Teatr po francusku

Ada Romanowska pisze po powrocie ze stażu dla młodych krytykow w Limoges.
Image
TEATR PO FRANCUSKU

Krok po kroku
Wąskie uliczki, domy z okiennicami, zapach francuskich bagietek, kusząca oko architektura. Limoges. Po prostu Limoges – można powiedzieć. Do tego plakaty zapraszające do teatru. 22. Międzynarodowy Festiwal «Les Francophonies» czuć w powietrzu. Na każdym kroku się przypomina. Tu drogowskazy, tam drogowskazy. Pieczątki na bordowych chodnikach. Nie można się zgubić. Można się jednak zatracić i zapomnieć o bożym świecie. Od 27 września do 9 października toczy się tu festiwalowe życie.

Świat jest teatrem
Mój pobyt w Limoges ma związek ze stażem młodych krytyków A.I.C.T. Jest nas jedenaścioro – każdy z innego zakątka świata (Litwa, Indie, Szkocja, Iran, Rumunia, Portugalia, Węgry, USA, Mołdawia). Mieszają się kultury, ale cel jest wspólny – rozmowy na temat oglądanych spektakli, ale także zapoznanie się ze sztuką, która włada jednym wspólnym językiem. Impreza ta jest bowiem „nagromadzeniem się” w jednym miejscu francuskojęzycznych teatrów. I tak na wielu scenach, jakimi może poszczycić się Limoges, widzimy przedstawienia zarówno francuskie, belgijskie, kanadyjskie, ale i z Czarnego Lądu. Tych jest tu szczególne dużo. Afrykański teatr ciekawi wszystkich najbardziej, więc i rozmowy na temat tej niespotykanej dla Europejczyków – czyli dla większości – sztuki, są najbardziej twórcze. Widzimy dramaty rodem z gorącego kontynentu – „Sozaboy” – Théâtre du Labrador (Burkina Faso/Nigeria) i „Nous etions assis sur le rivage du monde” – Ubu Compagnie de Création (Karaiby/Quebec). Zauważamy wszyscy, że ten typ teatru jest niezwykle statyczny – ruch sceniczny ograniczony, a nacisk kładziony jest na słowo. Oglądamy również taniec – „Shift… Centre” – Compagnie Gáara Projects (Kenya) oraz „Carmen Falinga Awa” – Afrique de L’ouest. Pierwszy spektakl – inspirowany teatrem Grotowskiego – to połączenie afrykańskich korzeni oraz współczesnej technologii. Drugi natomiast to tygiel wszystkiego – od komercyjnego Broodway’u poczynając, a na indyjskich akcentach kończąc. Samej Afryki jest niewiele – jakby autorzy chcieli ukryć swoje pochodzenie, pokazując światu, że Czarny Ląd otwarty jest na kulturę zachodnią i świetnie się w niej czuje. I jakby na nic w tym przypadku slogan powtarzany niegdyś przez Martina Lutera. Kinga, że „czarne jest piękne”. Owszem – jest interesujące, ale brak tu tego potencjału, jaki ma w sobie Afryka. A szkoda.
A białe? – jeśli można użyć takiego określenia. Białe jest piękne w sztuce „Icaro” (Teatro Sunil – Suisse). Szpitalna scenografia – wszystko rzeczywiście w bieli – i w tym wszystkim historia umierającej dziewczynki oraz pocieszającego ją przyjaciela, który wypełnia kolorem scenę. Sztuka pełna sentymentu, ale i cyrkowego humoru. Na początku bawi, a później uzmysławia, co jest jej głównym tematem. Nic już do śmiechu – widownia płacze. Nie można się otrząsnąć. To rzecz nie tyle o śmierci, ale o nadziei, przyjaźni i wyobrażeniach. Jednym słowem – wzruszające przedstawienie.
Inne widowiska, jakie mamy przyjemność oglądać, to między innymi spektakl „Qu’est ce que penser?” (Compagnie de Onderneming/Belgia) inspirowany korespondencją Martina Heideggera i Hanny Arendt, performance “Un village dans la bouche” Freda Pellerina z Kanady czy “Elektra” rumuńskiego Théâtre Radu Stanca. Sztuki różnorodne, ale wszystkie… niestety po francusku, a większość z nas jest anglojęzyczna. Ale radzimy sobie.

Życie od kuchni
Poza chodzeniem na spektakle i rozmowami na ich temat spotykamy się z „wielkimi tego festiwalu”. Mamy okazję poznać dyrektora «Les Francophonies» – Patricka Le Mauffa. O swojej pracy i dramaturgii francuskojęzycznej opowiada nam wydawca i zarówno dramaturg Emill Lansman. Pomysłem na wystawienie współczesnej „Elektry” z tradycyjną muzyką rumuńską na żywo dzieli się z reżyser Mihai Maniutiu. Bawi nas swoimi opowieściami Fred Pellerin. Mówi „ustami” i ciałem. Do tego sami poznajemy ludzi wartych poznania – chociażby artystę z Egiptu – Khaleda Hafeza, który wystawia swoje obrazy we foyer jednego z teatrów. Bo warto też wspomnieć, że festiwal to nie same spektakle. To przede wszystkim życie towarzyskie zakrapiane Bordeaux i skupione wokół syto zastawionego stołu. Bowiem w Limoges dzień festiwalowy nie kończy się wraz z opadnięciem kurtyny. Tu wszyscy twórcy i organizatorzy mają swoje miejsce – Le Zébre. Tu toczą się rozmowy na różne tematy, tu dialog prowadzą kultury, tu po prostu poznają się ludzie. I nikt sobie nie jest obcy. Czy to zasługa uroku Limoges? Co i raz bowiem słychać zachwyty, ale po francusku. Jak zwykle. Ale my – anglojęzyczne A.I.C.T. – też nie zostajemy w tyle. „LIMOGES IS BEAUTIFUL” – powtarzamy przy każdej nadarzającej się okazji. Jednak wierni jesteśmy swoim krajom i co i raz przedstawiamy swoje rodzime życie teatralne. By nie stracić głowy we Francji… Każdy z nas wygłasza „exposé”, bo takie ma zadanie – wpisane w program stażu. Ale to przyjemność – przyjemne miesza się więc z pożytecznym. Tak jak teatr miesza się z muzyką, jaka rozbrzmiewa w Le Zébre prawie każdego wieczora. Dźwięki rodem z Afryki, jazz, blues, folk – i wszystko to zamyka kolejny dzień festiwalu. Mija wieczór za wieczorem. Jest tłocznie, wesoło i aż żal wyjeżdżać. Ale podobno koniec wieńczy dzieło.

Ada Romanowska
cricot@wp.pl

Staż w Limoges (28 października – 4 października 2005)
www.lesfrancophonies.com <http://www.lesfrancophonies.com>

foto: uczestnicy stażu i opiekunowie – Luise Vigeant i Paulo Eduardo Carvalho (szczęśliwa trzynastka)

 

 

Dodaj komentarz