Gdy świat zaśnie…

O Balladynie wg Słowackiego w krakowskim teatrze Groteska pisze Justyna Hofman-Wiśniewska.

I zaczną żyć. W nas i obok nas, bo lalki, te wypalone kukły wypełnione trocinami, z pustymi oczodołami to my. Żywi jak martwi.
Na scenie wóz kuglarski, wokół pogański taniec i stuk uderzających o siebie kamieni, którym rytmizują przestrzeń Chochlik i Skierka. Głuche dźwięki mające w sobie dziwną i tajemną moc. Tak rozpoczyna się historia zła drzemiącego w ludziach, demiurga – szatana, którego byle impuls może wyzwolić. I ożywić. Lalki o pustych oczodołach, grzechot ich drewnianego kośćca i szelest trocin, którymi są wypełnione. To – my? Po drugiej stronie tego teatralnego lustra? Żywi umarli za życia? Kręcący się bezmyślnie i bezrozumnie po labiryncie świata, żyjący życiem nierzeczywistym, umierający nie dotknąwszy prawdziwego życia. Szelest trocin, stuk kamieni to nas wypełnia. I pustka oczodołów.
Balladyna Juliusza Słowackiego może być baśnią tylko, ale może też być Wielką Tragedią. W krakowskim teatrze Groteska w reżyserii Bogdana Cioska, z lalkami Jerzego Kaliny i w oprawie muzycznej Pawła Moszumańskiego stała się niezwykłym zjawiskiem, niezwykłym teatrem.
Na mrocznej scenie stanął kuglarski wóz. To właściwa scena tego theatrum zbrodni i ciemnego człowieczeństwa spowitego w magię czarów i baśni. Ludzie – lalki pociągane za sznurki przez duchy udające ludzi. Logiczny świat konkretnych dokonań, w którym Chochlik (Włodzimierz Jasiński) i Skierka (Franciszek Muła) spece duszkowe wiedzą, jak namieszać i napsocić. Lalki – ludzie, lalki – aktorzy w żywym planie to swoiste przenikanie się światów, w którym jednak nie ma miejsca na zbytnie roztrząsania, wybujałe uczucia, czułości i inne „zawracania głowy”. To świat niezwykle spójnie i logicznie skonstruowany, w którym dwa duszki bardzo istotną odgrywają rolę. Są tymi, którzy pociągają swe lalki za sznurki wprawiając je w stan życia. Drewnianego, ale jednak życia. W drewnianym świecie, ale – świecie przecież. Przeistoczeni w pijanego Grabca uganiającego się za świetlistą Goplaną, czy okrutnego Kostrzyna nagle ożywają. Są pełni do siebie dystansu, ich postacie to postacie grane. Tylko grane. A Chochlik i Skierka to były drewniane kukły. Tylko lalki, które w pewnym momencie obojętnie wieszają na kółkach. Nadszedł czas ich zejścia ze sceny, więc schodzą. Bez żadnych uczuć, bez żalu, bez refleksji. Po prostu czas grania zastąpi czas wiszenia. Do następnego spektaklu. Można, nie oglądając się za siebie, część życia zawiesić na kółkach. Może, to drewniane, potoczy się dalej? Nasze, ludzkie istnienie trwa tylko tyle, ile Chochlikowi i Skierce grać się chce. Gdy idą spać – ty znikasz. Gdy wstają – ty ożywasz. I żyjesz. Tylko tyle i tylko tak, jak oni tobą grają, kręcą, jak długo ich ta zabawa w twoje życie nęci i bawi. Gdy się tobą znudzą, dyndasz na haku w oczekiwaniu na kolejną szansę. Oczodoły jednak masz stale puste, duszę drewnianą, głowę myślą nie skażoną. Trwasz chwilę. Tylko tyle. Jak ją trwasz? Jak Alina, jak Balladyna, jak Goplana, Kirkor, jak wiecznie pijany Grabiec pijaństwu swemu wierny? Nic cię przed losem nie ocali, nic nie wyzwoli. Jesteś lalką ulegającą podmuchom wiatrów, uległą siłom kuglarza czy kuglarzy. Twój los określa stuk kamieni, głuchy dźwięk wyznaczający rytm życia bądź będący (gdy mamy nieco szczęścia) w jego tle, ale tak czy tak jest nieustanne memento zła czającego się w mroku.
Twarze lalek są do siebie podobne. Twarze ludzi? Też w jakimś są do siebie podobne. I tych, którzy zabijają, jak Balladyna i tych, którzy są zabijani, jak Alina. Czoła spowite szarością zachodzącego dnia, martwe oczy ze szkła patrzące w noc i w dzień tak samo, drewno pod naskórkiem z bandaża, żyły bez krwi, bo przecież w drewnie nie płynie nic. Najwyżej można w nim usłyszeć szelest trocin. Kości każdego truchła są takie same, ich stuk o deski podłogi czy ziemię jest zawsze taki sam. To tylko chrzęst. Nic więcej. Nicość udająca coś, „pustać” pobrzmiewająca tylko stukotem martwych kawałków głazów. Krążące w nicości słowa nie mają mocy uzdrawiającej. Ani ożywczej. Nie są tchnieniem życia, nie stanowią szansy. To tylko słowa, którym teatr nadaje sens. Jednak tak, gdyż wychodzimy z tego dwugodzinnego świata teatru poruszeni. To, co żywe, w nas i w tym teatrze lalek, kukieł bezcielesnych, dzieje się na zewnątrz. Wyzwolone z tego świata rośnie w nas i trwa po wyjściu z teatru. Jak stuk owych kamieni. Jest więc nadzieja, że ktoś coś w tej nicości usłyszy, zobaczy, odczuje. I wtedy może zacznie grać na własną nutę? Zacznie żyć nie pociągany sznurkami? Zerwie się z haka..? Może. Chrzęst kośćca jest zawsze taki sam. A ślad życia? Może nabierze sensu, żywości i trwałości plamy krwi prawdziwej? Jeśli nadamy tej czerwonej farbie na czole Balladyny znamion prawdziwej krwi…
Aktorzy podwiesili swe lalki, Chochlik i Skierka zawieszeni na haku dają nam szansę, czas na własne życie. Ale… To przecież jest czas snu, czas powrotu do domu, kolacji i snu. Stuk, stuk, stuk – nieubłaganie puka kamień o kamień… Może nazajutrz, może w jakiejś przyszłości znów duchy pozwolą nam pobawić się w teatr? Zagrają dla nas i z nami, zaproszą w swój świat, ale i dadzą chwilę wytchnienia? Chwilę samoistnienia?
Spektakl skonstruowany czysto, przejrzyście, klarownie przez reżysera, Bogdana Cioska. Z nieubłaganą konsekwencja i żelazną logiką. Wszystko się zdarza, bo musi się zdarzać, trwa, bo musi trwać, stuka, bo musi stukać, jest nicością, bo musi nią być. Jest tu wiele poezji, czaru jakiegoś i tajemnicy, którą posiada w sobie kamienno – drewniany świat. Jest tu wiele poezji i wiele teatru. Wszystko – słowo, muzyka, ruch, animacja, lalki i aktorzy ze sobą współbrzmi niczym partytura w wykonaniu znakomitej orkiestry.

Justyna Hofman – Wiśniewska

Juliusz Słowacki ,Balladyna". Reżyseria: Bogdan Ciosek Scenografia: Jerzy Kalina Muzyka: Paweł Moszumański Ruch sceniczny lalek: Krzysztof Falkowski. Premiera: luty 2005 w Teatrze „Groteska” w Krakowie.

Dodaj komentarz