Transfer Kuroczkina we Wspólczesnym

Nowy dramat rosyjski
Transfer do nikąd
W Niewidzialnym mieście, przywołanym w teatralnym programie, Italo Calvino napisał: Piekło żyjących nie jest czymś, co nastanie, jest już tutaj, jest piekłem, w którym żyjemy na co dzień, które tworzymy, przebywając razem. W taką bez wątpienia wizję piekła żyjących wpisuje się Transfer Maksyma Kuroczkina, który w reżyserii Macieja Englerta pojawił się na scenie warszawskiego Teatru Wpółczesnego. Nie jest to tekst wielkich odkryć i wielkich zaskoczeń, łatwo byłoby wykazać jego zadłużenie u wielu innych autorów (od Bułhakowa i Sartre’a począwszy), także zacięcia w trybach dramaturgicznych (akcja niekiedy rwie się albo grzęźnie w mulistym dialogu), ale broni Kuroczkina inteligencja, z jaką balansuje na pograniczu serio i buffo. Tę właściwość tekstu, który ucieka od jednoznacznej kwalifikacji (satyra?, komedia?, tragikomedia?, psychodrama?, blaga?), trafnie podchwycił Maciej Englert skupiając uwagę na przygodach człowieka praktycznego, który zderza się ze światem pomyślanym, zbliża do metafizyki i odkrywa z niejakim zdziwieniem, ze nie ma tam prawie nic, no, może (bagatela!) tylko tyle, co pozwala w swoim własnym świecie szukać ratunku przed załganiem. Curikow (Andrzej Zieliński), biznesmen prowadzący niejasne interesy, żyjący w związku otwartym z żoną, której od dawna nie zauważa, otrzymuje zaproszenie od Ojca – sęk w tym, że do Piekła. W drogę wybiera się z sekretarką (świeżo awansowaną na kochankę) i płatnym amantem żony, traktując tę wyprawę niczym kolejny wypad turystyczny… Coś jednak się wydarzy. Piekło okaże się o wiele bardziej humanistyczne niż świat ludzi, a jego mieszkańcy wydają się owładnięci troską, jak uratować świat wbrew ludziom. Pełna ciepła postać nieżyjącej Cioci (Danuta Szaflarska), która nie chce ukazywać się młodemu ulubionemu krewniakowi, aby go nie straszyć, symbolizuje tę szczególną opiekuńczość Piekła. Ciocia rozpamiętuje przeszłość krewniaka fotografa, wspomina błahe zdarzenia z jego życia, licząc na jego pomyślne losy – na próżno jednak, ciocia nie wie, ze fotografa marzy, aby Ciocia zabrała go do siebie… No tak, ale skoro piekła nie ma, koło się zamyka i na koniec znowu trafiamy do mieszkania Curikowa, który postanawia jednak zaprowadzić na początek jako taki moralny ład. Kuroczkin broni się jednak przed cukierkowym zakończeniem, nie łudząc widzów, ze świat stanie się teraz wspaniały. Jego mizantropię wyraża zaświatowy Manabozo (Mateusz Damięcki), który powtarza na koniec; Jak ja nie lubię ludzi. I trzeba przyznać, że ma powody.
Luki czy luzy w dramacie wypełniają aktorzy, na ogół z wielkim talentem. Dotyczy to w szczególności pełnej wewnętrznej siły Danuty Szaflarskiej jako dobrotliwego demona i Janusza Michałowskiego, który stworzył niejednoznaczną, zagubioną, a zarazem owładniętą rozmaitymi namiętnościami postać zaświatowego Ojca. A jednak czegoś temu spektaklowi (czy dramatowi) brak – bodaj temperatury, która spajałaby poszczególne sekwencje w wyrazistą całość.
Tomasz Miłkowski

Maksym Kuroczkin, Transfer, tłum. Andrzej Bubień, reżyseria i opr. muzyczne Maciej Englert, scenografia Marcin Stajewski, kostiumy Anna Englert, Teatr Współczesny w Warszawie

Dodaj komentarz