Pięćdziesiąt lat minęło

Refleksje na marginesie wieczoru klubowego w Klubie Lekarza (2 grudnia 2004), którego bohaterem był prof. Jerzy Woy-Wojciechowski. Laudacja poświęcona profesorowi została opublikowana w „Yoricku” nr 4 i nosi tytuł „Wspomnień czar”.

PIĘĆDZIESIĄT LAT MINĘŁO…

Zaszumiały echa, zaczął działać czar. Spotkania po latach bywają różne. Na przykład spotkanie pierwszej czy drugiej miłości po 20 latach z reguły kończy się dramatycznym pytaniem: Gdzie ja miałem oczy?!!! Nadgryziona zębem czasu ówczesna piękność i ideał wzbudza tylko politowanie i ulgę, że to się te 20 lat temu skończyło. Profesor Jerzy Woy – Wojciechowski zaryzykował spotkanie po latach…53. I rozszumiała się w Klubie Lekarza młodość, poezja, rozszalał dowcip i śmiech. „Eskulap” (o nim tu mowa), dziecię, jako Teatrzyk Piosenki Lekarzy przyszedł na świat szary i ponury, a właściwie czarno – czerwony (czerwony od ideologii, czarny od braku perspektyw) w roku 1951. Narodził się z „ojca biedniaka” – Akademii Medycznej w Warszawie – i „matki inteligentki” – Zrzeszenia Studentów Polskich. Ząb czasu go nie nadgryzł, bo na urodzie, wdzięku, charmie nic nie stracił – 13 grudnia 1981 roku zawiesił swoją działalność i, niestety, już jej nie „odwiesił”. Czas Teatrzyku dobiegł końca. Został wspomnień czar. I ludzie. Ci, którzy Teatrzyk tworzyli i ci, którzy go oglądali. Niestety, jednych i drugich przerzedził nieubłagany czas i los. Został żal, że te chwile to tylko wspomnienia, jakieś okruchy, strzępy, serca drgnienia. Listopad 1951. Na pierwszym roku medycyny z inicjatywy Jerzego Woy – Wojciechowskiego powstaje grupa artystyczna, w skład której wchodzi kwartet wokalny męski (Józef Antepowicz, Marcel Wróbel, January Jarczewski, Zbigniew Błoński) oraz kwartet żeński „Cztery szmery” (Hanna Przekwas, Krystyna Wieczorek, Ingeborga Kozłowska, Halina Snopkiewicz). Jednocześnie Jerzy Woy – Wojciechowski w czasie Pierwszych Uczelnianych Eliminacji Zespołów Artystycznych na 16 grup studenckich na pierwszym roku medycyny, akompaniuje i „przewodzi artystycznie” 8 grupom oraz chórowi AM. W eliminacjach I miejsce zajęła grupa IV z I roku lekarskiego, II miejsce zajęła grupa I z I roku lekarskiego, a III miejsce – grupa VIII z I roku lekarskiego. Z grup „laureatek” prowadzonych artystycznie przez Jerzego Woy – Wojciechowskiego powstał zespół artystyczny, który przekształcił się w „Eskulapa”.

I oto po ponad pół wieku w Klubie Lekarza w Alejach Ujazdowskich w Warszawie prof. Jerzy Woy – Wojciechowski zanurzył nas w fale wspomnień niezwykłych, w świat nierealny i piękny. Jak przed laty zasiadł przy fortepianie, jak przed laty na ekranie ukazały się zdjęcia, afisze, plakaty, recenzje z występów „Eskulapa” w kraju i na świecie, jak przed laty zabrzmiały piosenki w wykonaniu Krystyny Wieczorek (na co dzień lekarza okulisty)… Profesor, jego żona Alicja (wypatrzona w „Eskulapie”), Wiesław Gołas i Mieczysław Gajda – estradowi przewodnicy „Eskulapa”, Krystyna Wieczorek i wspomnienia, wspomnienia, wspomnienia. Alicja Woy – Wojciechowska powiedziała, że tego świata już nie ma, że „Eskulap” się skończył, umarł, choć „Jerzy wciąż w to nie wierzy”. A ona? Skoro wzięła w tym wieczorze udział, skoro go jak przed laty prowadziła i rozświetlała ciepłym humorem…? Były chwile, że sama zapominała, iż „Eskulap” odżył tylko na chwilę, tę jedną, krótką, ulotną. Teatrzyk Piosenki Lekarzy nie odszedł w niebyt. I nie odejdzie póki są ludzie, którzy go wspominają, pamiętają, chcą przynajmniej te okruchy i okruszki ocalić od zapomnienia. Dobrze, że w dzisiejszym zimnym, zmaterializowanym i skomercjalizowanym świecie są tacy ludzie i dzięki nim są takie chwile. Tyle lat, tyle lat, aż człowiek wprost się lęka,

Nie ma zysków, ani strat, tylko jest piosenka… i – grunt, żebyśmy zdrowi byli

W domu i urzędzie,

Grunt to zdrowie moi mili,

Reszta jakoś będzie… Łza się wszystkim w oku zakręciła, gdy rozbrzmiał hymn Eskulapowy…

I tak w ten zaczarowany wieczór Woyowiska (poboyowiska, jak podkreślił p. Profesor – chociaż, obyśmy wszyscy tak wyglądali i w takiej formie byli jak owe „poboyowiska”!) płynęły piosenki, płynęły wspomnienia Wiesława Gołasa, Mieczysława Gajdy (szalenie dowcipne), Alicji Woy – Wojciechowskiej, Krystyny Wieczorek, której niejedna piosenkarska sława mogłaby pozazdrościć głosu, jego delikatnego, ciepłego timbru i umiejętności bycia na scenie. Atmosfera robiła się coraz cieplejsza, nie tylko od lampki wina, ale przede wszystkim wspólnej zabawy. Na ekranie zmieniały się obrazy rzucane z kolorowych przezroczy (komputerowo!), w harmonii z tekstem, w harmonii z frazą muzyczną. Jak dawniej przezrocza były jedyną scenografią, rekwizytem i dekoracją, która podkreślała i uzupełniała nastrój piosenki. Na przezroczach jak na twarzach widać zmiany rzeźbione przez czas. Wszystko powoli zacicha. Chwila wspomnień o tych, którzy odeszli na wieczny dyżur…

Oczywiście, nie wszystkie piosenki „przypomniały się” w ten wieczór, rzucono nam tylko ich garstkę niewielką. Nie było wśród nich, niestety, przezabawnej Ballady o czopku, ani Wirusowego tanga, ani też Tangum cholereticum… Balladę o czopku przynajmniej więc w tej formie zacytuję, by dać pełniejszy obraz temu, co wydarzyło się w Klubie Lekarza pewnego listopadowego wieczoru. Słowa napisał Jerzy Wolf, muzykę skomponował Jerzy Woy – Wojciechowski.

Dotychczas niestety nie było

Wśród ballad tak przepięknych wielu

Ballady o czopku, który

Jak pocisk chce znaleźć się w celu.

A chociaż cel swój osiągnie

I skutek ma w swoim dorobku

To ginie i nikt o nim nie wie,

Ach, pamiętajcie o czopku!

Był sobie raz czopek nieduży

Lecz bardzo on smutne miał życie

Nie topił się jako potrzeba

Nie wchłaniał się on należycie.

I martwił się z tego powodu

I często po nocach chlipał

Pomyślcie, no proszę sami

To taki był czopek niewypał.

Aż wzruszył się tym jego losem

Spec od pastylek i globul

I zaczął myśleć nad czopkiem

Z wielką korzyścią dla obu.

Aż w końcu czopek się wchłonął

I dostał do krwioobiegu

Jest w małym i dużym krążeniu

I nic nie zostało już z niego.

Jak motyl uleciał z poczwarki

Jak orzeł poleciał nad chmury

Tak jego substancja czynna

Od tyłu dotarła do góry.

A resztki z niego, już w mózgu

Myślały, jakie to dziwne

Do głowy dostać się można

Także od strony przeciwnej.

Tu kończy się nareszcie

Bajarzom chwała i gloria.

Ta nasza ballada o czopkach

Lub mądrzej o suppositoriach.

I jeszcze, o mili słuchacze

Naukę wam poda ballada:

Źle czyni zawsze ten, który…

Do ust sobie czopek wkłada.

Tak to się zabawiali nasi konsyliarze w dawne lata. Grunt, żebyśmy zdrowi byli! (jhw)

Dodaj komentarz