Kura na plecach

Nie pierwsza to próba przezwyciężenia trudnego problemu przez śmiech. Autor, a zarazem reżyser, Fred Apke jest tego w pełni świadomy, kiedy mówi w teatralnym programie: Najlepszą drogą do pogodzenia się z ludźmi, z sobą samym i ze światem jest śmiech. Lepiej się śmiać, niż gorzknieć i nienawidzić. Śmiech to sposób na przeżycie. W samej sztuce Apke podaje jeszcze inny sposób: leżeć – jak kura – na plecach i udawać trupa. Bohaterowie Apkego nawet i tego robić nie muszą: oni już są w pewnym sensie martwi – wypaleni wewnętrznie, rozczarowani swoim życiem, wygasłymi uczuciami, jałowością trwania. Jeden z nich nawet dosłownie jest Trupem (taką nazwę nosi postać w spisie osób), zresztą niewielka to różnica, bo kiedy Pani Kobald, zawołana amatorka róż, nawiedza swego sąsiada wiolonczelistę Bonscha, wkrótce wychodzi na jaw, ze właśnie zamordowała swego męża. Nic jednak nie jest takie, jakie się wydaje, toteż komedia Apke aż skrzy się od zwrotów sytuacji, zabawnych zbiegów okoliczności i kaskady nieporozumień. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, ot, jeszcze jedna zgrabnie napisana komedia, gdyby nie temat: przemoc w rodzinie. Apke o przemocy pisze zabawnie, zmusza nas do śmiechu, demaskuje absurdalność tej przemocy, a na koniec nicuje jej sens i pozwala zwyciężyć miłości, nawet jeśli na miłość jest już za późno.
To jest komedia konwersacyjna, w której i sytuacje komiczne się liczą, ale akcja przede wszystkim rozgrywa się w dialogu między partnerami, co już nie takie częste we współczesnym teatrze. Apke jednak sięga do tradycji komedii Shawa, nie bojąc się słów, które na równi bohaterów maskują co i demaskują. Świetne tłumaczenie Marty Klubowicz, która łączy biegłość w posługiwaniu się językiem (jest przecież poetką, co widać w przezabawnym tłumaczeniu sentymentalnych wierszyków bohaterki) ze świadomością wymogów sceny, to połowa sukcesu tego bardzo solidnego przedstawienia. Druga połowa to świetne rzemiosło aktorskie Marty Klubowicz, Artura Barcisia i Mirosława Zbrojewicza. Klubowicz i Barciś pokazali, jak w ciągu pewnego dnia obojętni sąsiedzi przezwyciężają obcość, wnikają w swoje położenie, zbliżają się do siebie i zaczynają trochę rozumieć. Poniekąd na wyrost. Zbrojewicz zaś jako Trup ukazał żonatego mężczyznę, bezradnego, zagubionego, trochę sentymentalnego, który potulnie przyjmuje swój los. Chciało mu się wierzyć, że nie maltretuje żony, choć, jak to  było naprawdę, musi rozstrzygnąć widz – autor daje mu kilka możliwości do wyboru.
Nieoczekiwanie premiera Na Woli splotła się z typowo polską awanturą wokół wypowiedzi pani minister Środy o źródłach kulturowych przemocy w rodzinie, które powiązała nader słusznie z konserwatywnym katolicyzmem. Wprawdzie Apke o religii w ogóle nie wspomina, ale pokpiwa ze świata bez rozumnej etyki.
______________________________
Fred Apke, „Kura na plecach”, tłum. Marta Klubowicz, reżyseria Fred Apke, scenografia Manfred Kaderk, kostiumy Hanna Sybilski, Teatr na Woli

Tomasz Miłkowski

Dodaj komentarz