Nowa dramaturgia w Narodowym

111 Tomasza Mana, czyli zdławiony skowyt na początek

Zakończył się przegłąd nowej dramaturgii w Teatrze Narodowym, poddawanej próbie sceny w utworzonym rok temu Laboratorium Dramatu. Podstawowym niedostatkiem przegladu był brak nowych wybitnych propozycji poza 111 Tomasza Mana, które dotrzymuje kroku wcześniej wprowadzonej na afisz Koronacji Marka Modzelewskiego. Dwie warte uwagi sztuki w ciągu roku – to mało czy dużo? Myślę, że dużo!
Upłynął rok od chwili, gdy w Teatrze Narodowym powstało Laboratorium Dramatu, kierowane przez Tadeusza Słobodzianka. Przez ten czas powstało 10 przedstawień opartych na tekstach młodych autorów, przy czym tylko jeden doczekał się oficjalnej premiery – Koronacja Marka Modzelewskiego, dobrze przyjęta przez krytykę. Teraz na afisz weszło 111 Tomasza Mana, zrealizowane takze w sali prób. O Koronacji pisałem w „Trybunie”:

„Na koniec bohater Koronacji otrzymuje z rąk Króla symbol władzy. Bierze wszystko, opuściwszy żonę, straciwszy ojca i odrzuciwszy całe swoje dotychczasowe życie. Trzydziestolatek Maciek Borowiecki dopiero teraz zaczyna samodzielne życie. Jakie będzie? Jakie będą jego wybory, te już bardziej świadome, nie wymuszone przez rodzinę i splot przypadkowych okoliczności? Tego nie wiadomo. Nie ma żadnych gwarancji, że życie skłamane, życie w cudzej skórze nagle – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – odmieni się na lepsze. Na pewno będzie inne.
Marek Modzelewski w Koronacji opowiada na pozór banalną historię o opóźnionym dojrzewaniu. Opóźnionym nie dlatego, że bohater jest ociężały, ale dlatego, że życie nie zmusza go do samodzielności, że życie wybiera za niego i pewnego dnia okazuje się, że wszystko, co go otacza jest skłamane: niechciany zawód, nieudane małżeństwo, naskórkowe więzi z rodziną. Wyjścia poszukuje bohater w nowym związku z inną kobietą, ale i to okazuje się oszustwem.
Wszystko to pachnie małym realizmem, gdyby nie pewien pomysł formalny, nadający tej historyjce nieco inny wymiar – autor wprowadza na scenę alter ego bohatera, jego drugie ja, Króla. To właśnie jego inteligentne komentarze, poduszczenia, ironiczne albo i kpiarskie uwagi nadają zdarzeniom scenicznym podwójność: są takimi, jakimi się na zewnątrz wydają, ale i są takimi, jakimi widzi i interpretuje je bohater. Nie jest to wprawdzie wynalazek Modzelewskiego – to już było w kinie, i w teatrze też, ale bodaj pierwszy raz podniesione zostało do nadrzędnej zasady konstrukcji dramatu. Dzięki temu zabiegowi banalna opowieść staje się relacją z pola (wewnętrznej) walki, jaką stacza bohater, aby wyzwolić się z pęt konwenansu i upiornej stabilizacji. Czy tu nie pachnie aby Tangiem Mrożka i Naszą mała stabilizacją Różewicza? Nawet jeśli można by wykazać takie związki, to tylko dobre dla młodego autora parantele.
Koronację zobaczyliśmy w wersji ubogiej, w sali prób Teatru Narodowego, zgodnie z zasadami Laboratorium Dramatu, w którym nowe utwory przecierają się. Ale nie jest to bynajmniej wersja z etykietą zastępczą, aktorzy grają naprawdę, rzecz ma swój rytm, a prosty zabieg wchodzenia do gry siedzących cały czas wokół terenu akcji wykonawców nadaje spektaklowi specyficzny klimat poetycki. Wprawdzie nie w pełni przekonywający okazał się główny bohater (Andrzej Konopka), jego bunt mało widowiskowy, ale może chodziło o ukazanie jego nijakości w konfrontacji ze znacznie bardziej intrygującym alter ego, Królem (w tej roli Robert Więckiewicz), niekiedy po diabelsku przewrotnym. Na szczególne odnotowanie zasługuje rola Pacjentki – Krystyna Tkacz dała tu pokaz swoich umiejętności, niestety, tak rzadko wykorzystywanych przez teatr.
Młody reżyser Łukasz Kos przysłużył się dobrze wchodzącemu do teatru Markowi Modzelewskiemu. Nie poradził sobie jedynie ze scenami erotycznymi – to zresztą dzisiaj zmora teatru, nader rzadko teatr wychodzi z prób pokazania erotyki zwycięsko, zwłaszcza wtedy, kiedy „idzie na całość”. Kos wybrał metodę połowiczną: niemal naturalistyczną grę wstępną, a potem chińskie cienie zamiast peep-show. Wyszło to koślawo i bezwiednie śmiesznie”.

Po tej pierwszej prezentacji przyszedł czas na kolejną – tym razem jest to 111 Tomasza Mana w precyzyjnej reżyserii Redbada Klynstry.

Spektakl został utrzymany nieledwie w poetyce rapsodycznej. Czworo bohaterów (Matka – Ewa Dałkowska, Ojciec – Zdzisław Wardejn, Syn – Wojciech Solarz i Córka – Monika Pikuła) prowadzą wielogłosową opowieść o życiu i śmierci, a ściślej odtwarzają drogę wiodącą syna do zbrodni – zamordował on bowiem pewnego dnia swoich rodziców niemal z niezrozumiałych przyczyn. Autor próbuje dociec, dlaczego tak się stało, jednak nie drogą charakterystyczną dla utworów kryminalnych czy dziennikarstwa śledczego, ale prowadzącą poprzez okruchy wspomnień, drobne zdarzenia, banalne napięcia, składające się na narastanie w rodzinie obcości, wrogości, agresji. To jest świat chory na obojętność. Kiedy rodzi się syn, to tak jakby pojawiła się nowa zabawka – dla pozostałych to okazja do zajmowania się sobą, ale nie posuzkiwania kontaktu z nowym człowiekiem, który rozpaczliwie sygnalizuje swoją obecność, za wszelką cenę próbując zwrócić na siebie uwagę. Ale rodzice i siostra odnoszą do niego jak odległy, obojętny i milczący Bóg, do którego żarliwie modli się, oczekując jakiegokolwiek znaku. Kiedy zawodzą wszelkie sposoby nawiązania kontaktu, samotny i zrozpaczony, pozbawiony oparcia i motywacji do życia, kupuje za 111 (tytułowe) złotych postolet i zabija swoich rodziców. Po czym zamawia pizzę, sprząta po obiedzie, jedzie do siostry i oddaje się w ręce policji, spokojnie oczekując na zasłużony wyrok.
Aktorzy dramatu opowiadają tę wstrząsającą historię, siedząc na plastikowych fotelikach, od czasu do czasu popijając herbatę. Uśmiechają się do swoich wspomień, czasem komunikują się ze sobą spojrzeniem, mierzonym gestem, zawieszeniem głosu. Właściwie – w sensie scenicznym – nic się tu nie dzieje. Ale w tej ascentycznej formie, w trwającej godzinę opowieści, ktorej upływu prawie się nie zauważa, tkwi wielka siła: kiedy w pewnym momencie Monika Poikuła wstaje – emocje wówczas sięgają szczytu, opowiada o swych zamordowanych rodzinach, o ich wyglądzie, o tym, jak ich zobaczyła po masakrze – ten jeden ruch ma niezwykłą moc. Zresztą tu każdy wyraźniejszy gest znaczy bardzo wiele, o wiele więcej niż w „zwyczajnym” spektaklu. Kiedy już wszystko zostało powiedziane (a lepiej byłoby napisać: kiedy wszystko zostało już niedopowiedziane), aktorzy milkną, oświetlające ich reflektorki przygasają, światło oświetla widownię, która milczy jak zahipnotyzowana.. Brawa rozlegają się po paru minutach. Jeszcze długo widzowie nie mogą złapać oddechu.
Wielkie małe przedstawienie. Krzyk rozpaczy i przestrogi.
Takim mocnym akcentem rozpoczął się przegląd spektakli warsztatowych, powstałych w Laboratorium. Po 111 zobaczyliśmy Matkę cierpiącą Tomasza Kaczmarka w reżyserii Jarosława Tumidajskiego, Tiramisu Joanny Owsianko w reż. Aldony Figury, Zabić Bonda Roberta Bolesto w reż. Łukasza Kosa, 147 dni Roberta Bolesto w reż. Krzysztofa Rekowskiego, Dziecko Marii Spiss w reż. Marcina Groty i na koniec Koronację Marka Modzelewskiego.
Na zakończnie (jesli nie liczyć znajej Koronacji) w Laboratorium pokazano Dziecko, jeszcze jedną opowieść o nieszczęsnym wyścigu szczurów i młodych, (Martyna Peszko i Krzysztof Sekalski), którzy nie mogą się ze sobą porozumieć, goniąc za karierą. O ich pustym i jałowym życiu. Niestety, mimo wysiłków aktorów i ciekawego pomysłu inscenizacyjnego (rowery ćwiczebne są dla naszej pary miejscem filozofowania) utwór nie przekracza ram oczywistości. Zamiast prawdy oferuje „prawdziuchny”. Czterdzieści lat temu o wyobcowaniu celnie opowiadał Różewicz w swoich malych drmatach. Jeden tylko pożytek z wypracowania Spiss, a mianowicie celna diagnoza, że nie wiele się zmieniło w naszym „:rajskim ogródku”.

Tomasz Miłkowski

Dodaj komentarz