Jarzyna i Makbet (bez) przyszłości

Macbeth u Waryńskiego

–    Ale warte było tych pieniędzy – mówi młody człowiek grubo po północy wynurzający się z czeluści  nieczynnej hali zakładów Waryńskiego na warszawskiej Woli.
–    Drogo jednak – wyrzeka drugi.
–    No wiesz, dla samych efektów pirotechnicznych warto było.
–    A gdyby tak kupić samemu za te same pieniądze petardy i race, jaki to byłby huk!

Pewnie nie tylko takie refleksje budzi najnowsza inscenizacja Grzegorza Jarzyny, jego od dawna oczekiwany „Mackbeth 2007”, mający być wedle reżysera swego rodzaju political fiction.
W szlachetnym sensie antywojenny, sięgający po niestosowane raczej w teatrze środki – charakterystyczne na planie filmowym albo w wielkich widowiskach plenerowych, okazał się jednak kiepsko napisanym scenariuszem zabawy w wojnę. I choć trup ściele się gęsto, huków i wybuchów w bród, efekty dźwiękowe, wibrujące infradźwięki, i potoki sztucznej krwi zalewają fabryczną halę, reżyserowi nie udaje się wywołać nastroju grozy. Przeciwnie, makabryczne sceny młoda publiczność kwituje śmieszkami, obcinanie głów gotowa jest oklaskiwać. I nie dlatego, że jest niewrażliwa, że ma przesyt przemocy w mediach (o tym przecież reżyser powinien wiedzieć), ale dlatego, że nie wierzy w świat stworzony w tej przestrzeni. Mówiąc dosadniej: cała para poszła w gwizdek.
To prawda, że trudno odmówić temu spektaklowi wymowy antywojennej, ale taki zazwyczaj jest „Makbet”. To prawda, że jest gorąco współczesny, z wpisaną w scenariusz konfrontacją tzw. cywilizowanego świata z terroryzmem, ale taki zazwyczaj jest „Makbet”. To prawda, że stawia bez mała znak równości między stronami walki, nie wiadomo, kto tu jest katem, kto ofiarą, role są DOWOLNIE zamienne, ale taki też zazwyczaj jest „Makbet”. A zatem w warstwie sensu, czyli jak dawniej mawiano przesłania, spektakl nie wychodzi poza niegdysiejsze odkrycia. Nowe są jedynie rekwizyty, za pomocą których reżyser próbuje ożywić stare, by nie rzec odwieczne treści. Ale czy ożywia je, czy też może katrupi?
Jarzyna przy pozorach nowoczesności (technika na scenie, monitory, punkt dowodzenia, odgłosy współczesnego pola walki, popisy zręcznościowe w stylu komandosów) pozostaje w gruncie rzeczy wierny starej, tradycyjnej teorii przekładu, która nie tylko pozwalała, ale wręcz nakazywała dostosowywać tekst do warunków lokalnych i czasu prezentacji. Już Mikołaj Rej w swoim „Żywocie Józefa” tak naprawdę opowiadał historię świętego znad Wisły, mianując go „hetmanem” (sic!) faraona. Koryfeusze oświecenia wychwalali metodę adaptacji obcojęzycznych dramatów (osobliwie komedii) do warunków polskich, aby – jak pisał Adam Kazimierz Czartoryski – „smaku do widowisk nabrał naród”. Trzeba adaptować, książę argumentował, oto bowiem „skępstwo, duma i pochlebstwo wszystkich krajów jest narowem, ale Angielczyk, Włoch, Francuz inaczej jest skąpy, dumny, pochlebny jak Polak; i Harpagon Moliera „Skępca” nie może tak żywo polskiego spektatora chwytać umysł, jak gdyby wzór wzięty z naszego lichwiarza kontraktowego”. Wprawdzie Czartoryski nie rozciągał swoich zaleceń na tragedię, ale tak czy owak pomysł adaptowania nie jest nowego chowu. I choć Jarzyna nie przebiera żołnierzy z czasów Makbeta we współczesne mundury polskich komandosów czy jednostki Grom, bo mamy czasy globalizacji albo jako kto woli globalnej wioski, to jednak zamienia rycerskie zbroje na dzisiejsze mundury wojsk amerykańskich, a terenem akcji czyni „Szkocję” przeniesioną do Iraku, no, może ostrożniej – bliżej nieokreślonego państwa muzułmańskiego.
Punkt wyjścia był tu istotny: adaptator przeniósł „Makbeta” w czasy współczesne, a nawet – jak sugerował – nieco wybiegał w przyszłość (2007 w tytule miało to sugerować, poza tym w spektaklu niewiele albo i nic tego „futuryzmu” nie potwierdza). Takie założenie mogło przynieść zaskakujące wyniki, pod warunkiem jednak, że nie nastąpi swego rodzaju „kompresja” – z „Makbeta” jako dramatu władzy, dramatu losu, walki dobra i zła niewiele pozostało. To pewne, że zawsze Szekspir jest przykrawany – coś się traci, coś dodaje, nie istnieje (na szczęście) żaden idealny wzorzec czy przepis na wystawienie jego sztuki. Tyle tylko, że u Jarzyny nastąpiła przede wszystkim redukcja: zniknęła trwoga metafizyczna, zmagania Makbeta z przeznaczeniem i pokusami przekroczenia nakazów moralnych, zniknęła poezja, zniknęła wielka metafora, zniknęły też postacie (nie ma całego wątku lady Makduff i jej dzieci, zamiast trzech wiedźm jest jedna i to w czedarze, co może sugerować, że zło kryje się w islamie). Zamiast tego pojawili się bojownicy islamscy i centrum dowodzenia inwazją, dużo sztucznej krwi, męskie zabawy i iluzjonista z królikiem jako przeznaczeniem. I choć fascynująca swoim monumentalnym upadkiem przestrzeń bezużytecznej hali fabrycznej zakładów im. Waryńskiego czyni pewne wrażenie, to jednak zbyt mało, aby tak spreparowanego „Makbeta” uznać za sukces. Aktorzy utonęli w tej przestrzeni, stali się nieczytelnymi znakami niczym ołowiane żołnierzyki w rękach dziecka. Szkoda, bo mógł być to spektakl namiętnie antywojenny, trochę plakatowy, ale wyrazisty. Powstał jednak komiks, naśladujący nieporadnie filmy akcji.
    Jarzyna pokazywał swego „Makbeta” nocą, na odludziu, kiedy było chłodno i ponuro – właściwie sama przyroda mu sprzyjała. Widzowie rozsadzeni ciasno na wybudowanym gigantycznym stelażu czuli się niepewnie, podesty skrzypiały, a z pierwszych rzędów czy bocznych krawędzi niezły kawał z góry, dla cierpiących na lęk wysokości doprawdy ciężka próba. Nadto u ludzi z wyobraźnią mogło się rodzić współczucie dla aktorów, zagrożonych nieprzyjazną przestrzenią: łatwo w takich okolicznościach o wypadek (obserwujemy nawet desant  głową w dół w czeluście hali fabrycznej z domniemanego pokładu helikoptera, schody nie mają zabezpieczeń, niepewna barierka chroni Makbeta i oficerów przed niebezpieczeństwem upadku. A jednak mimo te groźne okoliczności widz nie odczuwa trwogi, może tylko na początku wystraszony pierwszymi wybuchami. Potem spokojnie patrzy na potoki krwi i mozoły żołnierzy (jak wspomniałem, czasem nawet podśmiewuje się). Co zatem reżyser może dzisiaj zrobić, żeby wstrząsnąć publicznością. Czy iść śladami artysty z „Onych” Witkacego i dokonać na scenie prawdziwej zbrodni? Oczywiście, taki wariant nie wchodzi w rachubę. A więc co pozostało? Może więc rację mieli Grecy, oddając najkrwawsze epizody w pacht świadkom, którzy „tylko” opowiadali. Ale wtedy słowa budziły lęk. A dzisiaj?
Tomasz Miłkowski

Dodaj komentarz