Molier w życie wpisany

Rozmowa z Arturem Dziurmanem, aktorem Teatru Starego i… właścicielem restauracji „Moliere” w Krakowie Aktor i jednocześnie właściciel restauracji – od jakiegoś czasu „role” wpisane w polski krajobraz aktorski, ale Panu jakby to nie wystarcza, bo jeszcze jest Pan animatorem, twórcą i kierownikiem zarazem teatru ludzi niepełnosprawnych, który funkcjonuje przy owej restauracji, kawiarni, klubie – to wszystko wymyka się stereotypowym określeniom…

Może moje miejsce na ziemi jest bardzo wieloznaczne? To prawda – nie potrafię zamknąć się w jakiejś ściśle określonej ramce i zaczynając funkcjonować w czymś tak jednoznacznym jak restauracja, która ma mi przynieść pieniądze, robię wiele rzeczy dookoła…

W których Pan topi pieniądze?

Powiedzmy sobie szczerze, że na razie nie mam czego topić. Gonię własny ogon, zjadają mnie: ZUS, podatki, kredyty…

Czym w krajobrazie krakowskim jest „Moliere” przy ulicy Szewskiej?

Miejscem. Specjalnym miejscem – przynajmniej chcę, aby tak było. Nie chodzi mi tylko o „miejsce z klimatem” czy „miejsce magiczne”, lecz o miejsce, które wnosi w nasze życie coś szczególnego.

Tym czymś szczególnym jest?

Otwarcie się i tolerancja. Otwarcie się na siebie i innych poprzez sztukę, w tym teatr, w teatrze…

W lokalu, w którym zjada się przysłowiowego schabowego funkcjonuje Centrum Kultury i Sztuki Osób Niepełnosprawnych. Dlaczego akurat „przylepił” Pan to Centrum do restauracji?

Sztuka do kotleta? To bardzo zdrowe połączenie! Wzajemnie te rzeczy lepiej się trawią. Uważam, że to był i jest bardzo dobry pomysł. Ten lokal ma ku temu idealne warunki i jest znakomicie usytuowany: znajduje się przy jednym z głównych traktów Krakowa, w odległości 80 metrów od Rynku Głównego, w zabytkowej kamienicy. Pomysł był na kawiarnię ze sceną. Gdy zaczęliśmy już to wszystko adaptować i remontować okazało się, że kamieniczka ma wspaniałe piwnice. Ogarnęliśmy więc całość.

Remont i wszelkie niezbędne adaptacje wykonaliśmy z własnych środków, dekoracje wnętrz zostały wykonane wg projektów Anny Wiśniowskiej – Dziurman i Tomasza Jeleńskiego. Oprócz pomieszczeń gastronomiczno – klubowych, w podziemiach powstała w pełni wyposażona sala teatralna w stylu gotyckim na około 100 miejsc. Ewenementem jest przystosowanie całego obiektu dla potrzeb osób niepełnosprawnych poruszających się na wózkach inwalidzkich. Uzyskaliśmy to poprzez likwidację wszelkich barier, razem z instalacją bardzo nowoczesnej i kosztownej platformy ruchomej na schodach prowadzących do podziemi, dzięki czemu osoby niepełnosprawne na wózkach nie mają problemów z dotarciem do piwnic ani kłopotów z poruszaniem się po lokalu.

„Moliere” ma 500 m kw., mieści się na dwóch poziomach: w części parterowej znajduje się pub z ogrodem zimowym, w podziemiach są dwa bary, ekskluzywna restauracja, grill z kominkiem oraz sala teatralna. Każda z sal różni się kartą menu oraz wystrojem (sala średniowieczna, renesansowa, w stylu Ludwika XVI oraz sala a la Gaudi).

Organizowane są tu spektakle teatralne, recitale, widowiska kabaretowe, estradowe. W „Molierze” występowali m.in. Edyta Geppert, Michał Bajor, Stanisław Sojka, Andrzej Grabowski, Joanna Szczepkowska, Zbigniew Wodecki, Grażyna Barszczewska z Henrykiem Machalicą. Dla najmłodszych w każdą niedzielę są poranki bajkowe. Rozmawiajmy jednak o integracji, o teatrze…

Zgodnie ze statusem swojej działalności w „Molierze” są organizowane cyklicznie spektakle integracyjne mające na celu połączenie środowisk artystycznych osób niepełnosprawnych i pełnosprawnych. Są to wernisaże, spektakle teatralne wieczory poezji. Prowadzimy warsztaty, współpracujemy z domem opieki społecznej na ulicy Łanowej. Ludzie niepełnosprawni przychodzą tu tłumnie, cieszą się, że mogą się spełniać twórczo. Serce rośnie. Kolejka ustawia się przed platformą zjeżdżająca na dół, bo wiele osób jest na wózkach. Są szczęśliwi, że coś się robi specjalnie dla nich. To pewna filantropia z naszej strony, ale oni genialnie reagują i to jest tak fantastyczne, że serce rośnie.

Jest Pan galernikiem Moliera?

Galernikiem wspinającym się na Czomonolungmę! Obecnie z aktorami ze Starego Teatru rozpoczęliśmy próby sztuki opartej na powieści Bułhakova Życie Pana Moliera. Szukamy jeszcze sponsora, ale pomysł wystawienia tej sztuki w moim lokalu spodobał się w Ministerstwie Kultury i Sztuki, które przyznało nam część potrzebnych na zrealizowanie spektaklu pieniędzy. Niewielki procent dostaliśmy z Urzędu m. Krakowa, z Wydziału Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Spektakl reżyseruje Marek Litewka, scenografię i kostiumy robi Jan Polewka, a grają tacy aktorzy Starego Teatru, jak: Anna Radwan, Beata Paluch, Andrzej Buszewicz, Jerzy Nowak. Ja jestem producentem. Mógłbym zagrać króla Słońce, bo są tam dwie fajne sceny, ale nie, nie dam rady. Spektakl będzie się „grał” od wejścia do restauracji „Moliere” przez ulicę Szewską, przez korytarz, schody, w podziemiach. Teatr wszechogarniający. Pomysł jest filmowy, będziemy grali dużymi zbliżeniami, blackautami, cieniami i jasnym światłem, ciemnością. Taki teatr mnie fascynuje. Żeby nie był nudny, żeby był żywy, żeby trochę śmieszył i wzruszał. Scenariusz stworzony jest z szalenie trudnej książki Bułhakowa, bo praktycznie nie ma w niej dialogów. Napisała go Justyna Kielesińska, dziewczyna po ASP i po polonistyce, po wypadku na wózku. Na samym początku był pomysł zatrudnienia 1- 2 aktorów niepełnosprawnych, ale to nie wyszło. Może później. Aktorzy niepełnosprawni i pełnosprawni to w jednym przedstawieniu połączenie piękne, ale niebywale trudne.

Czy to zaczątek nowej profesjonalnej sceny w Krakowie?

Takie jest moje marzenie. Dobrze, że powstało miejsce, w którym nie tylko zjada się przysłowiowego kotleta. A kotlet przy sztuce? To dobry pomysł. Może się z tego wykluje własny kierunek teatru?

Wrócił Pan na ekrany telewizyjne…

Seriale? To powtórki, ale wspaniale, że się zdarzyły. Od pół roku jestem w Pensjonacie pod Różą i wreszcie gram jakąś sympatyczną postać a nie, jak zwykle „schwarz charakter”.

Niech się Pan tak nie wybiela! Gra Pan żonatego mężczyznę, który uwodzi zamężną kobietę – nie jest to więc taka czysta i kryształowa postać…

No, ale w porównaniu z innymi granymi przeze mnie to facet sympatyczny, czuły, wrażliwy. Może będzie niebezpieczny romans? Poza tym gram w Miasteczku, Więzach krwi,

Cieszę się, bo pod koniec roku pojawią się jakieś pieniążki!

Czy ta telewizyjna popularność w tej chwili przekłada się jakoś na frekwencję w Pana krakowskiej restauracji?

Niestety, nie.

To może warto by wywiesić plakat: Andrzej Dziurman, właściciel „Moliera” to postać z…?

Nie jestem aż tak narcyzowaty. Niech moja ekranowa „twarz”, obecność w Narodowym Starym Teatrze ludzi przyciąga, ale w sposób naturalny, bez dodatkowej reklamy. Nigdy nie będę tego wykorzystywał jak np. reklamy kondomów.

To bardzo pożyteczne reklamy!

Wiem, ale… Jeżeli ludzie mają przyjść do kawiarenki, która jest w pięknym miejscu i sama jest miejscem z klimatem, gdzie jest fajna aranżacja, dzieją się różne „rzeczy artystyczne” na dole, w piwnicy, na scenie Moliera, to niech przyjdą z tych powodów, a nie dlatego, że jestem „twarzą z ekranu”.

A gdzie w końcu Pan chce zarabiać te pieniądze?!

No właśnie, mam kupę wierzycieli, którzy bez przerwy do mnie: wisisz za to, wisisz za to, bank bez przerwy monity, że się spóźniam ze spłatą. Powinni pokochać sztukę, pokochać mnie za to, że w ogóle robię coś takiego a nie tylko: pieniądze, pieniądze, pieniądze. Bank zamiast naciskać na spłatę długu mógłby zasponsorować spektakl i odpisać tę kwotę od długu?

Moliera wpisał Pan w swój życiorys. Może więc otwierałby Pan lokale z nazwami – tytułami jego sztuk?

To by pięknie brzmiało: np. restauracja „Chory z urojenia”, „Wartogłowy” „Skąpiec” albo „Świętoszek”… Gdybym tylko miał na to pieniądze.

Pisze Pan także scenariusze…

Nie, nie piszę. Jestem tylko takim motorem zapłonowym, tzn. mam zapłon i pomysł i angażuję ludzi, którzy to napiszą. Przeczytałem kiedyś pitaval krakowski i „zapłodniłem” Marka Litewkę i Krzysztofa Jakubowskiego ideą, żeby to napisali jako scenariusz serialu telewizyjnego. Z Markiem wymyśliliśmy opowieść wzorowaną na dawnych serialach z Arsenem Lupin, Brygadami Tygrysa itp., ale w polskich warunkach retro: stare przedwojenne kamienice, uliczki, samochody… 13 odcinków o ładnym kolorycie i – jak nam się wydaje – z ciekawym pomysłem. Wszystkie historie opowiadane w 13 odcinkach dzieją się w 13 pitavalach w Polsce, czyli 13 różnych miastach. Każda historia jest historią prawdziwą, opartą na wydarzeniach z dwudziestolecia międzywojennego i ze 2-3 odcinki z czasów tuż powojennych. Tak było. Tak było z kradzieżą obrazów w Muzeum Czartoryskich, tak było z malwersacją pieniędzy w banku, jeśli dobrze pamiętam we Wrocławiu, tak było z seryjnym gwałcicielem na Pomorzu…

Dziękuję za rozmowę w jednym z wielu osobliwych miejsc Krakowa, może nawet najosobliwszym?

Rozmawiała: Justyna Hofman – Wiśniewska

Dodaj komentarz