Maja Komorowska laureatką Boya

Zarząd Klubu Krytyki Teatralnej przyznał tegoroczną Nagrodę im. Tadeusza Żeleńskiego-Boya za wybitne osiągnięcia aktorskie pani Mai Komorowskiej. Uroczystość wręczenia Nagrody odbędzie się w drugiej połowie maja. Najnowszą kreacją artystki jest Sarah Bernhardt w sztuce „Mimo wszystko” Johna Murrella, wystawianej na Scenie w Baraku warszawskiego Teatru Współczesnego w reżyserii Waldemara Śmigasiewicza. O tej roli pisze Tomasz Miłkowski:

Sarah

Na Scenie w Baraku warszawskiego Współczesnego Maja Komorowska gra Sarah Bernhardt. Po sztukę Johna Murrela (w oryginalnej wersji pt. „Memoir”) sięgały wielkie aktorki – w Polsce Irena Eichlerówna i Anna Polony. Teraz czyni to Komorowska, wypełniając postać wielkiej aktorki swoim własnym doświadczeniem. Toteż spektakl, będący scenicznym portretem Sary, tajemniczej, przyciągającej tłumy, elektryzującej widzów artystki, jest zarazem autoportretem, opowieścią o metodzie aktorskiej Mai Komorowskiej, łaczącej nowatorskie poszukiwania teatralne Grotowskiego, Lupy z doświadczeniami aktorki filmowej o szczególnie intensywnym oddziaływaniu emocjonalnej na otoczenie, na partnerów, na widzów.
Jak zgodnie podkreślają świadkowie epoki, Sarah Bernhard, grając bohaterkę melodramatu Dumasa, „Dama kameliowa” ukazywała na scenie swoisty „kunszt umierania” – to nie było przykre, suchotnicze konanie. Jak pisał polski recenzent, Edward Lubowski (przywołany w teatralnym programie): „Dama Kameliowa umiera w jej grze pogodzona z życiem, szczęśliwa po raz pierwszy, nie czująca grozy śmierci, tylko jej tajemnicze a ponętne dla niej tajemnice”. Podobnie postępuje Maja Komorowska, portretując Sarah Bernhardt. Wcale jej nie upiększa, ukazuje jej władczość, kaprysy, tęsknotę za sceną, zmienność nastrojów, a nade wszystko nigdy nie kończącą się grę, powtarzaną niczym rytuał przed zahukanym sekretarzem (Wiesław Komasa). Kiedy zmusza go do współudziału w odtwarzaniu scen z przeszłości, w nadziei że Sarze przypomni się coś jeszcze, co pozwoli lepiej zrozumieć jej życie, nigdy nie zapomni o przybraniu stosownej pozy, udrapowaniu sukni dla podkreślenia linii ciała i wygięcia szyi… wystylizowana, jak na sugestywnych plakatach Alfonsa Muchy. Wdziewa rozmaite maski, młodnieje na zawołanie, starzeje się, komentuje swoje i cudze zachowania, wciela w bohaterki tragedii, aby przekonać się raz jeszcze, że jej życie to scena, że jej żywioł to gra. Maska spada… po śmierci. Wtedy okaleczona Sarah, beznoga aktorka (amputacja nogi artystki stała się we Francji nieszczęściem narodowym), wstaje lekka, promienna, uśmiechnięta i pełna energii odchodzi w jasność. Siła, jaka wówczas promienieje ze sceny, rozmach tego rozstania ukazanego jak wielka przemiana, a może wielki powrót do pełni możliwości, obiecujący ich wzmocnienie, długo pozostaje w pamięci. Dla tej jednej niemej sceny ten spektakl wart jest oglądania. Tu przecież nie chodzi o łatwe pociechy, rozdawane pozostałym na tym świecie, ale o rodzaj niezwykłego uniesienia, które buduje wiarę w moce twórcze człowieka. Twórczość to radość – taka jest puenta tego spektaklu, nawet jeśli teatr i życie nie szczędzą artyście upokorzeń, zawstydzeń i rozczarowań.
To piekielnie trudny dla aktorki spektakl, przywodzący na myśl „Szczęśliwe dni” Becketta, w których grała Winnie. Oczywiście nie ma mowy o podobieństwie poetyk – Becketta i Murrella dzieli niemal wszystko, mowa jedynie o podobieństwie sytuacji fizycznego ograniczenia: Winnie zapadająca się w piachu, pozbawiona nóg, z jednym słuchaczem, w swoich codziennych rytuałach. I Sarah, przykuta do fotela, beznoga, także grająca przed jednym widzem, także ze swymi rytuałami. Dlatego tak silne wrażenie czyni każdy ruch – powstanie aktorki, jej jeden krok, potem upadek (Strindbergowski, jak śmierć pelikana), a wreszcie energiczne odejście.
Tomasz Miłkowski

Dodaj komentarz