Teatroterapia

A cóż to takiego?! – zakrzykną ze zgrozą poloniści i strażnicy piękna i czystości mowy polskiej. No cóż… Są różne terapie: śmiechoterapia (nawet „spektakl” pod takim tytułem Krystyny Sienkiewicz), koloroterapia (leczenie kolorem), magnetoterapia i magnetostymulacja (leczenie polem magnetycznym), światłoterapia itd. Dlaczego więc nie może być i teatroterapia?
W mowie naszej neologizmów różnych dziwnych i dziwacznych pełno – jeden więcej nasz język wytrzyma. O leczniczym działaniu sztuki na organizm ludzki, nie tylko sztuki teatru, ale i sztuki medycyny (zwłaszcza sztuki medycyny) i wszelkich sztuk pięknych wiadomo nie od dziś. O energetycznym działaniu ludzi na siebie również. A gdzież jest największa magia, jeśli jest jak nie w teatrze właśnie, gdy człowiek bezpośrednio oddziaływuje na człowieka, gdzie aktor emanuje swą siła, siła swej maestrii aktorskiej i siłą człowieka na widza? Starożytna katharsis to przecież oczyszczenie. I po to m.in. starożytni tłumnie chodzili do teatru. A oczyszczenie duszy z toksyn różnorodnych, to i oczyszczenie ciała. Tym samym droga do zdrowia. Dlaczego właśnie tu, w „Loży” ten temat? Zainspirowała mnie do podniesienia tego tematu jedna z rozmów z Adamem Hanuszkiewiczem. I „Śmiechoterapia” Krystyny Sienkiewicz. I jedna z krakowskich klinik. I książka prof. dr hab.n.med. Andrzeja Szczeklika „Katharsis. O uzdrowicielskiej mocy natury i sztuki”. I wiele rozmów z lekarzami, którzy obserwowali ową uzdrawiającą moc sztuki w swojej praktyce, pacjentami, którzy jej doświadczyli na sobie i artystami, którzy byli wyzwolicielami i świadkami energetycznej mocy sztuki. Zacznę może od kliniki.

Sztuka w asortymencie leków

Nie żyjący już krakowski wybitny profesor sztuki medycznej, Julian Aleksandrowicz, którego dane mi było poznać zawsze podkreślał, że jest sztuka leczenia (medycyna z całym bogactwem coraz nowszych i doskonalszych środków i metod) i sztuka wspomagania leczenia, czyli to wszystko, co się mianem sztuki określa: literatura piękna, malarstwo, muzyka, rzeźba, teatr, opera… Przy łóżku chorego człowieka – podkreślał Profesor – wobec którego nauka i my, jej adepci, jesteśmy często bezsilni, narasta dylemat, czy hołdować zasadom Hipokratesa i poszukiwać w każdej dostępnej dziedzinie życia sposobów ulżenia cierpieniom (skoro medycyna jest bezsilna), czy podporządkować się redukcjonistycznej doktrynie i neopozytywistycznym zasadom pragmatycznej medycyny, kiedy specjalista nie widzi człowieka w środowisku, w którym zachorował, a jedynie chory narząd, którego uszkodzenie powoduje niekiedy zgon. (…) Z autopsji poznałem siłę nadziei i destrukcyjną moc rozpaczy. Trwam i zalecam trwanie przy nadziei. Nigdy, bowiem, nie wiadomo, w której chwili i skąd może przyjść ocalenie. Jeżeli nie ocalenie, bo choroby bywają nieuleczalne, a śmierć jest nieodłącznym zjawiskiem życia, to przynajmniej ulga w cierpieniu. Tę często przynosi sztuka.
Julian Aleksandrowicz stworzył specyficzny oddział kliniczny, wyjątkowy nie tylko na tamte czasy, ale i w czasach dzisiejszych. Może nawet bardziej wyjątkowy dziś niż wtedy? Do poszukiwań w kręgu dyscyplin estetycznych elementów sprzyjających zdrowiu skłoniła go starożytna idea głosząca, że nic, co ludzkie, co wiezie do zdrowia lub ku chorobie, nie powinno być nam, lekarzom, ani obce, ani obojętne. Jest faktem dowiedzionym, że niekiedy u cierpiącego człowieka przeżycia estetyczne, odpowiednio dobrane, mogą sprzyjać osiąganiu poprawy subiektywnego poczucia sprawności psychofizycznej określającej zdrowie. Doświadczenia kliniki, którą Julian Aleksandrowicz prowadził przez wiele lat (Katedra i Klinika Hematologii wówczas Akademii Medycznej, dzisiaj Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie) dowiodły, że czynne lub bierne uprawianie sztuki włączanej w „:asortyment leków” sprzyja często przedłużeniu życia chorych, zwłaszcza, gdy pomaga im odnaleźć swe powołanie i tym samym wypełnić „chorobotwórczą” pustkę życia.
Jego pacjentką była m.in. Halina Poświatowska (klinika, którą kierował Profesor była II Kliniką Chorób Wewnętrznych AM, potem przekształcona w Klinikę Hematologii). To był rok 1955, Poświatowska miała wówczas 16 lat i wadę serca. Wieczorami bywałem w klinice – wspominał Profesor. – Pewnego razu Haśka poprosiła mnie, abym usiadł przy jej łóżku. Miała bladą twarzyczkę, wargi były sine.
– Powiedz mi, profesorze, co to jest śmierć. Tak się boje umierać. Chcę wiedzieć, to nie będę się bać.
– Dla przyrodnika – odrzekłem – jest chyba zagadką, jak życie. Dla fizyka – przeistoczeniem jeno materii. Dla wierzącego – to odrodzenie w innym bycie… Dla cierpiących wyzwoleniem. Nie masz się więc czego bać.
– Tak mnie pan uspokoił, że lęk gdzieś, jak czarny ptak ze snu odleciał. (…)
Pewnego razu dostrzegłem na jej stoliku nocnym tomik wierszy Szymborskiej. I tak zrodził się plan terapii Haśki, która była już wówczas w bardzo ciężkim stanie. Może by tak przestawić unicestwiające ją myśli o śmierci na myśli o tworzeniu, które mogłyby wypełnić pustkę jej życia? Przyprowadziłem do niej panią Wisławę. Obie kobiety uległy wzajemnej fascynacji. W czasie kilku miesięcy pani Wisława wykreowała Haśke na poetkę.
Do Haśki garnęli się artyści, muzycy, aktorzy, poeci z Krakowa. Haśka powracała wtedy do zdrowia szybciej niż to zazwyczaj obserwowaliśmy u ludzi cierpiących z powodu podobnych chorób serca. (…) My, ludzie leczący i ludzie leczeni, uprzytomniliśmy sobie prawdę o wzajemnej wierności soma i psyche, wierności, która podtrzymuje się w niedoli zagrażającej istnieniu osoby, wyrównując niedomagania ciała duchem. Parafrazując tradycyjne słownictwo można rzec, że człowiek może mieć przedwcześnie uszkodzone ciało, a więc być chorym, ale przy tym odzyskiwać subiektywne poczucie zdrowia afirmując się twórczością.
W tejże klinice był też Jan Sztaudynger. Był rok 1963. Cierpiał na czerwienicę i z tym związane krwotoki z żołądka. Wolne popołudnia spędzał na rozmowach z chorymi. Obserwowałem z ukrycia, jak ich twarze rozjaśniał uśmiech radości. Często zastanawiałem się, w czym tkwi ta jego moc terapeutyczna? Pan Jan zarażał ich po prostu swoim uśmiechem, życzliwością, swymi fraszkami. (…) Doszliśmy wreszcie z panem Janem do wniosku, że artysta znacznie skuteczniej niż lekarz potrafi zmniejszać cierpienie chorych słowem lub dziełem wyrażonym w artystycznej formie. Leczenie uszkodzonych narządów należy zostawić lekarzom. W leczeniu cierpień wiele ulgi może przynieść sztuka i dar zwykłej, ludzkiej dobroci. Pan Jan stał się moim mistrzem nauczycielem w dziedzinie estetoterapii.
Przykłady można mnożyć, ma ich na swoim koncie wiele każdy lekarz, który nie hołduje wyłącznie redukcjonistycznej doktrynie i neopozytywistycznym zasadom pragmatycznej medycyny.

Katharsis w medycynie

Andrzej Szczeklik jest kierownikiem II Katedry Chorób Wewnętrznych Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. W swojej znakomitej książce „Katharsis” pisze: Przed sześciuset laty Petrarka twierdził, że gdyby wziąć tysiąc ludzi cierpiących na tę samą chorobę i połowę z nich oddać w ręce lekarzy, połowę zaś zostawić swojemu losowi, to ci ostatni mieliby lepsze szanse na wyzdrowienie. Przez wieki tez powtarzano, iż między dobrym a złym lekarzem różnica jest ogromna. Lecz między dobrym lekarzem a brakiem lekarza różnicy nie ma żadnej. (…) Paradoks ten wyjaśnił Hipokrates uzdrowicielską siłą natury. (…) Każdorazowe wejście do świątyni Asklepiosa poprzedzały: post, ablucje i ofiary. Kulminacja tych obrzędów, dramaturgia nocnych wydarzeń w świątyni, przywracających zdrowie miała w sobie pierwiastek sceniczny, znamiona teatru, była sztuką. Ze sztuka łączyło ją też słowo: „katharsis”.
W katharsis zawarty jest pierwiastek medyczny i orficki. Orficki to czarodziejskie i magiczne działanie muzyki, zdolnej odmienić zwykły bieg wydarzeń, uzdrawiać i uwznioślać człowieka, wznosić go do boskości, ale też strącać w otchłań zła. Nie miejsce tu na recenzję ze znakomitej, pełnej filozoficznych refleksji nad człowiekiem, ludzkim bytowaniem, zawodem lekarza, sztuką leczenia książki, więc poprzestanę tylko na powyższym zasygnalizowaniu zjawiska. Bo ta książka z 2002 roku to jest zjawisko. Wyjątkowe w świecie lekarskim, ale nie tylko. Książka Andrzeja Szczeklika nie mówi o leczeniu, lecz o sztuce lekarskiej, umiejętności, która swe praistnienie wywodzi z magii, o czymś trudnym do zdefiniowania, gdyż łączą się w niej nierozerwalnie elementy sztuki i nauki. I wśród lekarzy niezwykłą rzadkością jest Wielki Lekarz i w sztuce niezwykłą rzadkością jest Wielki Artysta. I oni, ci wielcy, emanują jakąś specjalną, wyjątkową siłą. I właśnie o tej sile słów kilka.

Adam Hanuszkiewicz: z autopsji

Pierwsza sprawa, która zwróciła moją uwagę na to, że jest „coś”, co wymyka się wszelkim ocenom była związana ze „Zbrodnią i karą” – pierwszym przedstawieniem, które zrobiłem w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Było upalne lato, w sali 30 stopni, sala wypełniona po brzegi, my gramy „Zbrodnię i karę”. Po spektaklu przyszedł do mnie chirurg onkolog i mówi: Panie Adamie, zaszło coś, czego nie rozumiem. Czy Pan mógłby mi to wyjaśnić? Czy Pan coś wie na ten temat? Wtedy nie wiedziałem. O co chodziło? Otóż, ten onkolog miał w tym dniu dwie trudne, duże operacje. Pracowałem do siedemnastej – opowiadał – wróciłem do domu i powiedziałem żonie, że na żadne przedstawienie nie idę. nie mam siły. Żona zaczęła prosić, bo bilety wykupione dwa tygodnie wcześniej, bo sama przecież nie pójdzie – uległem. Powiedziałem jednak, że siadam w fotelu i natychmiast śpię. Zgodziła się. Przyszliśmy, zdjąłem marynarkę, bo było strasznie gorąco i myślałem, że zasnę. Pan nie dał mi zasnąć. Pytam więc Pana, co się stało? Byłem wykończony, marzyłem tylko o tym, żeby usiąść i spać. Po tym spektaklu mógłbym operować całą noc – tak jestem naładowany energią. Nic wtedy nie umiałem na ten temat powiedzieć. Jednak mnie to zastanowiło.

Zofia Kucówna grała w Teatrze Małym „Marię” Ireneusza Iredyńskiego. Wchodziła na scenę z herbatą i siadała przy stoliku. Przez 120 minut siedziała przy tym stoliku i mówiła. Raz tylko wstawała, gdy pokazywała zdjęcia Haliny Poświatowskiej.
W Prologu mówiła: My, aktorzy stajemy się bardzo często dla ludzi spowiednikami, dostajemy listy, niektóre z życiorysami. Przyszedł do mnie list z życiorysem młodej zetempówki, która uwierzyła w komunizm, brała udział w agitacji na wsi i zorientowała się nagle, że robiła coś strasznego. Pokazałam ten list mężowi. Poprosił, żebym do niej napisała, że to mnie, jej męża, interesuje jako materiał na scenariusz teatralny w Teatrze Małym w Warszawie. Otrzymałem list z powrotem z adnotacją: adresatka umarła. Zrobiłem spektakl.
Kiedyś po spektaklu przyszedł do mnie Anglik i mówi: Proszę Pana, ja nie znam ani słowa po polsku. Nie tylko siedziałem i słuchałem, ale na końcu płakałem. Wiedziałem, że aktorka opowiada jakąś tragedię, ale nie wiem, jaką. Jak to jest?
Po kilku przedstawieniach Kucówna mówi do mnie: Słuchaj, Adam, jest coś dziwnego. Ten fotel w pierwszym rzędzie na widowni, na przeciwko mojego stolika na scenie, jest chyba podłamany. Zawsze, gdy ktoś na nim siedzi, to się wierci. Cała widownia słucha w napięciu, nieruchomieje i właściwie mam tak fenomenalną sytuację, że oni oddychają ze mną, a ten w pierwszym rzędzie na tym jednym fotelu bezustannie się kręci. Sprawdziłem. Fotel w porządku. Na kolejnym spektaklu stanąłem za kulisą. Na fotelu siedział mężczyzna. Zaczął się spektakl, sala się wyciszyła, wreszcie widownia zamiera a ten pan się kręci. Poszedłem na następny spektakl. Na tym fotelu siedziała jakaś pani. Kręciła się. Potem był chłopak z dziewczyną, też się wiercił. Cała energia Kucówny szła w tego człowieka, który siedział na tym fotelu. Promieniowała na wszystkich, ale największe skupienie było akurat w tym miejscu.

I raz kolejny. Bohaterką zdarzenia była Zofia Rysiówna. Graliśmy w Poznaniu „Hamleta”. To był 1952 rok, stalinizm. Teatr na polecenie komitetu partii zaprosił do teatru ludzi z PGRu. Zostali oprowadzeni po mieście, jedli obiad w restauracji, do teatru przyszli już nieźle zakropieni. Zasiedli w fotelach, hałas, gadanie, śmiechy. Zaczęliśmy przedstawienie, z widowni cały czas leciały komentarze: Cicho k…, bo już grają. Ty patrz, ale ma kapelusz! itp. Nikt nas nie słuchał. Postanowiliśmy przerwać przedstawienie, ale sekretarz powiedział, że to będzie sabotaż, ci ludzie są po raz pierwszy w życiu w teatrze, musimy grać. Podczas przerwy Wichniarz, który grał króla podszedł do Rysiówny grającej Ofelię i mówi: To wszystko nic, ten hałas, to dogadywanie, ale jak ty wejdziesz i będziesz te kwiaty z powietrza w tym swoim obłędzie zbierała, to to dopiero będzie jubel. A Rysiówna na to: Założymy się, że będzie cicho?
Wichniarz otworzył głośnik na widownię – jarmark i to w najgorszym stylu. Zobaczysz – wejdę i będzie cisza – mówi Zośka. Założyli się.
Koniec przerwy, na scenę wchodzi Horacy i mówi: biedna Ofelia nadbiega… -Dawaj Ofielię, dawaj Ofelię – krzyki z widowni. Wchodzi Zośka i zapada śmiertelna cisza. Staliśmy wszyscy za kulisami. Weszła skupiona, spokojna i… Poraziła widownię swoją emanacją. Całą scenę obłędu widownia przesiedziała w zasłuchaniu. Gdy tylko Rysiówna zeszła ze sceny śmiechy, rozmowy, dogadywanki rozpoczęły się od nowa. A jak ja wszedłem na scenę z czaszką, to już nie było, co zbierać – widownia ryczała ze śmiechu.
To wszystko, o czym mówię, to empiria. Teatr sam uczył mnie…teatru.

Justyna Hofman – Wiśniewska

Dodaj komentarz