Kapitan Żeglugi Wielkiej

Rozmowa z Olgierdem Łukaszewiczem, aktorem, prezesem ZASP Funkcja prezesa ZASP dla artysty chyba nie jest ani szczytem marzeń, ani działalnością łatwą i przynoszącą splendor?

Nie. Powoli się orientujemy, że jeżeli sami nie będziemy walczyć o interesy instytucji kultury, a więc i o naszą pozycję w społeczeństwie, to przegramy. Rzeczników mamy wielu, ale tylko teoretycznie.

Są to z reguły rzecznicy gołosłowni…

Dokładnie. Artyści muszą być jakoś na tym polu obecni. Kiedyś to było proste: p. Holoubek szedł do odpowiedniego urzędnika partyjnego…

…i po linii partyjnej…

…rozwiązywano problem. Bez wahań demokratycznych. Teraz? Przede wszystkim nie mamy dobrych przepisów dotyczących teatrów, jak np. Austriacy, więc nie mamy się do czego odnieść. Mamy bałagan, toteż wszelkie manipulacje są możliwe. Na przykład obłożenie VATem kultury. Raptem funkcjonuje tu taka oto filozofia: każda ustawa musi się dostosować do ustawy o VAT. Mam ustawy o podatku obrotowym z Niemiec i Austrii. Na mocy tych ustaw dotacje, subwencje na kulturę w ogóle nie są obłożone podatkiem obrotowym, więc VAT w ogóle tego nie dotknął. A nam się wmawia, że VAT musi być wszechobecny w naszym życiu, bo dyrektywa unijna… Nieprawda. Wcale tak nie musi być i żadna dyrektywa nam tego nie nakazuje. Między innymi i po to aktor zostaje prezesem ZASPu, by w środowisku i poza środowiskiem wobec decydentów o takich sprawach głośno mówić.

Do środowiska wchodzi dużo ludzi z zewnątrz, nie będących aktorami. I oni zarabiają, są na topie, na pierwszym planie…

To się dzieje w filmie, telewizji. W tej sferze niewiele da się zdziałać jakimikolwiek nakazami czy zakazami. Zresztą, czy byłoby to sensowne? Kto i gdzie osiągnął swoje umiejętności jest sprawą drugorzędną, p. Dejmek np. był samoukiem. Dyplom nie jest glejtem do tego, że się jest świetnym i wspaniałym aktorem czy reżyserem. A w ten sposób jest to jeszcze często rozumiane w naszym środowisku. Myślimy o tym, aby w np. w sekcji telewizji, filmu, radia stworzyć nowe kryteria. Jeżeli ktoś będzie mógł się wykazać dorobkiem i znajdzie uznanie w oczach sekcji to otrzyma „glejt” aktorski czy reżyserski. Będzie o nim świadczył dorobek, a nie dyplom. Jest wielu aktorów, którzy już na starcie nie chcą być aktorami, po skończeniu Akademii Teatralnej pracują w różnych firmach w dziale marketingu, reklamy itp. Nie wszyscy dyplomowani aktorzy posiedli tajniki zawodu. Zaprosiliśmy niedawno szefa Equity – słynnego brytyjskiego związku aktorskiego – powiedział nam, że w Anglii producenci telewizyjni i filmowi nie angażują niezawodowych aktorów, bo nie chcą marnować taśmy i czasu na powtarzanie scen.

Nie dyplom czyni artystę…

Uważam, że powinna być droga poprzez studia i dyplom i poprzez praktykę aktorską. W Niemczech, gdy grałem, w wywiadach ze mną czy notkach o mnie podkreślano, że jestem dyplomowanym aktorem albo aktorem, który skończył studia w Akademii Teatralnej. To się tam liczy, także każdy dziennikarz patrzył na mnie jakby innym okiem i gdy wiedział, że ukończyłem szkołę teatralną, podkreślał: my to napiszemy. Tam dyplom ma inną rangę.

Niedawno sekcja tańca doceniła zespół alternatywny z Kalisza uprawiający taniec nowoczesny i uznała, że oni już są zawodowcami. Zaproponowano tym tancerzom, aby złożyli egzaminy teoretyczne i ZASP przyznał im uprawnienia zawodowe. To jest prawidłowe.

Wielu aktorów nosi przez lata halabardę w teatrze, wielu siedzi na ławce rezerwowych…

To trudny problem. Czasem nawet zdolny aktor nie ma tego niezbędnego łutu szczęścia, by zaistnieć w teatrze tak, aby zostać zauważonym w szerszej perspektywie.

Dawniej była w tym zawodzie pewna hierarchia: na szczycie stał aktor teatralny, który „nie hańbił się” graniem poza teatrem…

<>To wynikało także z pewnej polityki wobec teatru. Teatry bardzo niechętnie, także i dzisiaj, odnoszą się do zabierania im aktorów do telewizji i filmu. Innym problemem jest granie w reklamach, sitcomach, telenowelach, ale to są decyzje indywidualne i nie widzę powodów, aby aktorów grających w tych gatunkach potępiać, jeżeli robią to profesjonalnie i są dobrzy. Niedawno odbyła się konferencja zorganizowana przez Piotra Cieślaka, który tak ją anonsował:. Szanowne Koleżanki i Koledzy, chcemy się spotkać, by porozmawiać na modny temat, czyli zarządzanie sobą. Czy rzeczywiście jesteśmy skazani na to, że popularność jest jedynym kryterium naszych karier? Czy możemy wyróżnić jakoś kolegów, którzy są dobrymi aktorami, a nie chcą się zanurzyć w serialowo-telenowelową papkę? Czy etat w teatrze jest rodzajem stałej zapomogi czy wyborem uprawiania zawodu? A co za tym idzie zobowiązania do stylu uprawiania zawodu aktora.
Myślę, że jest tutaj pewna sprzeczność. Jeżeli proponujący dyskusję mówi o etacie w teatrze jako o stałej zapomodze, to określa w sposób jednoznaczny, na jakim poziomie są aktorskie pensje. Stawianie tak sformułowanych pytań jest donkiszoterią. Komentowaliśmy to z Wojciechem Pszoniakiem i powiedzieliśmy wyraźnie, że z naszych zachodnich doświadczeń wynika, że grając tylko w teatrze można żyć i to żyć na poziomie średniej klasy i znajdować się w środku tej średniej klasy. Za wcześnie jest na stawianie aktorów przed takimi wyborami, jeśli nie ma się im nic do zaoferowania. Zwłaszcza, gdy dany aktor nie jest wiodącym aktorem w teatrze i nie ma tej moralnej satysfakcji z grania.

W Pana gabinecie prezesa ZASP wisi wielka mapa Polski, wiszą wycinki prasowe, wiele informacji…

Powiesiłem sobie wielką mapę Polski i zaznaczam na niej każdy istniejący teatr. Chciałem się poczuć jak statek, jak ktoś, kto oznaczy punkty nawigacyjne: czerwone to teatry operowe, zielone – dramatyczne, żółte – lalkowe. Jakaś konkretna sieć teatrów-instytucji. Prezesurę przejąłem w momencie, gdy narastała fala chęci zamykania teatrów. Ta fala do teatrów, na szczęście, nie dopłynęła. Cieszę się, że żarliwa megalomania warszawska, by likwidować teatry, zaczyna opadać. To już nie czas na pomysły, że jakaś trupa stołecznych gwiazd pojedzie w objazd po Polsce i w ten sposób doinwestuje kulturę w terenie. Powstało pismo pt. Polskie regiony w Europie, w którym znalazł się wywiad ze mną jako prezesem ZASP. To świadczy o tym, że samorządy szukają partnerów. Przy Związku Województw RP funkcjonuje komisja kultury i ona jest naszym partnerem. Okazuje się, że można działać po partnersku. Coraz częściej widzę, że wyrównywanie szans w kulturze znaczy co innego niż jeszcze 2 lata temu. Wtedy rozumiano je tak, że do każdego miasta pojedzie znany artysta z telewizji i wszystkim „po równo” zaprezentuje swoje talenty. Teraz pojęcie to oznacza raczej tworzenie wizerunku miast, regionu, który byłby niepowtarzalny i jedyny w swoim rodzaju. A własny teatr i artyści, których można zobaczyć tylko tu i nigdzie indziej mają na to ogromny wpływ. Za tym idzie koncepcja własnego zespołu, myślenie, że w danym miejscu musi być teatr czy zespół artystyczny, bo jest on partnerem elit.

Teatr jednak zapadł w jakąś niszę zmowy milczenia wokół…

Mamy nadzieję, że to się właśnie zacznie zmieniać, że skończy się monopol i dominacja spółki handlowej pt. Telewizja. To był niedobry wpływ na rozumienie tego, czym jest teatr. Do tego stopnia, że nawet niektórzy krytycy mówiąc teatr narodowy mówili teatr telewizji. To pomyłka. Teatr jest live, teatr jest na żywo. I teatry tu i ówdzie obecnie powstają. Powoli widać powrót teatru i zapotrzebowanie na teatr. Młodzi ludzie ryzykują tworząc różne projekty, bezpłatnie, a nawet do nich dopłacając, aby tylko móc się wypowiedzieć własnym głosem, móc się spełnić. Cieszę się, że nowi właściciele teatrów, którymi są samorządy zaczynają inaczej myśleć o instytucjach, a także projektach niezależnych.

Rozsądna władza zawsze lubiła się otaczać wianuszkiem gwiazd.

To prawda, ale nie ma w tym niczego złego. Elity są niezbędne, nie tylko te finansowe, biznesowe. Przekonałem się o tym, jak bardzo jestem „socjalizujący” w bogatych Niemczech, gdzie miałem w teatrze niezłą pensję. Zobaczyłem, że etos, dumny etos służby społeczeństwu, rozmowy ze społeczeństwem, kłótni ze społeczeństwem, prowokacji społeczeństwa czy nawet akompaniowanie do ciasteczka po południu pozwala artyście być kimś oryginalnym, kimś z innego świata, cyganerii, bohemy. Tam artyści czują się jakimś specjalnym ludem. Wychowałem się w takim poczuciu, potem to u nas skapcaniało.

Moje gesty, które kiedyś sprowokowałem, żeby aktorzy wyszli na ulicę miasta Warszawy i Krakowa, i oddali hołd wywożonym na Sybir w Zaduszkach sybirskich w roku 2000, w Święto Zmarłych, przy pomniku Słowackiego w 150-lecie urodzin poety, czy udział w obchodach rocznicy Powstania Warszawskiego były podyktowane m.in. obowiązkiem przypomnienia o nas, o artystach bez popularyzatorskich haseł, że właśnie w tym widowisku ulicznym zobaczymy gwiazdę znaną z ekranu telewizyjnego itp. Tu się mówi językiem artystycznym, coś się z siebie daje na ulicy po to, aby powiedzieć coś ważnego o sprawach narodu. Mówią aktorzy, dobrzy aktorzy, choć niekoniecznie ci z pierwszych stron kolorowych magazynów.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Justyna Hofman – Wiśniewska

Dodaj komentarz