją do ważnych rzeczy. Nigdy się nie sprzedawać pochopnie, tanio i bez sensu.- tego też uczyli mnie moi mistrzowie.

Pamiętam pewną rozmowę, gdy się tak wszystko na naszym rynku zmieniało. Jeden producent był zrozpaczony, bo wielki aktor odmówił udziału w realizacji, w której była piękna rola dla mężczyzny. I dajmy na to stawki były wtedy 50 000. Aktor powiedział, że to zagra, gdy dostanie 100 000. Nie dostał, więc zrezygnował z tej roli. Zagrał inny aktor za te 50 000. I kierownik produkcji powiedział do mnie: Aniu, powiedz mi, gdybyś ty dostała 100 000 to wołałabyś za te pieniądze zagrać dwie role czy jedną?. – No pewnie, że dwie, jeśli ciekawe – odpowiedziałam bez zastanowienia. Wolę jednak nie zagrać żadnej, gdy scenariusz czy zadanie aktorskie mnie nie interesuje.

Pani uczy młodych ludzi w szkole teatralnej tego zawodu. Jak?

To jest bardzo trudne zadanie. Prowadzę z nimi bardzo ciężkie rozmowy, rozmijamy się w myśleniu o pryncypiach. Niektórzy twierdzą, że ten zawód wrócił do swojego koryta, do swojego przeznaczenia, czyli aktor ma grać, rozśmieszać, wzruszać itd. i brać za to pieniądze. Ja byłam wychowywana w zupełnie innej tradycji – aktorstwo było pewną misją i powołaniem. I rzeczywiście tak było. Inny był nasz stosunek do zawodu i do publiczności, inny był stosunek do aktorów. Nie potępiam tego, co dzieje się dziś. To są osobiste wybory. To nic złego zagrać w telenoweli. A fakt, że grają w nich dobrzy aktorzy uważam za cenny, bo jednak to podnosi poziom i jeżeli sam scenariusz jest mizerny, to przynajmniej aktorstwo jest dobre.

To jest też, jak podkreśla Emilia Krakowska, pokazywanie młodym adeptom sztuki aktorskiej innego oblicza tego zawodu i innego o nim myślenia.

I wspaniale, że ci aktorzy to robią. Znam młodych ludzi, którzy kończą szkołę i mówią: Pani Profesor, mnie teatr w ogóle nie interesuje. Nie chcę pracować do godziny 14-tej, potem od 19-tej do 22-giej. Wieczorem chcę już odpoczywać. Poza tym to chciałabym sobie na narty wyjechać, a tu próby, spektakle. Nie, nie chcę być w teatrze. Są młodzi ludzie, którzy idą do tej szkoły w zupełnie innym celu. Uważają, że może ona być pewnym etapem w pracy nad sobą, w dążeniu do czegoś tam. Chcą się po prostu nauczyć dobrze, przekonywująco mówić, panować nad gestami, ciałem, występować publicznie. To się może przydać w wielu zawodach. Są jednak wśród nich i tacy zapaleńcy, jak myśmy byli, ludzie, którzy marzą o teatrze, o rolach. Czasem jednak kończą szkołę i nie mają żadnych propozycji, nie mają punktu zaczepienia i idą do serialu, co jest dla nich w danej chwili jedynym i szczęśliwym rozwiązaniem. Czegoś się tam nauczą i mają z czego żyć.

Pani aktorstwo zaczęło się w pewnym momencie bardzo zmieniać. Z kruchego, delikatnego podlotka, którym była Pani bardzo długo, zwłaszcza w filmie, stała się Pani kobietą dojrzałą…

Urodziłam syna, zmieniłam się fizycznie, na pewno także psychicznie i podlotki były już nie dla mnie. Ja się zmieniłam. Nie byłam już taka, jak wcześniej. Długo wyglądałam jak dziecko, mimo, że miałam za sobą doświadczenia i przeżycia dojrzałego człowieka. W pewnym momencie moja dusza była w wyraźnej sprzeczności z ciałem. Potem nagle urodziłam dziecko i wszystko się dopasowało, wskoczyło w swoje formy. Gdy urodziłam Michała miałam 34 lata. Przytyłam, zmieniłam się z chucherka w potężną kobietę. Zaczęłam wtedy pracować z Kazimierzem Kutzem i on bardzo szybko mnie wyleczył z wszystkich kompleksów na tym tle. Zresztą najciekawsze swoje role zagrałam po urodzeniu dziecka. Ludzie pamiętają jednak przede wszystkim moje role sprzed tego wydarzenia. I też dobrze.

Czy jest rola, która jakby trafiła w ten przełom?

Zagrałam wtedy pierwszą dużą rolę u Kutza w „Opowieściach Hollywoodu” przy boku Tadeusza Gajosa. To była pierwsza rola po urodzeniu dziecka. Potem zaraz zagrałam w „Mistrzu i Małgorzacie”, w „Antygonie w Nowym Jorku”, „ Wygnańcach”. Zaczęłam grać pełnokrwiste, normalne role, które nie polegały, jak te wcześniejsze, głównie na tym, żeby ładnie wyglądać, żeby być dzieckiem i leciutko biegać po ziemi.

Czy jako aktorka czuje się Pani spełniona?

Gdy zaszłam w ciążę, to myślałam sobie, że gdybym już więcej w życiu nie weszła na scenę, to i tak jestem spełnioną aktorką. Gdy w jakimś spisie zobaczyłam, ile zagrałam ról, to zgłupiałam. Jestem chyba bardzo pracowitą osobą! Mam ponad 100 ról filmowych, wiele teatralnych i telewizyjnych – nie wiem, kiedy ja to zdążyłam zrobić. Nadal ogromną przyjemność sprawia mi granie na scenie. Uwielbiam teatr. To jest naprawdę moje życie, mój świat. Teatr zawsze wyznaczał rytm i tempo mojego życia. Właśnie jestem po premierze. Gram gościnnie w Teatrze Słowackiego Arkadię w „Mewie” w reż. Andrzeja Domalika. Obecnie w Teatrze Starym nic nie gram, nie jestem tam na razie specjalnie potrzebna… Wciąż jednak kocham ten zespół, jestem w nim 32 lata. Przed wakacjami z ogromną radością przystąpiłam do prób „ Krzeseł” w reżyserii Jurka Grzegorzewskiego. Mieliśmy grać z Jurkiem Trelą. Odbyły się dwie próby… byłam szczęśliwa. Z Grzegorzewskim pracowałam kilka razy. To były zawsze moje największe przeżycia teatralne. Teraz zapowiadało się cos niezwykłego… jak zawsze! Niestety Jerzy nagle odszedł na zawsze. Nie mieści się to w mojej głowie… Cóż, takie jest życie.

Dla prawdziwego aktora nie ma większego doznania jak stanie na scenie i granie do żywej publiczności. Bez względu na to, jaka ta publiczność jest. To jest przeżycie, dla którego warto uprawiać ten trudny zawód.

A film, telewizja?

Uwielbiam kamerę, ale to zupełnie co innego. Zagrałam właśnie w Teatrze Telewizji, w „Żywocie Józefa” Reja w dejmkowskiej inscenizacji. Jakby mi ktoś dopuścił tlen! Nagle grałam nie żaden mały realizm, w którym trzeba być sobą i wzruszać i płakać i mówić jakieś okropne słowa, lecz piękną, trudną staropolszczyznę, co wydawało się początkowo trudne do przeskoczenia, z cudownymi aktorami, w pięknej scenografii, w odchodzącym w niebyt Teatrze Telewizji. Boże, jakie to było przeżycie! Po którymś ujęciu usłyszeliśmy nagle brawa zza kamer. Dziwne doznanie. Grałam w tym przedstawieniu Rachel i anielicę do Racheli podobną. Przyczepili mi diabelnie ciężkie skrzydła, po których długo czułam mój chory kręgosłup, myślałam, że już nie będę chodzić. Jechałam w pociągu i wyłam z bólu, ale – Boże! – jak było cudownie. Warto.

Magia prawdziwego teatru to coś niezwykłego. Nic jej nie zstąpi i mam nadzieję, że zawsze będą ludzie, którym będzie potrzebny.

Uczę młodych ludzi. Na pierwszych zajęciach zwykle pytam ich, dlaczego chcą być aktorami. Jedna dziewczyna powiedziała mi tak: Mamy tak trudne dzieciństwo, tak pełne okropnych stresów, że jedyną przestrzenią, w której umiem złapać spokój i odnaleźć siebie jest teatr. Ona tam uciekała jak do innego świata, w którym mogła zapomnieć o trudach codzienności. To prawda, że w teatrze dzieją się dziwne rzeczy, rzeczy, których nie potrafię zaakceptować. Czasami siedzę na widowni, bo bardzo lubię chodzić do teatru na spektakle, i czuję się zażenowana tym, co oglądam. Do niektórych rzeczy pewnie nie dorosłam – myślę sobie i zastanawiam się, co bym zrobiła na miejscu tych aktorów, którzy muszą to grać. Cóż, teatr musi by różny, mówić różnym językiem i różną formą. To, co w nim mierne, złe, byle jakie przeminie bez echa. To, co wartościowe – pozostanie. Teatr musi być odważny, musi krzyczeć, musi występować przeciw temu, co się dzieje na świecie.

Czy dzisiejszy teatr faktycznie jest teatrem odważnym? Czy nie brakuje w nim buntu?

Byłam w Stoczni na „Hamlecie” Klaty. I mimo, że byłam w otoczeniu ludzi oburzonych tym przedstawieniem, bo to prowokacja, uważam, że to jest przerażające przedstawienie mówiące o naszych czasach, o degrengoladzie wszystkich wartości. Tam nawet Hamlet, mimo że nosi w sobie jakiś problem, uczucia nie ma siły ich wyartykułować, nie ma odwagi stłamszony otaczającą rzeczywistością. Nasza rzeczywistość też jest często przerażająca. Trudno w niej żyć wrażliwym, słabym, uczciwym ludziom. Te komisje śledcze, ta nienawiść, bezkarność, brak odpowiedzialności za słowa i czyny, nieustanna manipulacja, mierzenie wszystkiego ilością pieniędzy… W „ Hamlecie” Klaty usłyszałam i zobaczyłam problemy dzisiejszego młodego człowieka i jego zmagania z rzeczywistością. Może powinno być jeszcze ostrzejsze, jeszcze bardziej drastyczne? Co młodzi ludzie jeszcze pełni idei, zapału, czystości mają myśleć o naszym świecie? Mam 20-letniego syna, który ucieka w muzykę. Wielu młodych nienawidzi rzeczywistości, nie znosi telewizji, polityków, nie znajduje autorytetów, nikomu nie wierzy.

Prowadzę fundację i zauważyłam, że ludzie mają dość tego, co się dzieje. Chcą być z drugim człowiekiem, robić coś dobrego, ale nie wiedzą jak, są w tym zagubieni.

Założyła Pani fundację „Studenci studentom”…

To była inicjatywa studentów ASP w Krakowie. Umarł ich kolega na białaczkę. Pomagałam im zebrać pieniądze na przeszczep szpiku, ale było za późno. Postanowili założyć fundację i zbierać pieniądze, by móc natychmiast przychodzić z pomocą swoim chorym kolegom. Nie było to łatwe. Wzięłam więc ich pod swoje skrzydła. Stworzyliśmy w mojej fundacji oddział „Studenci studentom”.

Ola Dyras, inicjatorka studenckiej fundacji mówi dziś: Kim jesteśmy? Studentami, którzy chcą pomagać studentom – ciężko chorym, kalekim, inwalidom. Na razie nie mamy nic, ale wiemy, że stać nas na wiele. Wspólnymi siłami jesteśmy w stanie uratować czyjeś życie

Przychodzi do nas wielu młodych wolontariuszy. W te wakacje wyszkolona grupa pojechała na obóz z psychicznie chorymi dziećmi. Trzeba wynajdować takich ludzi, stworzyć im szansę na otworzenie się na innych, na wartości, na inny świat. W Krakowie nie ma wciąż centrum wolontariatu – trzeba go stworzyć. Marnuje się wspaniała energia. Jeździłam niedawno po Polsce, także małych miastach i zobaczyłam, że właśnie tam, w blokowiskach są np. świetlice, które prowadzą wolontariusze – program „starszy brat, starsza siostra”. Dzieci, które mają 17 lat zajmują się dziećmi młodszymi z rodzin patologicznych itp. To są wspaniałe rzeczy. 

Jak to wszystko, co dzieje się w Pani życiu wpływa na myślenie o aktorstwie, o teatrze?

To bardzo skomplikowane. Na planie programu „Spotkajmy się” rozmawiam z ludźmi, którzy walczą o życie, często każdym oddechem, a mimo to potrafią być radośni i na nic nie narzekają. Kiedyś po programie jechałam do teatru. Kiedy na próbie młoda aktorka narzekała jękliwie: Boże, jak mnie cisną buty, jak mnie boli głowa… Pomyślałam, że znalazłam się na innej planecie. Nie umiałam sobie z tym poradzić. Dlaczego ona tak narzeka? A cóż to takiego wielkiego te cisnące buty czy boląca głowa?! – irytowałam się. Z jednej strony mam takie dziwne przeżycia, z drugiej sobie myślę, że teatr to właśnie takie miejsce, w którym wszystko toczy się inaczej niż w rzeczywistości. Pracuje się nad rolą, analizuje każde zdanie, czasem się traci na coś pół godziny, czasem godzinę, wszystko płynie wolniej i w innym wymiarze. Całe szczęście, że tak jest. Nie wytrzymałabym tego, co robię pozazawodowo, gdyby nie ten mój zawód. Idę do teatru i zanurzam się w zupełnie inny świat. Wiadomo, że aktor gra swoim wnętrzem, tym, co przeżył i im więcej się w życiu przeżyje i zrozumie, tym może lepiej można potem zrozumieć postać, lepiej ją wykreować. Ale są tacy aktorzy, i zawsze byli, którzy nie czytali, pili wódkę, nic nie wiedzieli o życiu, nie mieli dzieci, byli pozornie pustymi ludźmi a byli genialnymi aktorami. Pytali tylko, czy mam grać wolno, czy szybko, dynamicznie czy spokojnie, czy jestem zły, czy dobry i grali genialnie. A obok stał człowiek, który wszystko wiedział o psychice postaci, czytał setki książek, wszystko wiedział o epoce i nic z tego nie wynikało. Jeden miał talent, drugi go nie miał. Po prostu!

Aktor nigdy nie powinien przestać pracować nad sobą. Musimy dbać o kondycję fizyczną i stale się rozwijać. W momencie, gdy powiem, że umiem już wszystko, to nie mam po co grać, po co wychodzić na scenę. Zdobywamy pewien bagaż technicznych umiejętności, co bardzo pomaga w momentach, gdy dzieje się na scenie coś niespodziewanego, umiemy wtedy sobie lepiej poradzić niż ktoś młody, kto traci w takich chwilach głowę. Natomiast bywa, że to, co umiemy, to, co już wiemy czasami nam przeszkadza w odkrywaniu czegoś nowego. Dlatego tak ważny jest reżyser. Raz miałam reżysera, który powiedział: niech Pani gra to, co Pani chce, bo po to Panią zaangażowałem, by Pani grała. Chciałam go zabić! Jeżeli reżyserowi jest wszystko jedno, co ja zagram, bo ja jestem Dymna, to mnie to nie interesuje. Mam szczęście, że spotykam się zwykle z reżyserami, którzy mnie „kopią” i mówią: Anka, nie tak. To można inaczej. Wtedy ma to sens. Odcinanie kuponów w tym zawodzie nie ma sensu. Najpiękniej jest wtedy, gdy aktor dostaje rolę i jest kompletnie bezradny. Nic nie wie, jest jak dziecko czysty i przystępuje do roli i powolutku ją buduje. Coś fajnego może z tego wyjść. 

Przychodzi chwila, że gasną światła, milkną oklaski. Co Pani wtedy czuje?

Zawsze zmęczenie. Ale jest to bardzo miłe uczucie. Wsiadam w samochód i ten moment, kiedy spocona jeszcze, rozgrzana sceną dojeżdżam do domu to są moje najmilsze chwile w życiu. 15 minut do nikogo nic nie mówić – tak ze mnie spływa teatr i wchodzę do domu, jak w inny świat. Jak się wchodzi na salę operacyjną to się przechodzi przez taką komorę. To ta jazda samochodem jest taką komorą, takie wyciszeniem, gdy żadne bodźce do mnie nie dochodzą poza tym, że muszę się skoncentrować na jeździe.

Oklaski…Nie wiem, co wtedy czuję. Czasem ogromną radość, były piękne oklaski, była młodzież, były kwiaty. Od dziewczynki z Jastrzębia dostałam po przedstawieniu pięknie oprawione wypracowanie na mój temat. Dziecko pisze o mnie wypracowanie – tematem była opowieść o człowieku, który umie zmieniać świat. I dla tej dziewczynki ja byłam tym człowiekiem… Boże święty, jakie to miłe! Oklaski. Mówi się, że to jest lekarstwo…

A gdy na scenie, przed kamerą stanie Pani po raz ostatni – wyobraża sobie Pani ten moment?

Nie zastanawiam się nad tym, bo jak przyjdzie taki czas, to na pewno będę umiała się wtedy zachować. Może podświadomie, z premedytacją znajduję sobie takie miejsca, w których będę potrzebna dłużej niż będzie mnie potrzebował teatr? Dlatego tak się cieszę, że mam syna. Zosia Jaroszewska mówiła mi, że to okrutny zawód. Kiedyś było to jeszcze bardziej drastyczne. Mówiła: ja nie mam dziecka, wiesz dlaczego? Nie byłam żoną dyrektora, gdybym zaszła w ciąże, wyrzuciliby mnie z teatru. To był wybór. Mówiła: Ty musisz mieć jakąś miłość poza teatrem, bo to jest taki zawód, że może ci się uda być wielką aktorką i grać przez 30 lat, a jak ci się nie uda, to w każdej chwili może cię teatr i ten zawód kopnąć. Byłam wtedy pierwszy rok na scenie.

Sukces w tym zawodzie… Nigdy nie wiadomo, jakimi drogami to chodzi. Myślę o tym odkąd zaczęłam grać. Miałam momenty przerwy w graniu, miałam wypadki, leżałam w szpitalach, wydawało się, że nie będę chodzić. Ostatni raz na scenie? To już przerabiałam i to mnie nie przeraża. Myślę sobie tak: gdybym siedziała np. na wózku mogłabym jeszcze pracować w radiu. Gdybym straciła i głos, to mogłabym pisać. Człowiek jest tak nieprawdopodobną istotą, że zawsze znajdzie sobie jakąś swoją dróżkę. Widzę ludzi całkowicie sparaliżowanych – biorą udział w paraolimpiadach, są weseli, radośni, mają rodziny, studiują. Gdybym więc pewnego dnia nie stanęła więcej na scenie, to będę miała nadal, co robić w życiu. Będę jeździć do Radwanowic, będę robić Z MOIMI Niezwykłymi Przyjaciółmi więcej przedstawień. Oni mnie będą zawsze potrzebowali.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Justyna Hofman – Wiśniewska

 

 

 

Dodaj komentarz