Sezon rosyjski w Polsce

Brzmi to niezwykle obiecująco, choć ogranicza się w rzeczy samej do dwu przedstawień, petersburskiego Teatru Małego i moskiewskiego MTIUZ-u. Z jednej strony klasyka, „Wujaszek Wania” Czechowa, z drugiej spektakl kreacyjny, odwołujący się do motywów malarstwa Chagala. Dwa spektakle to niewiele, zbyt mało, aby wyrobić sobie zdanie o współczesnym teatrze rosyjskim, który poszukuje swojej nowej tożsamości. To dość jednak, aby docenić wielki potencjał tego teatru. Lew Dodin, czyli powietrze w teatrze dramatycznym

Owacjami na stojąco przyjęła Warszawa inscenizację „Wujaszka Wani” z Sankt Petersburga w mistrzowskim wykonaniu zespołu Lwa Dodina. Nie przypadkiem Mały Akademicki Teatr Dramatyczny nosi zaszczytne miano Teatru Europy, Dodin bowiem ocala przed zarzutem niewydolności teatr dramatyczny, broni – nie deklaracjami, ale praktyką – tradycji tego rodzaju teatru, który poszukuje inspiracji w tekście, a ożywczych interpretacji w ludzkim doświadczeniu. Dzięki temu sztuka Czechowa, którą każdy miłośnik teatru zna na wylot, pod ręką Dodina w interpretacji jego aktorów staje się utworem zaskakująco świeżym, ciągle wartym studiowania, pobudzającym do refleksji. W pracy Dodina najwyższym podziw budzi miłość do szczegółu, dzięki czemu uczytelnia się przesłanie dzieła, jego aktualność i ponadczasowość zarazem. Dodin nie ucieka się do modnych dzisiaj przebieranek, nadawania rysów współczesnych z pomocą kostiumu czy też transkrypcji (częściej w rzeczy samej: masakry) tekstu. Nic z tego: „Wujaszek Wania” toczy się w niespiesznym rytmie, na rosyjskiej prowincji w schyłkowym okresie caratu, a znużeni codziennością, rozczarowani sobą i brakiem perspektyw bohaterowie usiłują od czasu do czasu wykrzesać z siebie iskrę nadziei. Płonnej na ogół, często boleśnie konfrontowanej z rzeczywistością, ale popartej przecież najzwyklejszą afirmacją życia. Nawet najgłębszy dramat w tej interpretacji ma na końcu pozytywny sens: bo to także smakowanie życia. Zawiłe ścieżki wiodące do ugody z życiem wypełniają ten dramat ludzkich tęsknot, niespełnień, zaniechań i marzeń. Dramat ten toczy się w przestrzeni konkretnej, ale zarazem symbolicznej. Klimat symboliczny tworzy scenografia (Dawid Borowski): oto nad płaszczyzną sceny, obrazującej skrótowo wnętrze dworskiego salonu cały czas wiszą podwieszone stogi siana: to znak miejsca, wsi, natury, na czas trwania konfliktu między stałymi mieszkańcami i miejskimi przybyszami poniekąd unieważnionego, zepchniętego na drugi plan. Raz tylko Helena (Ksenia Rappaport) w chwili kaprysu sięga po jedną słomkę ze stogu i to bodaj jedyny jej kontakt z naturą – miastowi są tu obcy, nie czują, czym jest to miejsce, nie odnajdują w nim niczego godnego zainteresowania. Helena nawet nie usiłuje słuchać wyjaśnień Astrowa (Piotr Siemak) o jego studiach nad rabunkową gospodarką, która prowadzi do degradacji tutejszej przyrody. Kiedy profesor (Aleksander Sieriebriakow) i jego żona wyjeżdżają powraca trudna harmonia. Na jej znak po ostatnim monologu Soni stogi siana opadają w dół, a wujaszek Wania (Siergiej Kuryszew) ze swoją siostrzenicą pracowicie rachują wtopieni w wiejski pejzaż. Ten obraz nie ma w sobie nic z ckliwej sielanki, jest znakiem odnalezionej przystani. Tak jak i przyroda daje znaki przez oszklone drzwi wiodące do sadu: prawie ciągle pada, ale zagląda też słońce, dują przeciągi, ale po zamknięciu drzwi wzmaga się duchota.
Wielkość tego spektaklu tkwi przede wszystkim w bogactwie duchowym postaci – wszyscy aktorzy tworzą prawdziwe kreacje, skomplikowane osobowości, których wewnętrzne życie budzi autentyczne zainteresowanie widzów. Każdy z aktorów odsłania, a czasem osłania tajemnicę postaci, ale na tych zmaganiach polega napięcie, rozładowywane czasami komediowym epizodem. Wyniosły, władczy profesor z zatrzaśniętą twarzą, tęskni z utraconą młodością – w chwili słabości daremnie próbuje wzbudzić w sobie i Helenie pożądanie. Helena, przedwcześnie postarzała u boku starego męża kiedy niekiedy zachowuje się jak podlotek, w Soni drzemie skrycie stara panna, a pracowity wujaszek Wania i zaharowany Astrow przeżywają chwile upragnionego słodkiego lenistwa przy wódeczce, podszytego rosyjska smutą. Tylko maman nie daje się zwieść życiu, zamknięta w zmyślonym świecie papierowych idei.
Dawno nie widzieliśmy takiego Czechowa w Polsce. To przedstawienie, które tworzy swój własny świat, swój kosmos, w którym zawierają się wszystkie najważniejsze pytania, z którymi musi zderzyć każdy człowiek. I to jest właśnie współczesność teatru Dodina i aktualność sztuki Czechowa.

Chagall po rosyjsku
„Wygnańcze sny” Kamy Ginkasa, jednego z najwyżej cenionych reżyserów rosyjskich, to widowisko odmienne pod każdym względem od precyzyjnej inscenizacji Dodina, ale wart uwagi. Spektakl Moskiewskiego Teatru Młodego Widza, odwołując się do malarstwa Marka Chagalla ukazuje los narodu żydowskiego, poddawanego najtrudniejszym próbom, a zarazem nieugiętego w zachowaniu swej tożsamości. Charakterystyczne, zwiewne, symboliczno-jarmarczne malarstwo Chagalla stanowi dla Ginkasa inspirację do serii obrazów nie tyle ilustrujących dzieje narodu, ile składających się na jego legendę, mitologię, tradycję i związki z innymi. Oczywiście, nie brak tu nawiązań do tragicznych doświadczeń: holokaustu i wygnania ze Związku Radzieckiego (nawiązanie do eksodusu Żydów radzieckich).
Studenci Ginkasa z MChAT-u , którym artysta powierzył reżyserię, posługują się teatralnym skrótem i poetyckim symbolem – nawet jeśli nie potrafili powściągnąć swojej wyobraźni i chcieli opowiedzieć za dużo, to na ascetyzm i rezygnację mają jeszcze czas. Najbardziej porusza epizod z płonącym ekranem kinowym, na którym ukazana jest radosna scena z udziałem roztańczonych, rozśpiewanych Żydów – ten świat ginie raz jeszcze na naszych oczach. Przemoc, okrucieństwo, przemieszane z liryzmem pierwszej miłości, starotestamentowe przestrogi i wersety Pisma konfrontowane z prostymi opowieściami to świat tego spektaklu, usiłującego uchwycić doświadczenia wielu pokoleń narodu wygnanego. To wszystko zabrzmiało w Warszawie w dniu 60. rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz (26 stycznia) w szczególny sposób: nawet odgłos lokomotywy, który tego dnia mógł się kojarzyć jedynie z selekcją na rampie, budził grozę. Aktorzy MTIUZ-u, z entuzjazmem oddani spektaklowi, potrafili stworzyć chwile magnetycznego napięcia, od czasu do czasu inkrustowanego bezinteresownym dowcipem i dystansem.
Tomasz Miłkowski

Dodaj komentarz