Totus, czyli Nikt

O premierze „Obłom-offa” w warszawskim Teatrze Dramatycznym kilka minorowych refleksji. Obłom-off
Totus, czyli Nikt
Obłomow to figura losu rosyjskiego (czy tylko?) inteligenta, znak niemocy i odmowy uczestnictwa, interpretowany jako bunt lub gnuśność granicząca z autodestrukcją. Nic tedy dziwnego, ze rosyjski dramaturg Michaił Ugarow sięgnął po legendarny portret skreślony ręką Gonczarowa i przetworzył po swojemu w dramacie „Śmierć Iljii Ilicza”, nazwanym także przez autora „Obłom-offem”.
Dramat wzbudził wielkie zainteresowanie nie tylko Rosji, autora obsypano pochwałami i nagrodami, teraz trafił na afisz Dramatycznego w Warszawie, reżyserii Andrzeja Domalika. W jego inscenizacji akcja sztuki toczy się w nieokreślonym Wszystkolandzie, mimo z rosyjska brzmiących nazwisk i imion, miejscem wydarzeń może być dowolny kraj i dowolny czas. Takie zawieszenie w czasie (z lekkimi sygnałami, że to okres wstępującego kapitalizmu) częściowo tylko rekompensuje znajomość powieści Gonczarowa, której sztuka nie jest przecież adaptacją.
Część pierwsza spektaklu, najbliższa tradycji gogolowskiej satyry, rozwija, lekko tylko modyfikując, wątki powieści – Ilja skrywa się przed światem w swojej gnuśnej samotni, chroni pod stołem, ucieka w dziecinne zabawy (buduje nad głową domek – znak z dziecięcej gry, podobny do zaklęcia „zamawiam”, kiedy to symbolicznie można było zniknąć). W przeciwieństwie do swego pierwowzoru nie ma jednak przed oczyma duszy Obłomówki, arkadyjskiej krainy harmonii, którą zastępują dziecięce igraszki. Dzieli jednak z bohaterem powieści doświadczenia człowieka nawracanego na jedynie słuszny kurs postępowania, wyznaczony przez społeczeństwo – jego przyjaciel Sztolc (Marcin Bosak) i powabna Olga (Anna Dereszowska) próbują go odzyskać dla ogółu. Rzecz inna z doktorem dusz Arkadijem (Krzysztof Dracz), który skupia się na postawieniu diagnozy: nie zamierza Obłomowa leczyć, chce tylko jego przypadek nazwać, sam przeżywając nerwicę człowieka zmuszonego do udziału w wyścigu szczurów. To postać w stosunku do powieści Gonczarowa nowa, badacz dusz, sam owładnięty nerwicą natręctw, ma w rzeczy samej postawić diagnozę przypadlości, na którą cierpi albo pokolenie, albo może i cale społeczeństwo.
W drugiej części rozpoznanie dobiega celu – Obłomow okazuje się człowiekiem pełnym, dla którego nie ma miejsca w dzisiejszym świecie. Przed nim jedynie śmierć, ocalali z pożogi zadowolą się kalekim życiem. Tylko Zachar, wierny służący, kolejne przetworzenie toposu więzi sługi i pana, wygłosi po jego odejściu pełen bólu monolog, swoiste przenicowanie monologu Sganarela w finale Molierowskiego „Don Juana”.
Ciekawa propozycja, ciekawe przenicowanie motywów „Obłomowa”, niestety w Dramatycznym zaprzepaszczone. Maciej Stuhr nie udźwignął roli, nie wyszedł poza model „bezradnego chłopaczka”, jego wycofanie się było bardziej dziecinnadą niż buntem czy postawą. Siłą rzeczy przypomina się wielka rola Jerzego Stuhra, który w telewizyjnej adaptacji Obłomowa dał przejmujący wizerunek głównego bohatera. Syn zagrał na kontrze wobec ojca, co zrozumiałe, ale, niestety, nie przekonujące – jego Obłomow nie potrafił dowieść przyczyn swej swej bezradności, pozostał zbyt deklaratywny [UWAGA, UWAGA: okazuje się, że to porównanie zmyślone. Wyobraziłem sobie, że Jerzy Stuhr grał Obłomowa (a grał go JAN PROCHYRA) i tę wymyśloną rolę porównałem (sic!) z rolą realnie wykreowaną przez pana Macieja Stuhra, co mi, i słusznie, pan Maciej, za co dziękuję wytknął – patrz korespondecja. Na pamiatkę tej niezęczności pozostawiam jednak ten błąd ku swoiej przestrodze -TM]. Reżyser. Nie wiedzieć, czemu, sięgnął po rozwiązania rodem z kabaretu, każąc aktorom pokozywać dosłownie, o czym mówią, np. kiedy doktor powiada, że medycyna poczyniła poważny krok naprzód, to aktor taki wielki krok demonstruje. Kiedy Zachar mówi o rozmaitych domowych zwierzętach, zachowuje się jak kot albo pies, itd., itp. Szkoda, bo tak naprawdę największym atutem spektaklu pozostała muzyka M. Bunia S, osnuta na motywach rosyjskich. Gdyby choć część specyficznego nastroju i niepokoju tej muzyki udzieliła się aktorom, spektakl byłby uratowany. Tak się jednak nie stało i jedynie dwie postaci obroniły się w tym nieporadnym wystawieniu na widok publiczny rozdartej rosyjskiej duszy to epizodyczna rola Psznicynej trzymana w ryzach charakterystoczności przez Ewę Telegę i końcowy monolog Zachara,. któremu Krzystof Ogłoza potrafił nadać rysy tragiczne.
Szkoda, bo zamiast wielkiej metafory naszych czasów otrzymaliśmy zaledwie sfastrygowaną przymiarkę.

Tomasz Miłkowski

Michaił Ugarow, „Obłom-off”, tłum. Andrzej Bubień, reżyseria Andrzej Domalik, scenografia Marcin Jarnuszkiewicz, muzyka M. Bunio. S

Dodaj komentarz