O brzydkich, a nawet bardzo brzydkich słowach

To nie jest nowy problem, przygnany wraz z rozluźnieniem obyczajów i relatywizmem skali wartości moralnych. Yorick pamięta, jak szpetnie klął Szekspir, a starsi od Yoricka błaznowie sięgają pamięcią świntuszenia Arystofanesa i tylu innych…

Nic tedy nowego pod słońcem, może jedynie kwestia smaku i proporcji, o czym zasadnie przekonuje klubowy jubilat Henryk Bieniewski w publikowanej w tym numerze „Yoricka” rozmowie.
A jednak brzydkie słowa kiedy niekiedy trafiają na przedziwny opór, a w przypadku dzieł bez wątpienia artystycznych wiodą wielce oburzonych strażników moralności publicznej na manowce niezamierzonej śmieszności. Dość wspomnieć tych, którzy nazywali „Ulissesa” utworem pornograficznym, odmawiając publikacji arcydzieła Joyce’a.
No, tak, ale Joyce nie trafia się co chwila, a wielu klnących do zatracenia autorów czyni tak tylko po to, aby przypodobać się niskim gustom najgorszej publiczności, powie ktoś. No, cóż, nigdy nie było łatwo i zawsze trzeba wybierać. Aby mądrze.
Tymczasem łupem ustawodawców od czystości języka padł w Polsce Noblista García Márquez, jego najnowsze dzieło miast nosić tytuł „Rzecz o mych smutnych kurwach”, opatrzył wydawca tytułem „Rzecz o mych smutnych dziwkach”, aby nie narazić się na sądową konfiskatę nakładu. „Widniejący na okładce tytuł powieści – żali się świetny tłumacz, Carlos Marrodán Casas – jest tytułem zastępczym, tytułem roboczym, tytułem wstydliwym i ocenzurowanym. Gabriel García Márquez dał swojej powieści tytuł „Rzecz o mych smutnych kurwach” i tak też przetłumaczył to tłumacz, w pamięci mając twórczość takich mistrzów, jak Jan Kochanowski, Daniel Naborowski czy Jan Andrzej Morsztyn (z przyczyn oczywistych  nie wspomnę Juliana Tuwima. Na okladce widniej jednak bezpieczny tytuł, a to w wyniku prawniczych ekspertyz, sugerujących, iż wydrukowanie tytułu nadanego przez tłumacza grozi nieobliczalnymi konsekwencjami jak np.: prokuratorski zakaz (w wyniku doniesienia o popełnieniu przestępstwa) rozpowszechniania książki (…) Taki jest stan prawny w Polsce – można dzieła artystyczne cenzurować, bezradnie niszczyć; artystów nie tylko można, ale po prostu, jak Dorotę Nieznalską, skazuje się na więzienie. Przyjdzie czas na karę banicji, może na obozy swoistej resocjalizacji”…
Gorzkie słowa, ale prawdziwe. Czym innym wytłumaczyć, że Noblistka Elfriede Jelinek (szkic o jej twórczości właśnie publikujemy) nie może się przebić na polskie sceny – no, może się uda tego cudu dokonać Krystynie Meissner. Trzymam kciuki, zapraszając do lektury kwietniowego wydania,

Wasz Yorick

Dodaj komentarz