Niechaj brzmi muzyka

Z prof. Zbigniewem Lasockim, dyrektorem  Filharmonii Łódzkiej im. Artura Rubinsteina rozmawia Anna Leszkowska

– Nieczęsto się zdarza w Polsce, aby budowano takie przybytki sztuki jak filharmonie. Po wojnie wybudowano tylko jedną – Narodową. Szybciej teatr, muzeum. Budowa filharmonii w Łodzi szła jak po grudzie?

– Starania o budowę nowego budynku filharmonii trwały od lat – stary budynek jakkolwiek znakomity akustycznie był bardzo niewygodny dla wykonawców – muzycy rozbierali się w ciasnym i ciemnym korytarzu, nie mieli szatni, ani miejsca na instrumenty. Również dla publiczności nie było bezpiecznie – klatka schodowa stara, drewniana i nie impregnowana, poza tym było tylko jedno, szerokie wyjście – straż pożarna uznała, że budynek nie może być użytkowany. A przecież także dach był dziurawy, spróchniały, a belki stropowe leżały na ścianach sąsiednich kamienic (filharmonia nie posiadała własnych ścian) i kiedy spadł śnieg, belki uginały się pod jego ciężarem grożąc zawaleniem. Mój poprzednik, nieżyjący już, Kazimierz Mikołajczak, po AWF, w takich sytuacjach przywiązywał się liną do komina i sam usuwał śnieg dachu, bojąc się zlecić to pracownikowi. Ja z kolei bez przerwy prosiłem fachowców z Politechniki Łódzkiej o ekspertyzy, czy to nie runie. Odpowiadano mi, że jeszcze nie i na 3 miesiące dawali prawo do użytkowania.

Czyli konieczność budowy nowej filharmonii wyniknęła już dość dawno. Niestety, nigdy nie było do tego stosowności. Znakomity nasz dyrygent, Henryk Czyż, dwukrotny dyrektor artystyczny FŁ tę sytuację wykorzystywał nawet jako formę lekkiego szantażu: " jeśli tego nie zmienicie, to zrezygnuję" – mawiał. Ale decyzji o budowie nie było, bo nie było klimatu politycznego do takich działań.

W 1987 r., w kilka miesięcy od objęcia przez mnie dyrekcji filharmonii, dowiedziałem się, że jej gmach nieodwołalnie zostanie zamknięty z powodów braku bezpieczeństwa przeciwpożarowego. Nie było sensu pisać zażaleń i skarg, gdyż była na to zgoda i KC PZPR, Ministerstwa Kultury i Sztuki, KW PZPR. Ale sytuacja nie wyglądała beznadziejnie, gdyż była decyzja o budowie nowego budynku, było nawet kilka projektów architektonicznych. Niestety, ówczesna sytuacja finansowa w kraju była bardzo niekorzystna. Żartowaliśmy, że dla losów Filharmonii Łódzkiej socjalizm upadł albo 5 lat za wcześnie, albo 5 lat za późno. Bo nagle okazało się, że  w miejscu, w jakim planowano jej wybudowanie nie jest to możliwe. Działka w obrębie ulic: Kilińskiego, Głównej i Sienkiewicza okazała się  własnością prywatną. No i nie tylko straciliśmy lokalizację, ale nawet kamień węgielny, który stamtąd gdzieś wywieziono (teraz mamy go na powrót otrzymać).

Szczęśliwie, mojej poprzedniczce, Katarzynie Nowickiej, z wykształcenia architektowi, udało się przekonać do tej inwestycji przede wszystkim lokalne władze, ale i posłów parlamentu. Bo kosztów tak specjalistycznej budowy nie udźwignąłby żaden samorząd. Potrzebne na to było 70 mln zł i te pieniądze musiały się znaleźć w kontrakcie wojewódzkim. Była to kwota niewielka jak na tego typu budowle – na Zachodzie Europy byłoby to 70 mln euro. Za te pieniądze zrobiliśmy jednak gmach o znakomitej akustyce, ze studiem nagrań, nagłośnieniem sali, etc.

– Ale przecież nie było to takie proste, jak Pan mówi…

– Tak, bo nie chodziło tylko o pieniądze, ale i o klimat tej budowy. Były kłopoty podczas prac architektonicznych, planistycznych, podczas postępowania administracyjnego, różne grupy nacisku chciały załatwić swoje interesy, co spowodowało wielomiesięczne opóźnienie inwestycji. I tylko dzięki pomocy osób na stanowiskach decyzyjnych powstała szansa na zakończenie tej budowy w grudniu 2004.

 Stare projekty były nieaktualne, Katarzyna Nowicka rozpisała zatem konkurs architektoniczny na budynek FŁ, do którego zgłosiły się zespoły i twórcy z całej Polski. Z muzyków zaproszono do niego dyr. Zdzisława Szostaka i mnie, jako wieloletniego dyrektora filharmonii. Myślę, że dobrze, iż tam się znaleźliśmy, gdyż podczas wielu tournee po świecie, widzieliśmy kilkadziesiąt budynków filharmonii i mieliśmy w tym względzie duże doświadczenie. Konkurs był trudny do oceny, gdyż łódzcy architekci, którzy mieli nadzieję na sukces – przegrali go na własne życzenie. Zaproponowali – mimo jasno określonych warunków kosztowych – kwotę 2-3 razy wyższą za realizację. Tak drogi projekt nigdy nie zostałby urzeczywistniony. Zatem "strona muzyczna" komisji zdecydowała się przeforsować jedyny sensowny projekt – krakowskiego architekta Romualda Loeglera, który nie tylko że jest bardzo piękny, ale mieścił się również w kosztach. I tylko ten projekt miał szanse na realizację. W związku z tym, Katarzyna Nowicka niezwłocznie przystąpiła do budowy fundamentów.

Nie był to koniec kłopotów – w tym czasie Sejm zaskoczył nas zmianą podatku VAT – zamiast 7% – 22%. Dzięki rezerwom udało nam się sfinansować ten wyższy VAT, ale wkrótce okazało się, że Sejm uchwalił następne zmiany … w przepisach przeciwpożarowych. Według nowych przepisów, nasz systemu nagłośnienia ostrzegawczego był niewłaściwy. Na szczęście udało nam się i ten problem rozwiązać i zamknąć w planowanych kosztach.

Mieliśmy jeszcze jedną chwilę grozy – przy zatwierdzaniu nowego kontraktu wojewódzkiego. Nie było pewne, czy Sejm uchwali takowy na 2004 rok. Gdyby go nie uchwalono – nie byłoby  grudniowej inauguracji.

– We wszystkich salach – także teatralnych – największy problem stanowi dobra akustyka. Jak to rozwiązywano w FŁ? Przecież architekt nie musi mieć takiej wiedzy, a symulacje komputerowe też nie są wyrocznią….

– Tu się przydaje trochę doświadczenia życiowego. Wprawdzie architekt nie ma obowiązku znajomości tych zagadnień, ale ma od tego właściwe służby. Tutaj pomocą służyła pracownia akustyczna z Politechniki Krakowskiej oraz warszawskiej Akademii Muzycznej, gdzie jest Wydział Reżyserii Dźwięku. A z moich doświadczeń, wynikających z grania w licznych salach koncertowych, wielotysięcznych, wiem jedno: najlepsza akustyka jest tam, gdzie nie ma żadnych tkanin, dywanów, a w dużej kubaturze jest tylko kamień i drewno. Dywany i kotary pochłaniają dźwięk, choć tak ładnie wyglądają. Niestety, szkodzą akustyce. Fotele nie mogą być kanapami.

– Ale te zasady znane były od dawna, tymczasem np. w Teatrze Wielkim w Warszawie są miejsca, z których słychać fatalnie, że znakomity kiedyś łódzki TW pod względem akustyki zmienił się po wymianie foteli, że Tadeusz Łomnicki po objęciu Teatru na Woli poprawiał jego akustykę zawieszając pod sufitem dzbany…..

– W łódzkim TW, rzeczywiście, po wymianie foteli na widowni powstała dziura akustyczna. W poprzednim budynku FŁ, który miał znakomitą akustykę, dyr. Henryk Czyż, kiedy była pusta sala kazał zasłaniać kotarami balkony, a drewniane krzesła, niczym nie wyściełane, kazał zasłaniać płachtami. I wówczas dopiero podczas prób miał satysfakcjonującą akustykę. Najlepsza akustyka jest bowiem wówczas, kiedy pogłos trwa do 1 sekundy.. W pustej sali byłej FŁ pogłos wynosił 3,5 s. Ale kiedy  publiczność szczelnie wypełniała salę – akustyka się skracała i było tak, jak trzeba. Natomiast publiczność lubi coś takiego jak "przechodzące po plecach ciarki" – ale one mogą powstać wówczas, kiedy jest pogłos. A  do tego musi być duża kubatura, dźwięk musi wypełniać całą przestrzeń i musi się troszkę odbijać – z tym, że to nie mogą to być odbicia niekontrolowane. Dzisiaj  podczas symulacji akustycznej można sprawdzić, jak będzie brzmiał fortepian solo, jak śpiewacy, jak orkiestra kameralna, orkiestra z chórem. Specjaliści mogą to wszystko obliczyć, ale nawet jeśli by się pomylili, to nic prostszego: to można uregulować. Na ścianach mamy kamień, który nie jest płaską ścianą, ale ma różne przerwy i różne kąty ustawienia, co można regulować. Nad estradą mamy tafle szklane, które można różnie ustawiać.

– Czy można także dobierać dźwięk stosowanie do rodzaju muzyki, wykonawców?

– Jeszcze tego nie ćwiczyliśmy, ale myślę, że tak.

– Czy przewidziana jest rozbudowa obecnej sali filharmonii? Podobno w projekcie były zaplanowane organy i zapadnie, ale zabrakło na nie pieniędzy. Czy to pogorszy warunki artystyczne?

– Katarzyna Nowicka, czyniąc założenia do projektu nie uwzględniła – ku mojemu żalowi – balkonów i to wielka szkoda, ale przewidziała za to możliwie bogate wyposażenie. Jest oczywiście klimatyzacja na sali koncertowej, zapadnie i organy, za co jej chwała. Natomiast w sytuacji, kiedy ważyły się losy całej budowy – trzeba było zmniejszyć zakres wyposażenia, aby zmieścić się w przyznanej kwocie. Gdyby tego nie zrobiła – decyzja o budowie byłaby wstrzymana na lepsze czasy, które nie wiadomo, czy kiedykolwiek by przyszły. W lutym obchodziliśmy 90 lat istnienia – bez zapadni – i nic się nie stalo. FN ma 100 lat i też bez zapadni wytrzymuje. Z zapadniami byłoby, oczywiście, wygodniej. Bez nich czterech ludzi musi biegać po scenie, kiedy trzeba rozbierać praktykable. To także konieczność wywożenia fortepianu, który w przypadku zapadni – zjechałaby na dół. Będziemy się zatem starać – może już z funduszy UE – w przyszłości zrobić te zapadnie, gdyż zależy nam, aby sala filharmonii była wielofunkcyjna. Miejsce na to jest, wszystko jest przygotowane na takie wyposażenie. Brakuje nam tylko ok. 2 – 3 mln zł. Tylko, bo przy kosztach 70 mln zł, to naprawdę niewiele. Ale 2-3 mln zł to był nasz budżet całoroczny w 2002 r. i niemożliwe było taką kwotę zdobyć. Chciałbym jednakże zauważyć, że w rozdziale środków dla filharmonii w kraju są niepokojące dysproporcje. Kiedy byłem poprzednio dyrektorem FŁ, FN miała dwukrotnie większy budżet, co nie budziło moich sprzeciwów i było oczywiste – wiadomo stolica, większy budynek, etc. Natomiast obecnie FN ma 5-krotnie wyższy budżet i to już nie ma uzasadnienia. Ministerstwo kultury, sprawujące mecenat państwa, zdjęło z siebie obowiązki finansowania kultury w całym kraju i przerzuciło je na samorządy, które mają większe problemy niż kultura. To, że one jeszcze jakieś środki znajdują na kulturę, to cud i chwała im za to. Niemniej nie są to środki pozwalające instytucjom kultury normalnie funkcjonować. Należałoby zatem nalegać na ministra kultury, aby nie myślał tylko o 15 instytucjach, nad którymi sprawuje pieczę, ale i o innych, które nie mogą liczyć na finansowanie samorządów. Bo jeśli to samorządy mają dbać o kulturę – to nie widzę przeszkód, aby prezydent Warszawy utrzymywał Teatr wielki i FN, a prezydent Krakowa – Teatr Stary. Do tego nie będzie potrzebne ministerstwo kultury.

– A co z organami?

– Też mamy nadzieję, że je kiedyś zbudujemy. Na razie wzmocniliśmy ścianę, na której mogą one wisieć, bo nie mogą mieć podpórki. Pod nimi jest bowiem magazyn instrumentów, po które – przed tournee – wjeżdża ciężarówka, stąd nie może tam być żadnych filarów. W tej chwili nośność jest obliczona na ponad 40 ton i to wystarcza na udźwignięcie największego instrumentu, jaki zaplanujemy. Tutaj zresztą mamy duże rozbieżności – niektórzy organiści twierdzą, że powinno być 40 – 50 głosów, inni – że potrzeba 80 – 110, jeszcze inni – że wystarczy 80. Ale te dyskusje na razie są czysto teoretyczne, choć szukamy sponsora, także poza Polską, bo zależy nam na organach.  Bardziej może dla honoru domu niż z potrzeby, bo skoro nigdy nie mieliśmy organów, to znaczy, że można bez nich funkcjonować. Na pieniądze z samorządu nie mamy na razie co liczyć, bo niestety, zapaść w Teatrze Wielkim w Łodzi odbiła się i odbija na wszystkich instytucjach kultury podległych marszałkowi województwa. Gdyby samorządowi wiodło się lepiej, może udało nam by się wynegocjować większy jego udział w takim przedsięwzięciu i ubiegać się o fundusze z UE na kupno organów.

– Czy trzeba będzie dokupić instrumenty?

– Zawsze trzeba. W poprzedniej mojej kadencji dyrektorskiej kupiłem większość instrumentów np. fagoty i oboje, także klarnety i już mam sygnały, że uległy one znacznemu wyeksploatowaniu. Będziemy teraz próbowali znaleźć jakiś kompromis między ceną a jakością, bo chcemy kupić Stradivariusa, a nie skrzypce z dykty. Podobnie z instrumentami dętymi – tu nie może być tylko kryterium ceny – musi być uwzględniony walor artystyczny. Obiecano nam już w sejmiku jakieś pieniądze na zakup instrumentów, mam nadzieje, że w tym roku odnowimy instrumentarium. Natomiast nikt mi jeszcze nie określił kwoty, jaka to będzie.

– W dobrych orkiestrach na świecie bywa tak, że muzycy grają na własnych instrumentach. Jak to jest w Polsce?

– Bardzo różnie. Małe gabarytowo instrumenty są własnością muzyków, którzy płacą symboliczne opłaty za ich użytkowanie – ok. 20 zł miesięcznie. To nie wystarcza nawet na komplet strun, nie mówiąc już o kalafonii, czy włosiu na smyczkach. Dotyczy to także altówek i wiolonczeli. Natomiast kontrabasy i fortepiany, kotły i celesta są własnością filharmonii. W grupie dętej jest już różnie: fagoty i klarnety są własnością filharmonii, większość obojów – także, ale już jeden z oboistów posiada własny, złoty, instrument o większych walorach technicznych i artystycznych. Bo szlachetne metale dają lepszy dźwięk, toteż wszyscy fleciści marzą o złotym flecie, w najgorszym wypadku – srebrnym. Instrumenty będą dla nas poważnym, acz niezbędnym wydatkiem, choć już obecnie brzmienie orkiestry jest bardzo dobre. W 2001 r. jeszcze nie mieliśmy takiego poziomu, także z powodu braku dyrektora artystycznego. Udało mi się namówić dyr. Marka Pijarowskiego do przyjęcia tej funkcji i on stara się godzić ją ze swoim bogatym życiem artystycznym dyrygenta.

– Fraki są służbowe, czy prywatne?

– Też służbowe, choć niektórzy muzycy mają własne. I będziemy także musieli je kupować w 2005 roku sukcesywnie.

A jak z repertuarem? Czy nowy budynek wymusi jego zmianę, granie innej muzyki?

– Głowimy się nad tym, jak przyciągnąć do sali 650 osób. Wiemy już, że atrakcyjny program może przyciągnąć i 1000 słuchaczy na koncert. Natomiast musimy repertuar nieco zmodyfikować, warto byłoby propagować muzykę współczesną, mamy przecież polskich dobrych kompozytorów. Rzecz jednak w tym, że łódzka publiczność woli neoromantyzm, ewentualnie neoklasycyzm i barok, natomiast współczesność cieszy się mniejszym zainteresowaniem. Dlatego trzeba będzie jakoś łączyć jedno z drugim.

– Ale jest przecież jeszcze sala kameralna, gdzie można zaproponować inny repertuar?

– To jest sala na 120 osób – bardzo nam przydatna. Zamierzamy tam organizować koncerty, recitale młodych artystów – jeśli oczywiście pozwolą nam na to finanse.

– Czy w przypadku filharmonii dotacje z budżetu sejmiku wojewódzkiego starczają na więcej niż utrzymanie budynku i zespołu? Czy też jest tak, jak w teatrach – że na premiery dyrekcja musi sama zdobyć pieniądze?

– Jestem pesymistą, jeśli chodzi o sponsoring. Na Zachodzie jest on popularny, gdyż sprzyjają mu rozwiązania finansowe – odpisy od podatków, etc. U nas tego nie ma i nie ma zachęt do takich działań, nie ma więc sponsorów. Na Zachodzie ponadto inny jest sposób utrzymywania instytucji kultury – mają one zagwarantowane środki nie tylko na utrzymanie, ale i na działalność artystyczną na wysokim poziomie. Jeśli chodzi o Łódź – tutejsze firmy mają bardzo małe możliwości sponsorowania. Pewna firma ubezpieczeniowa bardzo znana i bogata zadeklarowała, że może sponsorować koncert w granicach 2-3 tys. zł. Ale jak to się ma kosztów koncertu? Jeden występ orkiestry z solistą to wydatek minimum 26 tys. zł. Nasz budżet starcza na 2-3 koncerty w miesiącu.

– A czy można podreperować budżet filharmonii na tournee?

– Najpierw trzeba zdobyć zaproszenie, a konkurencja w Europie jest ogromna. Więcej jest orkiestr chętnych do wyjazdu niż miejsc, gdzie chcą je przyjąć. Podaż jest większa niż popyt, stąd musimy miarkować swoje żądania. Nasi muzycy nie chcą – i słusznie – jeździć tylko za diety. Ale niektóre zespoły – i to świetne – z innych krajów są skłonne za 8 -10 dolarów dziennie pojechać na tournee. My kiedyś też tak jeździliśmy, kiedy przelicznik dolara był inny. Obecnie jeździmy głównie do Niemiec z uwagi na koszty transportu i hoteli. W marcu prawdopodobnie pojedziemy na tournee po Francji i jeśli dojdzie do tego wyjazdu – będę bardzo zadowolony. Bo oprócz zastrzyku gotówki jest to pokazanie się w świecie, a i coraz lepsza opinia w kraju.

-Czy nowy gmach stanie się większą zachętą dla wielkich artystów, aby częściej przyjeżdżali do Łodzi?

– Myślę, że tak, bo już fama poszła w Polskę, że tu jest bardzo dobra akustyka. Niektórzy uważają, że rewelacyjna. I sadzę, że będzie to jedna z atrakcji, którą warto poznać.

– Życzę tego – jak i zawsze pełnej pełnych sal koncertowych. Dziękuję za rozmowę.

 

Dodaj komentarz