Rodzina Dreptaków – życie po życiu

Pełne zaskoczenie – wydawałoby się znane i poniekąd archiwalne teksty Andrzeja Waligórskiego w Teatrze na Woli odżyły nowym blaskiem. Wieczór Rodzina Dreptaków, złożony przez Jerzego Satanowskiego, stał się pokazem niebanalnej, ciekawej analizy świata, czynionej krok po kroku z czułym uchem liryka i satyryka zarazem. Łączy tu Waligórski wrażliwość na uczucia pierwsze i podstawowe z tropieniem wszelkiego głupstwa, które to tropienie, jak wiadomo, ma niezmierzone perspektywy. „:Mniej dupy, więcej głowy” – jak głosi jeden z dosadniejszych bon motów autora zdaje się być mottem tego spektaklu, w którym zaskakująco wiele tekstów brzmi niepokojąco współcześnie, wręcz demaskatorsko. Ale wiele w tym spektaklu także bezinteresownego humoru, który przeplata się z liryczną łezką i wcale dosadnym, rubasznym tonem. Ten niezwykły, poniekąd wewnętrznie sprzeczny stop umiał Satanowski spoić muzycznie i reżysersko, dając widowisko pełne wigoru, dobrego smaku i zmiennego nastroju zarazem. Co zdarza się nader rzadko, publiczność bawi się razem z aktorami: znakomitą Krystyna Tkacz (Dreptakowa), pełnym taktownego szarmu i głębi w interpretacji Wojciecha Wysockiego (Dreptak) i ich rozbrykaną (ale w sposób zdyscyplinowany!) dziatwą, bardzo utalentowaną młodzieżą aktorską: Kingą Ilgner, Magdaleną Piotrowską, Mariuszem Kiljanem i Marcinem Przybylskiem. Podczas bisów na premierze, aktorzy tak się rozbawili podczas ponownego wykonania piosenki „Panie sierżancie, skąd te łzy”, że śmiech ich „ugotował” na koniec, a publiczność przyjęła to owacyjnie, w tym minister obrony Jerzy Szmajdziński, który śmiał się choćby z powodów administracyjnych. Wysocki jest w tym spektaklu kimś więcej niż Dreptakiem, jest porte parole autora, swoistą „wariacją” na temat poety Waligórskiego, który przy rozklekotanej maszynie do pisania tworzy pół żartem pół serio Dreptaków (cel Polaków) portret śmieszny i straszny, anielsko-rubaszny.

Dodaj komentarz