Jubileusz Henryka Bieniewskiego

Z okazji 80. rocznicy urodzin Henryka Bieniewskiego, wybitnego krytyka, przewodniczącego Kapituły Nagród polskiej sekcji AICT/IACT publikujemy rozmowę z Jubilatem. Henryk Bieniewski wręcza nagrode im. Treugutta

Hamlet X z telenoweli Y

Rozmowa z Henrykiem Bieniewskim, krytykiem teatralnym i tłumaczem, wydawcą książek o teatrze, jednym z twórców świetności polskiego Teatru Telewizji, b. redaktorem naczelnym dwutygodnika "Teatr", niestrudzonym organizatorem i uczestnikiem życia teatralnego w Polsce

Teatr, jaki był, teatr, który jest – w czym tkwi zasadnicza różnica?

Między teatrem, który opisywałem kiedyś, i który funkcjonuje dzisiaj, różnica jest ogromna. Przede wszystkim tamten teatr sprzed lat był teatrem aktorskim, teatrem, w którym zdecydowanie dominowali aktorzy. To nawet nie chodzi tylko o to, że głównymi bohaterami tamtych przedstawień byli aktorzy – był czas dominacji reżyserów, był teatr inscenizacji – ale rzecz polegała na tym, że ci aktorzy, którzy występowali wtedy wywodzili się ze szkoły aktorskiej, z polskiej tradycji aktorskiej. Tak więc z jednej strony byli uformowani przez tradycję, z drugiej – przez swoich najbliższych partnerów. Nie tylko funkcjonowała autentyczna relacja uczeń – mistrz, ale istniało ogromne poczucie więzi z przeszłością. Aktorzy starszej daty, jak Jan Świderski, Mrożewski, Białoszczyński – to byli aktorzy, którzy mieli ogromne doświadczenie. Ich stosunek do zawodu był bardzo tradycyjny i traktowali go z niezmierną estymą. Nie chodzi o jakieś imponderabilia, to się przekładało na jedną bardzo istotną rzecz: na technikę aktorską., na sposób mówienia, na umiejętność mówienia i podawania tekstu. Ci aktorzy potrafili oczarować publiczność swoją techniką mówienia. Jeżeli mówimy o różnicach, to jest to tak kolosalna różnica, że dla kogoś, kto nie pamięta aktorstwa sprzed 20-30 lat jest to nie do wyobrażenia.. Takich aktorów prawie już nie ma. Tę tradycję przejął np. Zbigniew Zapasiewicz. Każda rola Zapasiewicza, jakiej by nie zagrał, jest to rola, w której postać jest wyraziście zarysowana, a tekst jest wypowiedziany z nieprawdopodobną precyzją, głębią, zrozumieniem znaczeń i wyrazistości słów. I to jest właśnie szkoła polskiego aktorstwa – szkoła Kreczmarów, Axera i im podobnych. Ale Zapasiewicz też jest już po siedemdziesiątce…

Jak więc mówi tekst, nie swój, grany, dzisiejszy aktor?

Dzisiejszy aktor mówi tekst w sposób niedbały, potoczny, tak, jak mówi się na ulicy. Proszę zwrócić uwagę na taką rzecz: Przed wielu laty, kiedy aktor dostawał się do telewizji, kiedy miał wystąpić w telewizji, to w ogromnej większości przypadków musiał mieć liczący się dorobek zagranych ról. Mógł być nawet dość młody, ale zagrał już przynajmniej kilka ról tak znaczących, że wzięli go do telewizji. I były to z reguły role grane w teatrze. W telewizji grał daną postać mając w zapleczu doświadczenie i pewną technikę. Dziś jest zupełnie przeciwnie. Do seriali telewizyjnych trafiają aktorzy bez żadnego dorobku, amatorzy – owszem, czasami zupełnie przyzwoicie grają, ale jeżeli mówimy o języku scenicznym, o technice scenicznej to oni jej nie mają. Nie mają żadnego doświadczenia i te przedstawienia, które są robione w teatrze telewizji, to są przedstawienia serialowe, niejako żywcem przeniesione z telenowel, odwołujące się do ich stylu i techniki grania, a właściwie niegrania. Gorzej: w teatrze dramatycznym także mamy dzisiaj aktorów telenowelowych, grających na scenie, jak w telenoweli albo po prostu, jak w życiu. Niedawno byliśmy na przedstawieniu Nomina cunto diosa – jedna trzecia tekstu była niesłyszalna, wręcz niezrozumiała – mówiona przez aktorów ot tak, do siebie. Niektórzy reżyserzy, inscenizatorzy, zespoły aktorskie traktują to jako zaletę, jako markę, bo właśnie tak będzie naturalnie, codziennie, zwyczajnie, jak w życiu. Zapominają, że na scenie nie może być naturalnie, bo scena sama w sobie jest umownością. I to granie na naturalność, ta niby codzienność jest tylko kiepskim udawaniem mającym tak naprawdę niewiele wspólnego z naturalnością.

A literatura? Czy to nie właśnie ona narzuca taki styl bez stylu?

Dawniej teatr był teatrem literatury i teatrem problematyki. Nie mówię tu o klasyce wyłącznie, bo przecież przed laty w teatrze grana była współczesna wówczas dramaturgia. Wystarczy wspomnieć sztuki Tadeusza Różewicza, Tymoteusza Karpowicza, Ireneusza Iredyńskiego, Helmuta Kajzara… Trzeba powiedzieć, że ta problematyka, która była prezentowana byłą problematyką wyrosłą z rzeczywistości, z ówczesnej codzienności wręcz, ale przetworzoną dramatycznie i przetworzoną scenicznie.

Dzisiaj to, co w domu, co na ulicy mamy w teatrze… Po co?

A propos tego, co słyszymy na ulicy. Niedawno zastanawiałem się nad tym zjawiskiem. Przecież niektórzy dramatopisarze – jeżeli można ich tak nazwać – reżyserzy, inscenizatorzy sięgają do tematyki z życia codziennego i ona króluje w przedstawieniach. Dlaczego więc jest to tak miałkie i nieciekawe? Oni ilustrują rzeczywistość, nie przetwarzają jej, lecz kopiują jakiś wycinek i podają nam go na tacy au naturel. To, co mamy dzisiaj, to tylko fotografia rzeczywistości. Niewiele więc z tego wynika.

Kalką jest nie tylko jakiś obrazek z życia, ale i język…

No właśnie. Chamski język, słownictwo współczesnej dramaturgii, To jest przerażające! Przecież zawsze w teatrze, od starożytności począwszy były utwory, w których była zawarta pewna doza fotografii rzeczywistości. Ale to był tylko fragment. Były też utwory obsceniczne, ale i one stanowiły tylko wtręt, fragment dramatu czy przedstawienia. Utwór współczesny, w którym nie ma dupy i kurwy właściwie nie istnieje…

Może, jakie społeczeństwo, jakie czasy, taki teatr?

Oczywiście, tylko czy my naprawdę takiej literatury, takiego teatru, takiej telewizji pragniemy? Czy tylko nam się sprytnie wmawia, że to jest właśnie to, bo na tym interes robią ci, którzy rzeczywistości przekuwać na sztukę nie potrafią? Mamy wszechobecne prostactwo i chamstwo, ale coraz wyraźniej ludzie zaczynają przeciw temu oponować.
Weźmy Szekspira. Pojawiają się w jego dziełach teatralnych elementy prostackie. Jednak, jakiego utworu byśmy nie wzięli – Hamlet, Makbet, Sen nocy letniej, Kupiec wenecki, Otello – będzie w nim wstawka z życia wzięta, prostacka, prymitywna, ale odpowiednio oszlifowana. I tylko wstawka, nie cały utwór. I – co najważniejsze – w jego sztukach zawsze chodzi o coś ważnego, ważnego dla człowieka, bo pozwalającego dostrzec różne barwy ludzkiego charakteru, blaski i cienie władzy, zło i dobro. A codzienność zawsze jest zestawieniem drobnego wycinka prostactwa z kulturą, z czymś wyższym i dobitne pokazanie różnicy.
Dziś życie codzienne stało się prostackie – kiedyś chamstwo i prostactwo było tylko domieszką do normalnego życia, dzisiaj normalne życie jest dodatkiem do chamstwa i prostactwa.

Trudno więc się dziwić, że proporcje się odwróciły także w sztuce…

Tak, ale to jest w pewnym sensie zamknięte koło. Dlatego życie stało się takie, gdyż inne wzorce nie są lansowane. Literatura, teatr poza przesłaniem, doznaniami czysto estetycznymi, lansowały pewne wzorce do naśladowania. I dzisiaj, gdyby te wzorce były systematycznie lansowane jako rzecz do naśladowania, gdyby ambicją ludzi było bycie kulturalnym, eleganckim, to wtedy to życie zewnętrzne nie byłoby takie, a gdyby nawet było, to byłby to jego margines. A teraz kultura jest marginesem, a prostactwo jest normalnością.

Teatr jest zwierciadłem życia, a więc jakie życie, taki teatr.

To prawda, ale czy naprawdę chcemy takiego prostactwa, spłaszczenia, bezmyślności? To było zawsze, ale z boku. Teraz jest na froncie.

Mówił Pan o warsztacie aktorskim. Czy istotnej tu winy nie ponosi szkoła?

Na pewno tak. Kiedyś, przed wielu laty szkoły teatralne nie pozwalały adeptowi, przed skończeniem studiów, występować w filmie, telewizji, teatrze. I chyba było w tym coś słusznego. Lekarz nie może leczyć pacjentów, gdy jest jeszcze studentem medycyny. Musi zdobyć uprawnienia zawodowe. A aktor? Dlaczego do mnie na widowni ma przemawiać człowiek niedojrzały? Dawniej uważano, że człowiek, który jeszcze studiuje, jest właśnie niedojrzały do tego, aby przekazywać ludziom pewne prawdy. Bo co to jest teatr? To jest przekazywanie pewnych prawd. Kiedyś ZASP był ochroną zawodu. Aktorowi niezawodowemu nie wolno było grać na scenie obok zawodowych aktorów. Aktor, który nie skończył szkoły teatralnej, mógł być statystą. Gdy był utalentowany, mógł po pewnym czasie, gdy miał już dorobek, zdawać eksternistycznie egzamin aktorski i miał wtedy pełne uprawnienia do wykonywania zawodu. Wszystko jest możliwe, każda struktura może zaistnieć i funkcjonować, byle przynosiła dobre rezultaty. Obecna ich nie daje.
Młodzi aktorzy grają w serialu, dostają zawrotu głowy od powodzenia, przesiąkają typem aktorstwa banalnego, bardzo ubogiego, prostego, nijakiego warsztatowo i rezultat jest, jaki jest. Taki aktor Hamleta na scenie teatralnej czy w teatrze telewizji też zagra jak pana X w telenoweli Y.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Justyna Hofman – Wiśniewska

Dodaj komentarz